Pierwszy człowiek w reżyserii Damiena Chazelle’a to nie film o kosmosie – to film o człowieku. Utrzymana w surowej, emocjonalnie ciężkiej stylistyce prawie dwu i pół godzinna produkcja oglądana w IMAX robi wrażenie. I skłania do refleksji. Czy warto było być pierwszym? To także świetne studium psychiki człowieka zmagającego się z wewnętrzną traumą i ambicjami.

To nie jest typowy film o podróży w kosmos.

Sama nie wiem czego spodziewałam się idąc do kina. Unikałam czytania recenzji, a było ich trochę zważywszy, że jego światowa premiera miała miejsce 29 sierpnia. Myślę, że oczekiwałam czegoś mniej emocjonalnego, pewnie z większą ekspozycją przestrzeni kosmicznej i samej idei lotu w kosmos. Otrzymałam nieco ciężki, naładowany emocjami, skupiony na człowieku film utrzymany w surowej stylistyce około dokumentalnej. Nie uświadczymy tu stronniczej wizji mocarstwa, które wyciąga swoje ręce ponad nasz glob, bo to mu się należy, bo to godne podziwu. To nie pomnik wystawiony przez Amerykan samym sobie. Wydaje mi się, że celem było przede wszystkim pokazanie osiągnięcia człowieka, dopiero potem państwa.

Nie zobaczymy tu przepięknych kadrów z kosmicznymi widokami i podniosłości, jaka zwykle towarzyszy kosmonautom je obserwującym. Widzimy praktycznie to samo co bohater, zamknięci w klaustrofobicznej kabinie, oglądając kosmos przez niewielkie okienko. Do tego nietypowe prowadzenie kamery, scenografie, muzyka i wszechobecny realizm. Byłam pod wrażeniem jakości widowiska, pewnej hermetyczności i intymności. Reżyser nie daje nam glorii związanej z udanym lotem na Księżyc. Daje obraz prawdziwszy. Niepokoje społeczne i strajki, niechęć ludzi do wydawania pieniędzy na projekty kosmiczne, straty załogi.

Neil Armstrong – Pierwszy człowiek na księżycu.

Fabuły, wydaje mi się, nie trzeba nikomu przedstawiać. Każdy mniej lub więcej zna otoczkę lądowania na Księżycu. Zimna wojna, wyścig zbrojeń, chęć bycia największym mocarstwem. Film to właśnie pokazuje, choć przede wszystkim skupia się na Armstrongu. Wcielający się w Neila Armstronga Ryan Gosling w końcu mnie do siebie przekonał. Grając mało charyzmatycznego, zamkniętego w sobie bohatera zrobił naprawdę dobrą robotę. Fabuła filmu wystawia jego umiejętności na wiele prób, z których, na szczęście, wychodzi zwycięsko. Zmaganie się z traumą po śmierci dziecka, wygórowane ambicje i lojalność wobec kraju – tak mogłabym opisać głównego bohatera. Cała jego długa droga do finalnego lotu na Księżyc nie jest usłana różami.

Mocnym charakterem w całym filmie jest jego żona, Janet Armstrong (Claire Foy), życie z tak zamkniętym człowiekiem nie mogło być proste. W tym związku to ona pokazuje więcej uczuć, choć też są one trzymane w ryzach.  To wszystko jest jednak bardzo autentyczne i wiarygodne. Ogromnym plusem jest też wiara reżysera w widza. Nie dostajemy wszystkiego na tacy, daje nam wiele okazji, by czegoś się domyślać, zostawia luki, które sami musimy wypełnić.

First man

Orzeł (znakomicie) wylądował.

Całą konstrukcją filmu mogłabym zachwycać się godzinami. Jak już wcześniej napisałam reżyser chciał osiągnąć efekt najbliższy filmom dokumentalnym. Ziarnistość  obrazu miała zbliżać widza do ówczesnych produkcji. Kamera jest prowadzona z ręki, drga, jest sporo zbliżeń na detale. Gdy znajdujemy się wraz z astronautami w kabinie czujemy jak bardzo jest ona ciasna, odczuwamy napór każdej śrubki. Moim zdaniem Pierwszy człowiek powinien być oglądany tylko w IMAX, tylko tam jesteśmy w stanie czerpać z  niego wszystko, co jest nam oferowane. Wielkość ekranu, bajeczne udźwiękowienie. To wszystko sumuje się na naprawdę niezapomniany seans.

Muszę napisać, że Chazelle doskonale bawi się naszymi uczuciami. Każdy przecież wie, jak skończyła się misja Apollo, ale sceny próbnych lotów są tak nakręcone, że się o tym zapomina. Siedzimy wryci w fotel, oczekując najgorszego. Reżyser stworzył pewną transakcję wiązaną; on daje nam prawdziwe emocje i takich samych od nas oczekuje. Zastanawiam się, która ze scen zapadła mi najbardziej w pamięć. Wydaje mi się, że Pierwszy człowiek dał mi takich kilka. Na pewno scena płaczącego Armstronga, gdy sama miałam łzy w oczach. Chyba za nią dopiero polubiłam Goslinga. Jednak scena lądowania na Księżycu wygrywa. Gdy cały film do tej pory był bardzo głośny, tam nagle wszystko się urywa. Zapada wręcz martwa cisza. I choć można było się spodziewać, bo przecież nie ma w niej niczego odkrywczego, dla mnie była bardzo dobra.

First man

Podsumowując.

Powiem szczerze, że miałam problem z napisaniem tej recenzji. Na filmie byłam w piątek, na pierwszym seansie jaki był w IMAX. Od tamtej pory przymierzałam się do napisania tego tekstu, ale dopiero dzisiaj mi się to udało. Pierwszy człowiek wywołał we mnie spore emocje i musiałam sobie wszystko poukładać, żeby napisać wam coś spójnego. Nikogo nie zaskoczę pisząc, że polecam. Bardzo polecam, choć niestety wiem, że nie każdemu się spodoba. Jeśli ktoś oczekuje epickiej produkcji kosmicznej raczej się zawiedzie. Jednak myślę, że takich osób nie będzie wiele. Pierwszy człowiek jest wart ceny biletu, to widowisko na najwyższym poziomie. Już wiem, że znajdzie się w moich ulubionych filmach z ostatnich lat.

Zdjęcia i trailer: www.firstman.com

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!