Ciężko nie odmówić Battlefield 1 sporego sukcesu. DICE już podczas zapowiedzi narobiło sobie mnóstwo pozytywnego PR. Wystarczyło pokazać graczom, że potrafią słuchać głosu zmęczenia pierwszoosobowymi strzelankami osadzonymi w realiach konfliktów współczesnych. Później wystarczyło tylko odpowiednie wykonanie zaprezentowanej idei, a to Szwedom wyszło równie dobrze, co ich marketingowe zagrania. Tak, mogę to powiedzieć z czystym sumieniem – dawno tak dobrze nie bawiłem się w Battlefieldzie od czasu Bad Company 2.

Battlefield: Bad Company 2 to jak do tej pory moja ulubiona odsłona cyklu, bo w sumie z samym Battlefieldem ma wspólnego niewiele. Ma odpowiednie pod względem rozmiaru mapy, walki pojazdami oraz klimat zewsząd przytłaczającego konfliktu, ale przy tym nie jest zabójczo poważna, a rozgrywka stawia nacisk przede wszystkim na nieskrępowaną niczym frajdę. Bad Company 2 było produkcją, w której nawet tak zatwardziały gracz Call of Duty oraz Counter-Strike’a jak ja, mógł się odnaleźć. W późniejszych odsłonach Battlefielda zaczęło tego brakować. DICE próbowało coraz wierniej oddać prawdziwe pole bitwy, co przyzwyczajonemu do ciasnych korytarzy z CoDa graczowi jak mi niespecjalnie służyło. W “trójkę” oraz “czwórkę” nabiłem już mniej godzin, bo szybko odtrącały mnie od siebie chaos tam panującym, zwłaszcza na mapach gdzie razem mogło biegać 64 graczy.

Battlefield 1, choć nie zrezygnował ze skali konfliktu oraz panującego na planszach chaosu, to grało mi się w niego znacznie przyjemniej niż w poprzedników (pomijając BC2 oczywiście). Głównym powodem jest zapewne to, że Battlefieldy z akcją dziejącą się w czasach współczesnych, miały potworną ilość broni oraz niepotrzebnych dodatków. “Jedynka” wydaje się pod tym względem wracać do kompletnych fundamentów. Daje graczowi do dyspozycji prostą broń wraz z zapasem amunicji i rzuca w wir walki. Nie uświadczymy tu zbyt dużej ilości pojazdów, a jeśli pojawiają się one na placu boju, to sieją na nim niewyobrażalne wręcz zniszczenia. Duża część map przystosowana została do potyczek piechoty, a to jest akurat to, co w Battlefieldach uwielbiałem i uwielbiam dotąd najbardziej.

Samotny wilk na polu walki

Zanim jednak zacznę opowiadać o tym, jak to tryb wieloosobowy jest cudowny, to z racji obowiązku trzeba omówić jeszcze kwestię kampanii. Prawdę powiedziawszy od ostatnich paru lat, niezależnie czy sięgam po Call of Duty czy po Battlefielda, to scenariusze dla pojedynczego gracza zwykle pomijam. Kiedyś działało to u mnie zupełnie odwrotnie, ale człowiek wraz z czasem potrafi się zmieniać. Zupełnie jednak odradzam pomijanie kampanii w Battlefield 1, bo jej jakość stoi na naprawdę wysokim poziomie.

Tryb dla pojedynczego gracza podzielony został na 5 zupełnie odrębnych opowieści, które nie dzielą ze sobą żadnych powiązań fabularnych. Każda historia toczy się na innym froncie i przedstawia postać żołnierza reprezentującego odrębne państwo. Wszystkie kampanie, poza opowiadaniem ciekawej historii, stanowią jednak pewien rodzaj samouczka, który ma wprowadzić nas do późniejszych potyczek w sieciowych rozgrywkach. W jednej opowiastce wcielimy się np. w kierowcę czołgu, druga oparta jest już całkowicie na walkach powietrznych. Pojawiają się też sekcje z nieco bardziej otwartą strukturą zabawy, przypominającą wydanego niedawno Phantom Pain. Lądujemy gdzieś na środku pustyni, mamy wyznaczony cel, ale to jak go wykonamy, zależy już tylko od nas. Trzeba zatem przyznać, że jeśli chodzi o różnorodność misji, to w Battlefield 1 nie ma na co narzekać. To bardzo miła odskocznia od korytarzowego strzelania, które wręcz stara się ubóstwiać konkurencja.

Fabularnie w kwestii kampanii jest też całkiem nieźle. Historie tu opowiedziane nie są może jakoś specjalnie złożone, ale potrafią chwytać za emocje. W przeciwieństwie do takiego Call of Duty, Battlefield 1 stara się przedstawiać swoich bohaterów akcji jako zwykłych szaraków, nie bohaterów wojennych, którzy sami rozgniatają całe bataliony oponentów. Pierwsza misja tego trybu stanowiąca niejako wstęp, świetnie pokazuje kierunek narracyjny całej kampanii. Widzimy w niej, że wojna wcale nie jest zabawą, a ludzie giną tam wprost setkami, wykonując często dziwne rozkazy. Battlefield 1 to w zasadzie gra antywojenna i DICE bardzo dobrze udało się to ukazać. Ta seria dawno nie widziała tak dobrej kampanii.

Dobrej, ale w zasadzie bardzo krótkiej. Wszystkie opowieści żołnierzy składają się z dwóch, w porywach do czterech krótkich misji. Każda z nich trwa dosłownie kilkanaście minut do pół godziny, przez co całą kampanię da radę ukończyć w gdzieś 4-5 godzin. W sam raz na jeden wieczór. Zwykle w tym miejscu narzekałbym na wręcz śmieszną ilość zawartości, ale w tym przypadku nie uwzględniam tego jako wady. W dobie gier trwających dziesiątki godzin miło jest zamknąć jakąś opowieść przy jednym, porządnym posiedzeniu. Poza tym kampanię potraktowałem tutaj jako fabularyzowane wprowadzenie do multiplayera i w tej roli sprawdza się ona znakomicie. Jeśli zatem jesteście samotnymi wilkami i tryb wieloosobowy staracie się omijać, to… czemu akurat Wasze oczy skierowane są w stronę Battlefield 1? To gra typowo sieciowa i jeśli poszukujecie długich doświadczeń w singleplayerze, to spójrzcie w kierunku tegorocznego DOOM-a.

Wojna w pełnej okazałości

W końcu to tryb multiplayer stanowi tu danie główne i zaprawdę powiadam, jest to danie nadzwyczaj obfite. Ciężko doszukiwać mi się zmian w Battlefield 1, względem poprzednich edycji, bo nie spędziłem w nich tyle godzin, ale od początku już czuć, że w “jedynkę” gra się nieco inaczej niż w taką “czwórkę”. DICE zaczerpnęło kilka rozwiązań z ostatnio wydanego Battlefronta. Zeszłoroczne Star Warsy były niezwykle intuicyjne i miały bardzo niski próg wejścia. Wszystko to przejawia się też w Battlefield 1, choć oczywiście dodano tu odpowiednią dla serii głębię oraz jak zawsze świetnie odwzorowano uczucie walki na prawdziwych polach bitew. Żadna inna gra o tematyce wojennej nie daje tak wielu zapadających w pamięć chwil jak Battlefield 1. Do dziś kocham te wielkie uczucie satysfakcji, kiedy wraz z moim składem, udawało nam się zupełnie znikąd, dzięki akcjom partyzanckim na tyłach wroga, przejąć kluczowy punkt, zapewniający nam zwycięstwo. Albo gdy byłem przygwożdżony ze wszystkich stron, nerwowo chwytałem się osłony i czułem, że zaraz jakaś kula odeśle moją duszę do bram Piotra, a nagle ni stąd, ni zowąd wjeżdża przyjazny czołg, wycinający w pień oponentów. Grupowe szarże na dany punkt również są teraz szalenie satysfakcjonujące… po prostu multiplayer w Battlefieldzie dawno nie sprawiał mi tyle frajdy.

Muszę też pochwalić zaprojektowanie map, które przy 40 graczach na serwerze (po 20 na drużynę) pokazują swój pełny urok. Mało jest tu lokalizacji, które można nazwać mało zróżnicowanymi. Praktycznie każda plansza pozwala na zróżnicowane akcje oraz różnego rodzaju potyczki. Jeśli kochamy flankować, mamy od tego boczne przejścia i wiele podziemnych korytarzy. Za to jako miłośnicy walk na otwartych terenach w czołgu, również mamy wielkie pole do popisu w tej kwestii, bo oddano nam w tym celu potężne plenery. Po prostu każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Z nowości zakochałem się najbardziej w trybie nazwanym Operacje, który wymaga od nas przynajmniej dobrej godziny czasu. Jest to w zasadzie emocjonująca seria map, które są lekko podkolorowane fabułą. Gra dzieli zawodników na dwie drużyny, z których jedni stają się atakującymi, drudzy zaś obrońcami. Następnie prezentowany jest front, na którym rozgrywać się będzie cała akcja. Zabawa polega na tym, że atakujący muszą przepchać cały front do końca, nie dając się przy tym odeprzeć obrońcom. Zasoby napastników są oczywiście ograniczone “żetonami”, które zmniejszają się wraz z każdym zgonem kogoś z tej drużyny. Jeśli ilość dostępnych odrodzeń zejdzie do zera, wówczas atakujący mają kolejną szansę, choć tym razem z odpowiednim wsparciem, np. gigantycznego sterowca.   

Cały tryb ogranicza się tak naprawdę do kilku map, rozgrywanych w trybie Gorączka wymieszanych z Podbojem, z czego napastnicy mają tak jakby “kilka dodatkowych szans”. Operacje różnią się też pod kilkoma względami od wymienionych przeze mnie wcześniej trybów. Przede wszystkim obrońcy mogą odbijać zajęte punkty w danych sektorach mapy, więc napastnicy, żeby przepchać linię walki dalej, muszą zająć obydwa cele jednocześnie. Cały tryb stanowi spore wyzwanie dla obydwu stron konfliktu, a co za tym idzie – jest szalenie satysfakcjonujący. Non stop ma się wrażenie konfliktu na nieco większą skalę, a stopniowe dopchanie frontu potrafi świetnie bawić, zwłaszcza gdy wygrywa się z niewielką ilością pozostałego wsparcia. Prawdę powiedziawszy, to w inne tryby stworzone przez twórców pograłem niewiele, bo Operacje wciągnęły mnie do niesamowitego wręcz stopnia.

Przez zmniejszoną ilość broni oraz dodatków, znacznie ucierpiał system rozwoju klas. Nie ma teraz zbyt dużo rzeczy do odblokowywania, co czasem zabija chęć robienia jakiegokolwiek progresu. Zamiast tego twórcy wypchali luki, cóż… niesławnymi skrzynkami, które dobrze powinni kojarzyć gracze CS:GO. Z pakietów wypaść mogą skórki dla broni czy bonusy do zdobywanych punktów doświadczenia, które słabo rekompensują brak wystarczającej ilości dodatków czy pukawek. Jest to też pretekst do wepchnięcia mikrotransakcji do gry, bo skrzynie można kupić również za prawdziwe pieniądze. W tytule wartym blisko 200 złotych, takie rzeczy nie są zbyt mile widziane.

Te Pola Walki mają w sobie jakiś urok

Star Wars: Battlefront budził spory podziw pod względem graficznym, ale tamtejsze lokacje były niezwykle puste i jednolite pod względem terenu. Battlefield 1 jest za to znacznie bardziej zróżnicowany i silnik pokazuje tu pazur. Gra wygląda po prostu przepięknie, niezależnie pod jakim kątem się na nią spojrzy. Modele postaci, ich animacje, dobre tekstury i przecudowne efekty cząsteczkowe czy świetnie odwzorowany ogień. Widok osadzającego się błota na broni czy czołgu również dopełnia wrażenie, że mamy do czynienia z produktem, który naprawdę można nazwać czymś next-genowym.

Battlefield 1 działa też nadzwyczaj optymalnie, jeśli chodzi o wersję PC-tową. Po grze takiego kalibru spodziewałbym się słabszej optymalizacji, a jednak DICE stanęło na wysokości zadania. Gra chodzi bardzo płynnie i wygląda przy tym naprawdę dobrze, nawet na średniej klasy komputerze na wysokich detalach. Nie spotkałem się też podczas mojej zabawy z problemami typu wywalania do Windowsa, stąd też mogę powiedzieć, że technicznie wszystko zostało dopieszczone co do cala.

Dźwięk w grze jest wprost fenomenalny. Ta seria strzelanin zawsze charakteryzowała się świetną oprawą audio i nie inaczej jest w tym przypadku. Wszystkie dźwięki broni, pojazdów brzmią świetnie, a ich kombinacja dostarcza wręcz niespotykanych wrażeń. Jedyne co kuleje w tej kwestii to polski dubbing, który brzmi okropnie i naprawdę ciężko się go słucha. Sony przy okazji niektórych gier udowodniło już wielokrotnie, że dubbing w tym kraju można porządnie wykonać. Tak ciężko dorównać reszcie w tej kwestii?

Wojna jak nigdy dotąd?

Battlefield 1 to zdecydowanie bardzo udana odsłona serii, która pochłonęła bez reszty nawet mnie – osobę sceptycznie podchodzącą do tego cyklu, raczej fana takiego Call of Duty czy Counter-Strike’a. Podczas mojej zabawy napotkałem w sumie niewielkie wady takie, jak stosunkowo krótka kampania, obecność mikrotransakcji oraz słaby, polski dubbing. Reszta to czysty miód dla duszy oraz ciała. Dlatego też nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić Battlefield 1 każdemu miłośnikowi FPS-ów. Pola Bitwy wreszcie wróciły do pełni swej chwały.

Gra testowana była w wersji PC. Kopię do recenzji udostępnił wydawca – Electronic Arts. Serdecznie dziękujemy!

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej