Sean Baker po raz kolejny udowadnia, że jest twórcą nietuzinkowym. Tym razem za pomocą smartfona opowiada historię o dwóch transseksualnych prostytutkach i kierowcy taksówki, których w Święta Bożego Narodzenia łączy splot nieprzewidzianych wydarzeń. Sin-Dee (brawurowa rola Kitany Kiki Rodriguez) po niecałym miesiącu spędzonym w więzieniu, zostaje w samą Wigilię wypuszczona na wolność. Od swojej najlepszej przyjaciółki, niespełnionej artystki Alexandry (Mya Taylor), dowiaduje się, że jej chłopak, diler narkotyków i alfons Chester (James Ransone) zdradza kobietę z młodszą i (prawdziwą) dziewczyną Dinah (Mickey O’Hagan). Sin-Dee zaczyna poszukiwania kochanków, chcąc wyrównać rachunki. W międzyczasie taksówkarz Razmik (Karren Karagulian) podczas przerwy w pracy szuka mocnych wyzwań. Przez swoją żądzę opuszcza rodzinę w czasie wigilijnej kolacji i nieopatrznie daje się wciągnąć w całą intrygę.

W „Mandarynce” nie o fabułę chodzi, bo ta jest prosta i dosyć schematyczna, pomimo udziału niezwykłych i nie dających się zaszufladkować postaci. Starcza jej na jakieś trzydzieści minut, a pomimo niemal półtoragodzinnego seansu, film ogląda się jak w transie. Trzeba oddać honor Bakerowi, że ukazanie przez niego Los Angeles za pomocą smartfona było iście szalonym pomysłem. Już pierwsza scena, gdzie bohaterki rozmawiają o tym co zaszło między chłopakiem jednej z nich a nową prostytutką, może stanowić doskonałą laurkę dla całej produkcji. Gdy tylko jedna z dziewczyn wychodzi z baru, rozpoczyna się dynamiczna i efektowna przygoda, której tempo nie zwalnia aż do samego końca.

1

Baker za pomocą swoich bohaterów ukazuje tę mroczniejszą stronę miasta aniołów, zachowując jednakże przy tym ludzką twarz wykreowanych przez siebie postaci. Z początku bohaterki idąc przez miasto, napotykają podobnych siebie ludzi. Może to prowadzić do pewnego dysonansu poznawczego, gdzie miasto opanowane jest przez transseksualne prostytutki. Kamera podążająca za bohaterką z pełną perwersją ukazuje nam ją z każdej strony, co chwila zniekształcając jej wygląd, wzmaga poczucie wejścia do czyjegoś życia z butami, chociaż wcale się o to nie prosiliśmy.

Niedługo później poznajemy taksówkarza wożącego niecodziennych klientów. Nie są to biznesmeni i ludzie sukcesu, a zwykli ludzie ze swoimi najróżniejszymi dziwactwami. Baker sugeruje nam, że każdy ma jakiś fetysz. Dla taksówkarza jest to zabawa z transseksualnymi prostytutkami. Gdy poznaje jedną z nowych prostytutek, wpada w gniew, odkrywając że ta posiada kobiece narządy rozrodcze. Dziewczynę od razu wygania z samochodu i wyrusza w dalsze poszukiwania. W końcu trafia na Alexandrę, która kilka scen wcześniej przypomniała niedoszłemu klientowi , że również ma jaja i lepiej, żeby z nią nie zadzierał. Razmik płaci dziewczynie, ale to on sprawia jej przyjemność podczas korzystania z myjni samochodowej.

2

U Bakera role na każdym kroku są odwracane. Razmik jest jedynym mężczyzną przy świątecznym stole i pomimo bycia głową rodziny, musi usługiwać zgromadzonym kobietom. Klient płacący prostytutce nie wymaga od niej żadnej aktywności, bo sam wykonuje czynności typowe dla drugiej strony. W końcu mamy Alexandrę śpiewającą w barze wzruszające świąteczne piosenki dla pustych stolików, płacącą właścicielowi za możliwość wyrażenia artystycznej ekspresji. Całe to szaleństwo zdaje się nie mieć końca, a my jako widz stoimy w samym środku tych wydarzeń. Niektórym ten osobliwy ton opowieści może nie przypaść do gustu, ale „Mandarynka” to jeden z najciekawszych realizacyjnych eksperymentów ostatnich lat, z ciekawą akcją toczącą się przy szalonym akompaniamencie doskonale dobranej muzyki. Warto dać szansę.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!