Przed kilkoma dniami na konferencji NASA potwierdziła, że na Marsie jest woda. Data ujawnienia tej dawno skrywanej tajemnicy nie była przypadkowa. Był to genialny ruch marketingowy ze strony amerykańskiej agencji kosmicznej, która ściśle współpracowała z Ridleyem Scottem przy produkcji „Marsjanina”. Oprócz zapewnienia darmowej reklamy, NASA jak tylko mogła urealniła załogową misję na Marsa. Dzięki czemu „Marsjanin” pozbawiony jest jakiegokolwiek filozoficznego zacięcia z „Interstellar”.

„Marsjanin” oparty jest na powieści Andy’ego Weira o tym samym tytule. Opowiada historię Marka Watney’a, pozostawionego na pewną śmierć przez załogę dowodzoną przez komandor Melissę Lewis, po tym jak podczas ewakuacji, Mark zostaje trafiony przez satelitę podczas ogromnej burzy piaskowej. Watney’emu udaje się jednak przeżyć, a dzięki szerokiej znajomości botaniki, jest w stanie samotnie przetrwać na czerwonej planecie pokrytej piaskiem przez najbliższe kilka lat, aż do przylotu kolejnej misji.

1

W filmie pozbyto się niemal wszelkiej obecności nauki, która nadawała ton kolejnym problemom w powieści Weira. Był to logiczny zabieg scenarzystów, którzy chcieli zrobić film dla wszystkich i ta sztuka im się udała. „Marsjanin” pomimo dosyć skomplikowanej otoczki, jest przystępny i przyjemny w odbiorze. Można zarzucić twórcom, że czasami działania Watney’a nie są do końca zrozumiałe i przydałoby się nawet najdrobniejsze naukowe wyjaśnienie, ale zwykle w kolejnej scenie wątpliwości zostają rozwiane.

Na „Marsjaninie” ciężko się nudzić. Ogromna w tym zasługa Ridleya Scotta, który powraca z reżyserskiego piekła, może jeszcze nie na szczyt, ale dla 77-letniego reżysera, jest to pierwszy tak dobry film od czasu „Robin Hooda” z 2010 roku. W wielu scenach widać jego rękę, co może przywodzić na myśl jego największe filmowe osiągnięcia, czyli „Łowcę Androidów” czy „Obcego”, z tą różnicą, że w „Marsjaninie” obyło się bez drugiego dna, ze zbyt nadmierną liczbą dialogów i niepotrzebnych dłużyzn. Wręcz można byłoby mieć pretensje do twórców, że w filmie nie ma jednego z ważniejszych fragmentów powieści. Może i zabrakło do tego budżetu, może celowo to pominięto, bo wtedy film trwałby trzy godziny, ale szkoda, że Mark Watney ma tak niewiele problemów.

3

Po „Grawitacji” czy „Interstellar” można było oczekiwać kolejnego zapierającego dech w pierś widowiska w kosmosie i na obcych planetach. Jednak nic z tego. Zaledwie kilka razy widzimy czerwoną planetę z dalszej odległości, a sama bezkresna czarna przestrzeń w końcowej sekwencji jest zwyczajnie nudna, choć sama sekwencja niezwykle efektowna i emocjonująca. Tak samo, jak scena otwarcia z burzą piaskową, która wygląda niezwykle realistycznie. Tutaj brawa należą się Dariuszowi Wolskiemu, który potrafi tak operować kamerą, że widz czuje się jednym z uczestników wyprawy.

Na sam koniec wisienka na torcie, czyli doskonały Matt Damon w głównej roli. Damonowi nie tylko udało się oddać w pełni charakter granej przez siebie postaci, co dodaje jej wiele uroku, bo Mark nie jest jakimś tam astronautą, jest zwykłym facetem pełnym poczucia humoru (często groteskowego). Zależy nam, aby jego powrót do domu miał szczęśliwe zakończenie, dlatego „Marsjanin” jest tak emocjonującym widowiskiem. Nie była to łatwa sztuka, bo Damon startował z niskiego pułapu. Jego rola w „Interstellar” odbiła się głośnym echem, grana przez niego postać szybko stała się znienawidzona. Ale nie oszukujmy się, tylko Matt Damon mógł z tego wyjść bez szwanku, dodatkowo kradnąc serca widzów. Damon to nie jedyna gwiazda „Marsjanina”, bo tych mamy całą plejadę. Już w samej załodze jest Jessica Chastain, która tym razem co prawda nie uratuje całego świata jak w „Interstellar”, ale postara się uratować życie swojego kolegi. Pomoże jej w tym Kate Mara (serial „House of Cards”) oraz Michael Peña („Ant-Man”). Na Ziemi całą akcję nadzorować będą Jeff Daniels (serial „Newsroom”), Sean Bean („Gra o Tron”), Chiwetel Ejiofor („Zniewolony”) oraz Donald Glover, lepiej znany jako raper Childish Gambino.

4

Ridleyowi Scottowi udało się wykorzystać w pełni potencjał każdego z aktorów, dzięki czemu oprócz wpadających w pamięć ról, czuć chemię między postaciami. Może i dlatego „Marsjanin” wydaje się jednocześnie tak wiarygodny, co odległy. W historii kina mieliśmy wiele produkcji o samotności w obcym miejscu, jak chociażby „Cast Away” czy „Grawitacja”, ale jeszcze nigdy nie było to opowiedziane w tak luźny sposób, bez zbędnego wnikania w psychologię postaci czy nadmiernego patosu. I właśnie w tym tkwi największa siła „Marsjanina”.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!