Clint Eastwood nakręcił film w idealnym czasie, z trzech powodów. Po pierwsze to świeża historia, więc można ją jeszcze ocenić na chłodno, bez wdawania się w politykę, czy sięgania po mnożące się z upływem czasu teorie spiskowe. Po drugie Ameryka kończy z działaniami zbrojnymi na Bliskim Wschodzie, więc to ostatni dzwonek dla filmowców, aby pokazać raz jeszcze jak to dzielni amerykańscy chłopcy zbawiają świat. Po trzecie i zarazem najważniejsze, dzięki tej produkcji, cały świat dowie się kim jest Chris Kyle.

Zarazem prawdopodobnie przyśpieszyła ona również proces weterana, oskarżonego o zastrzelenie bohatera tejże opowieści. Amerykański sąd musiał doprowadzić do końca tę sprawę oraz stosownie ukarać winnego, bo przecież oczy całej Ameryki na tę jedną chwilę skierowały się w stronę sali sądowej. Ameryka wierzy dziś w wielkość swojego bohatera, a ja chcę wierzyć, że Eastwood przyczynił się do sukcesu dokończenia tej historii, która i tak nie miała prawa skończyć się happy endem dla sprawcy.

Chris Kyle, czyli najlepszy i najskuteczniejszy snajper w historii amerykańskiej armii, to prawdziwa legenda. Nic też dziwnego, że nośna historia na podstawie autobiografii pt. „Cel snajpera. opowieść najbardziej niebezpiecznego snajpera w dziejach amerykańskiej armii” została przeniesiona na ekrany kin. „Snajper” niestety nie ustrzegł się typowych błędów innych filmów biograficznych. Eastwood zdołał ująć w swoim obrazie to, co najważniejsze w książce i w historii życia Chris’a Kyle’a, ale osoby zupełnie nie znające losów tej postaci mogą nie do końca zrozumieć przesłanie tej produkcji. Stąd też liczne głosy krytyki, że amerykański reżyser gloryfikuje wojnę, a nie uzasadnia ani nie kwestionuje potrzeby toczenia działań zbrojnych, która rodzi prawdziwych bohaterów, nawet jeżeli kończą oni z kulą w ciele. W mojej ocenie tak jednak nie jest. Eastwood uświęca wojnę, nie pokazując jej brudu oraz towarzyszących jej tragedii, ale ukazuje jej skutki, wyniki, które siłą rzeczy są przerażające. Trzeba się jednak zgodzić, że reżyser nie przekroczył pewnych granic poprawności politycznych, które są obecne również w książce. Nie poszedł na całego, wmawiając widzowi, że Ameryka to najwspanialszy kraj na świecie (choć padają takie słowa, ale z ust głównego bohatera, co jest punktem wyjścia do dalszej opowieści) czy nazywając nie tylko przeciwnika, ale również cywili „dzikusami”. Patos jest obecny, ale nie w takiej formie jak w innych filmach wojennych. Jest on integralną częścią tej historii, przez co nie razi tak mocno jak chociażby w produkcjach Michaela Bay’a.

0355152.tiff

Można się również przyczepić do wątku rodzinnego, że jest niepotrzebny i po co po raz kolejny mieszać w wojnę najbliższych. Spieszę z wyjaśnieniem, że jest to kluczowy wątek dla całej opowieści. Kyle na pierwszym miejscu zawsze stawiał Boga, później ojczyznę, a rodzina była dopiero na trzecim miejscu. Nie jest to tani zabieg pokazujący, z czym muszą się mierzyć rodziny żołnierzy, ale dosyć przykry obraz człowieka, który kochał kraj odrobinę bardziej niż żonę czy dwójkę swoich dzieci. Co prawda sam wątek nie jest zbyt porywający, bo brakuje w dialogach między kochankami jakiegoś napięcia, ale ciężko w dwugodzinnej produkcji o snajperze nadmiernie eksponować melodramatyczność.

Eastwood popełnił jednak poważny błąd dając wrogowi ludzką twarz. Postać Mustafy jest prawdziwa, ale Kyle w swojej autobiografii zaledwie o nim wspomina jednym zdaniem. Nigdy go nie spotkał, ani nie wymieniał z nim przysłowiowego ognia. Scenarzyści zrobili z niego głównego przeciwnika, bo co to za sprawiedliwy pojedynek, gdy jeden snajper, usadowiony w bezpiecznej odległości, wyżyna w pień całe oddziały wroga. Twórcy wyszli z założenia, że jedynym godnym przeciwnikiem dla snajpera jest drugi snajper. To jednak nie zdaje egzaminu, bo wątek jest surrealistyczny, a Eastwood wyraźnie nie miał pomysłu, jak obie postacie logicznie powiązać. Nie mogło też zabraknąć obowiązkowej sceny pełnej napięcia między dwoma snajperami, która niestety nie dostarcza aż tylu emocji ile powinna, choć do samej realizacji i ogólnego konceptu nie można mieć większych zarzutów.

To za co można chwalić „Snajpera” to genialne udźwiękowienie. W całym filmie nie ma żadnej muzyki (nie licząc napisów końcowych), a wszystko co słyszymy to najróżniejsze odgłosy, od wystrzałów z broni, przez wybuchające bomby, na odgłosach burzy piaskowej kończąc. Wszystkie te efekty dźwiękowe tworzą rewelacyjny klimat, w którym miejscami można się zapomnieć. Tym bardziej, że widząc na ekranie aktorskie popisy Bradleya Coopera, który przytył do tej roli aż 20 kilogramów i zupełnie nie przypomina już Phila z „Kac Vegas” czy szalonego Pata z „Pamiętników pozytywnego myślenia”. Jest to jego druga najlepsza rola w karierze w mojej ocenie. Dał z siebie wszystko, aby jak najwierniej odtworzyć graną przez siebie postać, co na pewno nie było łatwym zadaniem, bo mierzył się z postacią nietuzinkową, będącą symbolem i wzorem do naśladowania dla wielu początkujących żołnierzy. Chris Kyle jest centralną postacią, cała reszta to tylko tło, ale Bradley Copper uniósł ciężar produkcji na swoich barkach, co jest najlepszą dla niego rekomendacją.

AMERICAN SNIPER

W „Snajperze” zabrakło mi kilku ważnych wątków, jak chociażby kolejne etapy szkolenia, co było dosyć ważnym rozdziałem w życiu głównego bohatera, a w filmie zostało skondensowane do zaledwie kilku minut. Rozumiem, że Eastwood nie chciał denerwować Navy SEALs zdradzając ich metody szkoleniowe, ale mógł pokazać odrobinę więcej, a nie tylko koncentrować się na szkoleniu strzeleckim, bo byle komu karabinów snajperskich do ręki nie dają, nawet jeżeli mają talent. Można by się również przyczepić do całkowitego  pominięcia barowych ekscesów Kyle’a i jego kolegów z wojska. „Snajper” to film niezwykle wyważony, można by wręcz powiedzieć „ostrożny”. Eastwood skupił się na pokazaniu historii jednego żołnierza, unikając zagłębiania się w powody, dla których toczy się wojna. Amerykański reżyser stworzył jeden z lepszych współczesnych obrazów wojennych. Zdecydowanie spojrzycie na film łaskawszym okiem znając historię Chrisa Kyle’a, a w pełni zrozumiecie go czytając autobiografię tego amerykańskiego snajpera. Jest to bowiem produkcja skierowana do takich właśnie osób, czyli paradoksalnie głównie do Amerykanów, wśród których jest powszechnie znaną postacią.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!