Gdyby „W samym sercu morza” było filmem biograficznym, najprawdopodobniej byłby to Oscarowy pewniak. Ron Howard czuje się jak wieloryb w wodzie, gdy przychodzi mu realizować filmy o prawdziwych niejednoznacznych postaciach. I choć jego najnowszy film powstał na kanwie prawdziwych wydarzeń, to bliżej mu do fikcji niż poprzednich filmów reżysera z „Pięknym umysłem” i „Wyścigiem” na czele. Tam Howard skupiał się na jednej postaci i przedstawiał jego geniusz, nie bojąc się przy tym podkreślać wady bohatera, które przez zwykły zbieg okoliczności mogłyby doprowadzić do zgoła odmiennych skutków. „W samym sercu morza” centralnej postaci brakuje polotu, przez co cała historia to jedynie efektowna opowieść o przezwyciężeniu własnej słabości, przekraczaniu ludzkich granic z proekologicznym wydźwiękiem w tle.

Zimą 1820 roku w morze wychodzi jeden z ostatnich w tym roku okrętów wielorybniczych. Statkiem Essex dowodzi George Pollard (Benjamin Walker), niedoświadczony kapitan, który otrzymał własną łódź tylko ze względu na konotacje rodzinne. Pierwszym oficerem jest Owen Chase (Chris Hemsworth), prosty marynarz wywodzący się z rolniczej rodziny, który na reputacje ciężko zapracował. Wkrótce między kapitanem Pollardem a Chasem rodzi się rywalizacja, która doprowadza do tarć i kłótni między najważniejszymi osobami na statku. Pomimo przeciwności losu,  złych decyzji kapitana, sztormu i braku wielorybów, na które załoga statku miała zapolować, aby napełnić beczki cennym olejem, wkrótce załodze Essex udaje się znaleźć miejsce na oceanie, w którym przepływa mnóstwo kaszalotów. Jeden z nich okazuje się prawdziwym demonem, niezwykle inteligentnym wielorybem, dla którego uniknięcie nieprzyjaciela to dopiero początek.

1

„W samym sercu morza” wydaje się filmem aż nazbyt efektownym i dosłownym, jakby stworzonym do tego, aby gimnazja i licea chodziły do kin, bo dyrekcja szkoły gdzieś tam usłyszała, że produkcja oparta jest na motywach „Moby Dicka”. Nastoletni widz nawet jeżeli nie wyniesie zbyt wiele treści po seansie, to przynajmniej nie będzie się na nim nudził. Jest to aż niepodobne do Howarda, bo traci na tym tempo całej opowieści. W „Wyścigu” perfekcyjnie połączył ukazanie organizacji rajdów F1 ze skomplikowanym charakterem legendy tego sportu. Przy okazji, jak również we „Frost/Nixon” mieliśmy typowy „duality of man”, gdzie dwie różne osobowości ścierały się ze sobą, a jedna bez drugiej nie mogła istnieć. W „W samym sercu morza” zabrakło podobnego pojedynku, bo choć starcie Chase’a z ogromnym wielorybem jest widowiskowe, to jest ono bardziej metaforyczne niż może się na początku wydawać.

Tak jak w „Moby Dicku”, tak i „W samym sercu morza” bohaterowie muszą przezwyciężyć nie tylko wszelkie przeciwności losu, ale także przekroczyć granice człowieczeństwa. Załoga Essexa, która przetrwała starcie z alabastrowym wielorybem, postawiona zostaje przed bardzo trudnym wyborem. Instynkt jednak przezwycięża zdrowy rozsądek czy moralność i załoga z Chasem na czele, robi wszystko aby przetrwać. Niesamowicie spersonifikowany wieloryb jest tu metaforą ludzkich grzechów oraz etyki. Nieprzypadkowo, wielki kaszalot spragniony jest zemsty na ludziach, którzy próbują zgładzić jego gatunek tylko dla własnego dobra. Jest w tym pewien proekologiczny wydźwięk, a Howard zdaje się nim sugerować, że pewnego dnia natura weźmie odwet za wszystkie krzywdy jej wyrządzone i odbierze nam to co utraciła, a przynajmniej dopóki ludzie nie pogodzą się z myślą, że nie są gatunkiem nadrzędnym.

2

Przed premierą filmu świat obiegły zdjęcia z wychudzonym Chrisem Hemsworthem. Aktor doskonale znany z roli Thora w marvelowskich widowiskach, wkrótce wkroczy na plan trzeciego już filmu o nordyckim bogu, a ta rola wymaga od niego posiadania góry mięśni. Hemsworth natomiast schudł kilka kilo tylko dla zaledwie jednego ujęcia, gdzie nie widać nawet jego sylwetki. Nie miało to zbyt wiele sensu, bo Australijczyk nie może liczyć na przychylność krytyków rozdających nagrody. Jest to niestety gorsza rola od tej z „Wyścigu”, choć trzeba docenić umiejętność aktora w kreowaniu dumnych postaci. Choć nie jest to dzieło idealne, to Hemsworth poniósł na swoich barkach cały film, a tam gdzie scenariusz nie pozwalał na aktorską ekspresyjność, z pomocą przychodził reżyser ze specami od efektów specjalnych. Na „W samym sercu morza” ciężko się nudzić, ale film wydaje się zbyt nachalny w swojej przygodowej otoczce, w dodatku pod koniec zwalnia, oferując dramat w najczystszej postaci. Takie żonglowanie gatunkami nie wyszło mu na dobre, tym bardziej, że zakończenie zaczyna męczyć nadmierną pompatycznością, która niestety tak często charakteryzuje filmy Howarda.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!