Marketingowcy nie musieli głowić się nad skomplikowaną i głośną kampanią, aby sprzedać ten film. Wystarczyło zatrudnić do głównej roli Jake’a Gyllenhaal’a, którego nie tak dawno oglądaliśmy w „Wolnym Strzelcu”, jako anorektycznego psychola, zarabiającego na życie na tragedii innych. To było aż za proste, bo nie tylko widzowie uwielbiają głośne przemiany fizyczne znanych aktorów, ale również cała machina marketingowa, na której została oparta produkcja działa sprawniej, gdy aktor jest „na topie”. Teoretycznie więc projekt ten nie mógł się nie udać… a jednak. „Do utraty sił” nie spełnia pokładanych oczekiwań.

Film opowiada fikcyjną historię Billy’ego Hope’a, boksera, który znalazł się na szczycie, ale jak to w sporcie bywa, są lepsze i gorsze momenty, występują zderzenia charakterów – i konflikt gotowy. Pretendent do mistrzowskiego pasa (Miguel Gómez) zaczyna coraz bardziej prowokować Hope’a. W końcu dochodzi do szamotaniny, w której przypadkowo ginie żona Billy’ego (Rachel McAdams). Wkrótce potem Billy popada w finansowe tarapaty, a poprzez swoje zachowanie traci córkę (Oona Laurence), która trafia ośrodka wychowawczego. Dawny mistrz będzie musiał pokonać wszelkie trudności i nie tylko odzyskać córkę, ale także cel w życiu.

4

Jak nie trudno się domyślić, mamy tu typową i do bólu schematyczną opowieść o bokserze, który na początku filmu traci wszystko, aby pod koniec to odzyskać. Oczywiście w międzyczasie przejdzie obowiązkowe załamanie nerwowe, uprzykrzy życie kilku osobom, aż w końcu znajdzie światełku w tunelu w postaci dalszych treningów i walk. W kinie przerabialiśmy to niezliczone ilości razy, zaś scenarzyści „Do utraty sił” nawet nie pokusili się o wyłamanie ze schematu, odhaczając kolejne punkty, bez których dramat sportowy nie może się obejść.

Już samo przedstawienie głównego bohatera pozostawia wiele do życzenia. Billy Hope to prosty, niewyedukowany człowiek, bez rodziców, którzy troszczyliby się o niego. Taki obraz boksera może i był popularny w latach 80. i 90. ubiegłego wieku, ale obecnie wzbudza co najwyżej uśmiech politowania. W jednej ze scen, Hope pisze przemówienie, które ma wygłosić na imprezie charytatywnej, podkreślając, że wychowywał się w sierocińcu i nie raz lądował w więzieniu. Właśnie napisanie tego ostatniego słowa, miałoby mu przynieść ogromne trudności. Jest to o tyle absurdalne, że po raz kolejny robi się z bokserów idiotów. Zresztą w jednej ze scen, kiedy Billy po walce rozmawia w sypialni z żoną, wydaje się wręcz autystyczny, jakby myślenie sprawiało mu fizyczny ból. Jest to uproszczenie całego środowiska, które nawet nie sprawdza się w tym konkretnym przypadku.

1

Film ogólnie jest odrealniony i oderwany od rzeczywistości. Przede wszystkim w początkowych minutach, można doszukać się kilku rażących pomyłek w scenariuszu, jakby twórcy nie do końca wiedzieli, jak przebrnąć przez pewne sceny  i pokazać sportowca na szczycie, mającego wszystko co tylko dusza zapragnie, dodatkowo piękną żonę i kochającą córkę. Potem jednakże jest nieco lepiej – gdy tylko dochodzi do tragedii, film nabiera rozpędu i wszystko zaczyna nabierać rumieńców. Szczególnie dobrze wyszły relacje Billy’ego z córką. Jest to jedyny wątek, który potrafi wzbudzić jakiekolwiek emocje. Dziewczynka jak na swój wiek jest bardzo mądra i rezolutna i nawet gdy zaczyna mieć przysłowiowego „focha” na swojego ojca, nie staje się irytująca. Oona Laurence spisała się doskonale w tej roli i kto wie, czy za kilka lat nie usłyszy o niej cały świat.

W „Do utraty sił” zawodzi to co jest najważniejsze, czyli same pojedynki bokserskie. Już krótka sekwencja przygotowań do końcowej walki obu bokserów pozostawia wiele do życzenia. Reżyser najwidoczniej chciał uniknąć standardowych obrazów, gdzie sportowcy z zera stają się herosami, obijając worki czy sparing partnerów, choć jest obowiązkowa scena ze skakanką. Szkoda, że Antoine Fuqua nie zdecydował się całości walk przedstawić w filmie tak jak w transmisji telewizyjnej. Za to mamy kolejne standardowe ujęcia, nieco chaotyczne z trzęsącą się kamerą lub z oczu bohaterów. Wszystko to już wcześniej było, a gdzieś po drodze, z każdą zmianą ujęcia, film traci na widowiskowości, dodatkowo znając finał każdego pojedynku, nie ma mowy o jakichkolwiek emocjach.

2

Jake Gyllenhaal rzeczywiście przeszedł solidną metamorfozę, lecz tak umięśnionego aktora mogliśmy oglądać już dziesięć lat temu w „Jarhead: Żołnierz piechoty morskiej”. Tym razem jednak muskulatura oczywiście liczy się jeszcze bardziej. Gwiazda filmu przeszła więc przez ośmiomiesięczny trening, taki który odbywają prawdziwy bokserzy aby wejść na światowy szczyt, a przynajmniej tak przedstawili nam to twórcy filmu. Po światowej premierze obrazu pojawiła się nawet szczegółowa dieta aktora, którą miał stosować przed wejściem na plan filmowy. Ile w tym prawdy wiedzą sami zainteresowani, nam jednak pozostaje ocena zarówno formy Gyllenhaala jak i jego gry aktorskiej. W porównaniu do jego ostatnich filmów, tym razem co do tego drugiego można mieć zastrzeżenia.

Po raz kolejny Gyllenhall chciał uwodnić, że potrafi grać postacie szalone. Tym razem nie wyszło mu to za dobrze, bo szybko zaczyna tracić wiarygodność. Dużo lepiej radzi sobie w scenach dramatycznych, gdzie potrafi pokazać ciężar jaki nosi w sobie grany przez niego bohater. To mogła być rola na miarę Oscara, ale aktor nie pokazuje tu nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób zaskoczyć, tak jak miało to miejsce w „Wolnym strzelcu”. Oczywiście w ringu daje z siebie wszystko, ale w większości to zasługa jego świetnej formy. Widać, że treningi nie poszły na marne i aktor rzeczywiście mógłby mierzyć się z profesjonalnymi bokserami.

3

Miałem nadzieję, że „Do utraty sił” będzie kolejną świetną produkcją o boksie, o której będzie się dużo mówiło, a sam film będzie bardziej ambitny niż sugerowały to pierwsze zwiastuny. Nic jednak z tego nie wyszło i obraz Antoine’a Fuqua’y nie stanie w jednym szeregu ze „Wściekłym bykiem” Martina Scorsese, „Ali’m” Michaela Manna czy „Fighterem” David O. Russell. Film znajdzie spore grono osób, którym spodobają się dobrze znane i utarte rozwiązania, ale po raz kolejny została udowodniona zasada, że jeżeli robić ambitne filmy o sporcie, to tylko na podstawie prawdziwych zdarzeń. Jeżeli szukacie prawdziwych bokserskich emocji, to już lepiej powrócić do finalnej walki z „Ali’ego”.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej