Byłoby szkoda, gdyby „Nienawistna ósemka” nigdy nie powstała. Tarantino był wściekły na cały świat po tym, jak gotowy scenariusz jego najnowszego filmu wyciekł do sieci. Początkowo charyzmatyczny reżyser chciał na zawsze porzucić realizację tego obrazu, ale w przypływie zdrowego rozsądku i po namowach fanów, zdecydował się kontynuować pracę. Zmienił scenariusz tak, żeby odbiegał od poprzedniej wersji, po czym ruszył na plan kręcić swój ósmy film. Tarantino dał poznać się jako cynik i egocentryk, co skrzętnie zostało wykorzystane przy promocji filmu. Już sam tytuł nie ma zbyt wiele wspólnego z ekranowymi wydarzeniami, a liczba osiem pojawiła się jedynie jako przypomnienie, że czekają nas już tylko dwa, z łącznie zapowiadanych dziesięciu produkcji reżysera.

1

Z jakiejkolwiek strony nie patrzeć na „Nienawistną ósemkę”, to jest to wciąż Tarantino – niepoprawny filozof, rozliczający kraj za rasizm, przemoc, patriarchalizm i obowiązujące prawo, którego nikt nie przestrzega. W przypadku „Django” czy jeszcze wcześniej „Bękartów wojny”, moralizatorski wydźwięk był strawny i akceptowalny, tak w „Nienawistnej ósemce” reżyser brnie zbyt daleko w swojej logice, zmuszając nas do wysłuchiwania przydługich rozmów bohaterów o samosądach, wojnie secesyjnej czy rasizmie. Nie są one w żaden sposób nudne, nawet pomimo trzech godzin trwania filmu, ale Tarantino zbyt często popada w samozachwyt, przekraczając granice dobrego smaku. Szczególnie widać to w jednej z pierwszej scen, kiedy to John „Szubienica” Ruth (Kurt Russell) i jego więzień Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh) zabierają ze sobą innego łowcę głów Majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson) i domniemanego nowego szeryfa Red Rock Chrisa Mannixa (Walton Goggins). Major oraz szeryf rozpoczynają rozmowę o „polityce”, gdzie wywiązuje się za długa i nudna kłótnia pośród klaustrofobicznego dyliżansu. Na szczęście to jedyny przypadek w „Nienawistnej ósemce”, kiedy ego Tarantino bierze górę, bo pomimo umiejscowienia akcji praktycznie całego filmu w jednej, niewielkiej chacie, reżyser powściąga swoje artystyczne zapędy, często w porę zmieniając wątki czy budując napięcie nieuchronnego rozlewu krwi.

Pomimo scenariuszowych niedoskonałości, w tym jednej, która aż razi po oczach na początku czwartego aktu (film podzielony jest na kilka rozdziałów), „Nienawistna ósemka” to przede wszystkim doskonale zrealizowane widowisko. Robert Richardson nie miał zbyt wiele miejsca do popisu, ale każde ujęcie śnieżnego krajobrazu robi ogromne wrażenie. Wewnątrz pomieszczeń zdjęcia również są perfekcyjne. Sztuką jest pokazywanie wnętrza chaty przez większość filmu w taki sposób, żeby nawet pod koniec  nie znudziło się poznawanie jej zakamarków. Richardsonowi wyszło to znakomicie. Efekt nie byłby taki sam, gdyby nie doskonała scenografia i kostiumy bohaterów. Już po samym ubiorze poznajemy każdą z postaci, choć na pierwszy plan jak zawsze w filmach Tarantino wysuwa się postać grana przez Samuela L. Jacksona w idealnie skrojonym płaszczu i kapeluszu. Całość dopełnia muzyka skomponowana przez samego mistrza Ennio Morricone. I nawet jeżeli po wyjściu z kina żaden motyw nie przygrywa nam w głowie, doskonale wpasowuje się w wydarzenia na ekranie, dodając dynamiki wielu scenom lub tonując emocje.

2

Tarantino doskonały użytek zrobił z aktorów. Na pierwszym planie wybija się perfekcyjna Jennifer Jason Leigh. Nie była to łatwa rola, tym bardziej, że Daisy Domergue nie jest zbyt szanowana przez swoich oprawców, co chwila zbierając cięgi, a gdyby tego było mało, aktorka musiała przezwyciężyć obrzydzenie związane z krwią, która przez niemal cały film towarzyszy jej na twarzy. Leigh w swoim szaleństwie oraz nadmiernej pewności jest autentyczna, kradnąc każdą scenę w której występuje. Ulubieniec reżysera Samuel L. Jackson pomimo występów w wielu blockbusterach ostatnich lat, swój aktorski talent w całej krasie pokazuje dopiero u Tarantino. Jako, że rola Majora Marquisa Warrena jest bardziej wymagająca od Stephena w „Django”, aktor mógł siebie odpowiednio zaprezentować i wyszło mu to perfekcyjnie. Również Kurt Russell powraca z długiego niebytu, prezentując się ze swojej najlepszej strony. Warto jeszcze wspomnieć o Waltonie Gogginsie, na którego aż miło patrzeć w ostatnim akcie filmu, pokazującego pełnię swoich umiejętności, zmazując tym samym plamę na jego ostatniej filmografii. Na tle wspomnianej czwórki nieco gorzej wypada Tim Roth, będący mieszanką pułkownika Hansa Landy i Dr Kinga Schultza. Aż dziw, że Tarantino po raz kolejny nie zatrudnił Christophera Waltza, bo to rola jakby stworzona dla niego. Z całej stawki najgorzej i najmniej przekonująco wypada wyraźnie zmęczony graniem Michael Madsen.

3

„Nienawistna ósemka” nie jest najkrwawszym filmem Tarantino, ani nawet najbardziej brutalnym. Jest za to najbardziej obrzydliwym w całym dorobku reżysera, tylko że ta abominacja przypomina raczej horrory klasy C, nadmiernie przerysowana i mająca wzbudzić u widza niepokojące ruchy w żołądku. Pomimo wszystkich słów krytyki, Tarantino ma na koncie kolejną bardzo dobrą produkcję, którą z ogromną ochotą się ogląda. Nie jest to co prawda poziom jego ostatnich filmów, ale „Nienawistna ósemka” ma wiele do zaoferowania. Przede wszystkim ciekawie nakreślone postacie, które skrywają swoje tajemnice i nie do końca są tymi za które się podają. Odkrywanie kolejnych osobowości tytułowej ósemki (w rzeczywistości jest ich trochę więcej) sprawia olbrzymią frajdę, nawet jeżeli okupione jest to niewnoszącymi zbyt wiele do fabuły rozmowami, które nawet jak na standardy Tarantino wydają się zbyt rozwleczone. I na koniec rada od wujka Quentina: uważajcie z kim pijecie kawę.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!