Slender Man mający swoją polską premierę 17 sierpnia dobitnie pokazuje, że pewne rzeczy powinny zostać w internecie. Memy i creepy pasty, które zapoczątkowały tą miejską legendę w zamyśle miały być dobrym materiałem na horror. W zamyśle. Wyszło niestety jak zwykle.

Pamiętam, jak za dzieciaka, w sieci natrafiłam na pierwsze wzmianki o Slender Manie. Najpierw były to przerobione zdjęcia, potem creepy pasty, aż doszło do gier. Może wtedy w jakiś sposób to straszyło, ale już dawno z tego wyrosłam. Jednak kiedy pojawił się zwiastun Slender Mana wiedziałam, że pójdę na ten film. Po pierwsze z czystego sentymentu, a po drugie – kurczę, zwiastun był naprawdę ciekawy i dobrze się zapowiadał. Niestety, jak się okazało, tylko tak się zapowiadał. Sporej ilości scen z trailera w filmie nie było (trzeba było produkcję ocenzurować, żeby pasowała na 13+), a te co były…

Ale nie uprzedzajmy faktów.

Historia jaką film nam ukazuje jest bardzo schematyczna. Grupka dzieciaków ( w tym przypadku cztery dziewczyny) wzywa istotę paranormalną przy pomocy filmiku znalezionego w sieci. Od początku można się domyślić nawet, która pierwsza odpadnie. Niestety, wszystko jest bardzo przewidywalne. Po usłyszeniu trzech uderzeń dzwonu Smukły Pan bez twarzy rozpoczyna polowanie, a ofiary już zostały przez niego namierzone, choć one jeszcze sobie z tego nie zdają sprawy.

Slender Man cierpi na sporą ilość nielogiczności. Gdzie w nocy podziewają się rodzice, dlaczego dzieciaki mogą swobodnie wychodzić w środku nocy i nikt nawet na to nie zwraca uwagi? Dlaczego panicznie przerażone bohaterki uważają, że najlepszym pomysłem będzie wchodzenie do mrocznego lasu? I standardowo – dlaczego wolą chodzić po omacku po domu niż zapalić światło? Przecież, gdy słyszy się, że ktoś obcy łazi po domu najlepiej iść po ciemku sprawdzić kto to, niż zadzwonić na policję. Upływ czasu jest też tutaj fascynującą rzeczą. Gdy bohaterki wychodzą ze szkoły jest jasno, gdy dochodzą do domu koleżanki już zapada zmrok, a chwilę później ciemna noc.  Oczywiście to nie wszystko, ale resztę będziecie mogli wyłapać sami, jeśli jakimś cudem zdecydujecie się na niego wybrać.

Wydaje się, że twórcy sięgając po postać z internetowych historyjek pokazują, że powoli kończą im się pomysły na dobre filmy. To może mogłoby się udać parę lat temu, gdy Slender Man, za sprawą gier, przeżywał swoją drugą młodość, ale nie teraz. Pamiętamy o nim chyba tylko z sentymentu i tak powinno zostać.

Smukły Pan.

Jeśli chodzi o pokazaną postać Slender Mana, to postawiono tu na klasykę znaną ze źródeł. Wysoka, smukła postać w garniturze z pozbawioną twarzy łysą głową. Czasem wyrastały mu z ramion jakby macki, czasem po prostu wydłużały się ręce. Nie był szczytem kunsztu grafików, ale nie był też zrobiony źle. Nie miał jednak szans nikogo nastraszyć. Zresztą, pojawiał się tak często i w każdej możliwej konfiguracji z otoczeniem, że człowiek po prostu się do niego przyzwyczajał.

Może niektórych zaskoczę, ale znalazłam w tym filmie nawet parę zalet. Na pewno ścieżka dźwiękowa jest całkiem dobra, odgłosy drzew, skrzypienia. Ogólnie też udźwiękowienie jest niezłe. Poza tym ujęcia lasu skąpanego we mgle, widoki, kadry na budynki, czy przedmioty. Gdyby pod same takie sceny podłożyć ten soundtrack oglądałoby się to nawet przyjemnie. Podobały mi się również schizy jednej z bohaterek, były pomysłowe, niepokojące i niepasujące do tej kiepskiej produkcji.

Niewykorzystany potencjał.

Tak właśnie mogę nazwać film  Slender Man. Gdyby poprowadzić go trochę inaczej, zrobić z tego historię o psychozie i zaburzeniach, gdzie tytułowa istota jest jakby zjawiskiem – może coś by z tego mogło wyjść. Nie poprowadzono również paru ciekawych wątków, które w jakiś sposób mogłyby sprawić, że oglądałoby się to lepiej. I oczywiście sceny ze zwiastunów, których w finalnej wersji wcale nie było.

Po seansie wyszłam z kina rozczarowana i z przeświadczeniem, że wydane na bilet pieniądze mogłam spożytkować lepiej. Nie pomógł fakt, że w pewnym momencie w filmie zabrakło głosu i na sali zapalono światła – Cinema City we Wroclavii miało awarię. Czekaliśmy na ponowne uruchomienie ponad dziesięć minut, a potem i tak pojawiły się jakieś zakłócenia, a przez przewijanie powtórzone sceny. Smutne jest to, że nikt nawet za zaistniałą sytuację nie przeprosił. Swoje robili też ludzie obecni na sali kinowej. Choćbym nie wiem jak próbowała wkręcić się w widoczne na ekranie obrazy, to otaczające mnie głosy i szelesty skutecznie to uniemożliwiały. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że horrory najlepiej ogląda się w kinie sporo po premierze, lub po wydaniu wersji płytowej w domowym zaciszu.

Podsumowując – szczerze i z całego serca nie polecam. Nawet z sentymentu, nawet z ciekawości. Nie warto.

Zdjęcia i trailer: http://www.sonypictures.com

 

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!