Danny Boyle nie stawia kolejnego pomnika „genialnemu wizjonerowi”. W przeciwieństwie do „Jobsa” z 2013 roku, „Steve Jobs” z każdą kolejną minutę wbija igiełki w dotąd nieskazitelny obraz założyciela Apple. Choć Jobs i polityka jego firmy nie jest już postrzegana jako coś idealnego, więc reżyser tym filmem wyważa drzwi, które może nie są zamknięte… ale na tyle przymknięte, że dla fanów urządzeń Apple film może być nie lada szokiem. W końcu Boyle burzy mit nie tylko Jobsa, ale i każdej prawdziwej postaci, która swego czasu uznawana była lub nadal jest za coś idealnego. Boyle stara się nam udowodnić, że każdy jest tylko człowiekiem i ma prawo popełniać błędy, a to że bezkompromisowo robi to na przykładzie Jobsa jedynie potęguje sprowadzenie legendy jaką stał się założyciel Apple na ziemię.

Film podzielony jest na trzy rozdziały, każdy z nich rozgrywa się za kulisami zbliżającej się konferencji, na której Jobs ma zapowiedzieć najnowsze urządzenie firmy. Pierwszy dotyczy Macintosh z 1984 roku, potem przenosimy się cztery lata do przodu do premiery NeXT-a, gdzie Jobs po wyrzuceniu z Apple ponownie próbuje swoich sił w założonej przez niego firmie. Końcowy akt przenosi nas znów w czasie, tym razem o dekadę, kiedy to syn marnotrawny wraca do swojej macierzystej firmy ogłosić iMaca.

1

Nikt nie wątpi, że Aaron Sorkin to geniusz, ale postawienie nacisku jedynie na trzy konferencje, zupełnie wyrwane z życiorysu bohatera, było dosyć ryzykowne. W „The Social Network” Sorkin nie bał się pokazać jak powstał Facebook i z małego studenckiego projektu stał się firmą rewolucjonizująca świat. Życie Jobsa było barwne i pokazanie go w całości mijało się z celem, więc Sorkin zabiera nas tam, gdzie następują punkty kulminacyjne dla niego i jego firmy. Trzy razy oglądamy praktycznie te same problemy, które założyciel Apple na siebie sprowadził. Kłótnia z byłą dziewczyną, wyparcie się córki, zmuszanie pracowników do działania pod presją, w końcu bycie złośliwym i pogardliwym dla całego świata, gdzie własne ego wygrywa ze zdrowym rozsądkiem, bo wszystko musi być tak jak wcześniej zostało zaplanowane przez Wielkiego Szefa. Steve Jobs był ignorantem nie widzącym niczego poza końcem własnego nosa, a Boyle z Sorkinem nie boją się tak go przedstawić.

„Steve Jobs” jest w bardzo dużym stopniu nastawiony na ukazanie relacji między Jobsem a ludźmi z jego otoczenia. Kolejne kłótnie napędzają właściwą akcję, a dzięki miejscu wydarzenia, potęgują jedynie wagę rozgrywanej właśnie partii szachów, bo to co trafia na konferencję i zostaje przedstawione ludziom, nie ma wiele wspólnego z tym co tak naprawdę dzieje się za kulisami, a kolejne kłamstwo usprawiedliwia poprzednie. Nie oznacza to jednak, że w filmie nie dowiemy się niczego więcej o bohaterze. Sorkin wplótł wiele faktów z życia Jobsa, choć nie będę one zrozumiałe dla kogoś, kto nie zna tej postaci, bo w filmie brakuje klasycznej dla tego typu produkcji ekspozycji. W trzecim akcie uprawianie jogi zaraz przed wyjściem na konferencje nie powie w zasadzie nic, kto nie wgłębiał się w temat założyciela Apple. Dla całej reszty to zaledwie smaczek, który gdzieś tam między kolejnymi dialogami został wpleciony w akcję filmu.

Steve Jobs

„Steve Jobs” był wyraźnie kręcony pod Oscary i Boyle nawet się z tym nie kryje. Wszystko zostało dopieszczone w najmniejszych detalach do tego stopnia, że niektóre pomieszczenia są nawet zbyt sterylne. Jednak najciekawszy zabieg, który został wykorzystany, to kręcenie filmu za pomocą trzech rożnych kamer. Tak więc do nakręcenia wydarzeń z 84 roku wykorzystano taśmę 16 mm, premierę NeXT-a obejrzymy na taśmie 32 mm, żeby rozdział trzeci kręcony był już zwykłą cyfrówką. Zabieg genialny i choć w pierwszym akcie zbyt intensywna ziarnistość obrazu może lekko przeszkadzać, to efekt ten ma na celu pokazanie, jak przez te wszystkie lata zmieniała się technologia.

Michael Fassbender został stworzony do roli Jobsa. To genialny aktor. Ciężko mówić o tej roli w kontekście życiowej czy przełomowej, ale nikt tak dobrze nie pasuje pod względem wyglądu jak on. Co prawda w trzecim rozdziale duża w tym zasługa charakteryzatorów a także unikatowego stroju, ale Fassbender zdołał tchnąć życie w swoją postać, dzięki czemu na ekranie widzimy osobę z krwi i kości, a nie po prostu aktora wcielającego się w kogoś znanego. Nie wolno jednakże zapomnieć o równie świetnej Kate Winslet, partnerującej Fassbenderowi w większości scen w filmie. Jedynie Seth Rogen jako Steve Wozniak wydaje się w zupełności niewykorzystany – a był to przecież najbliższy przyjaciel Jobsa.

FILM STILL - STEVE JOBS -Steve Jobs (MICHAEL FASSBENDER) with Lisa Brennan (PERLA HANEY-JARDINE) in "Steve Jobs", directed by Academy Award? winner Danny Boyle and written by Academy Award? winner Aaron Sorkin. Set backstage in the minutes before three iconic product launches spanning Jobs' career?beginning with the Macintosh in 1984, and ending with the unveiling of the iMac in 1998?the film takes us behind the scenes of the digital revolution to paint an intimate portrait of the brilliant man at its epicenter.

Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, bo nie jest to do końca film o Stevie Jobsie, ani nawet o produktach z jabłkiem w logo. Najważniejszą postacią jest Lisa, córka założyciela Apple, której Jobs nie chciał uznać jako własnego dziecka. To wokół tej małej dziewczynki, która z biegiem czasu zmienia się w nastolatkę, skupia się właściwy wątek w filmie. Nic tak nie wzrusza jak i zarazem nie kruszy wizerunku jak wyrządzanie krzywdy bezbronnemu i niczemu niewinnemu dziecku. Sorkin bezpardonowo wykorzystał Lisę aby zburzyć mit Steve’a Jobsa. I to mu się bezapelacyjnie udało.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej