Seria COD od lat jest koniem pociągowym całego koncernu Activision Blizzard. Nic zatem dziwnego, że seria jest eksploatowana do granic możliwości, dostając co roku nowy tytuł. Bywały chwile, gdy szczerze liczyłem, że aktualna odsłona będzie tą ostatnią a były momenty, gdy żałowałem, że muszę czekać rok na kolejną odsłonę. Black Ops 4 stoi trochę w rozkroku. Z jednej strony ma dobre momenty a z drugiej – całkiem sporą lista braków.

Na początek – brak singla

Cóż. Nie ma co oszukiwać ani siebie, ani was. CoD BO4 wydał mi się tanim skokiem na kasę graczy w momencie, gdy zapowiedziano brak trybu dla pojedynczego gracza. Tegoroczna odsłona gry tak bardzo chce być podobna do Fortnite i PUBG, że zupełnie olano kampanię. Patrząc po wstępnych wynikach sprzedaży, chyba niewielu będzie za nim płakać. Zdaję sobie sprawę, że ten tryb i tak był traktowany po macoszemu już od jakiegoś czasu, mimo wszystko jego zupełny brak odnotowuje jako wielki minus.

Największa nowość serii – Blackout

Skoro zacząłem od najsłabszego punktu, to dla równowagi opowiem o jego najsilniejszym punkcie czyli trybie Blackout. To taki wzorowany na PUBG tryb, w którym na gigantycznej mapie spotyka się nawet stu graczy jednocześnie. Gameplayowo to fantastyczna robota, szczególnie gdy gra się ze znajomymi, gdzie każdy ma swoją rolę. I tak jeden stoi na czatach, podczas gdy reszta wchodzi akurat do magazynu albo jakiegoś budynku by zgarnąć broń, apteczki czy dodatkowe wyposażenie. Dodatkowym elementem urozmaicającym rozgrywkę są gadżety, które można wykorzystać na mapie. Do nich należy np. mobilna tarcza, zdalnie sterowane szpiegowskie auto zdalnie sterowane czy mina z laserowymi czujnikami. Do tego na całym obszarze można znaleźć specjalne punkty, w których czają się zombie. I tak można wparować mały oddziałem, wyrżnąć wszystko w pień a potem podzielić się łupami. W takich miejscach są bowiem najlepszy i najskuteczniejszy ekwipunek. Wada? Inni gracze mogą usłyszeć strzelaninę i… no cóż, przyjść na sam deser, albo wykosić i ciebie i zabrać wszystko dla siebie.

Tryb ten wraz z każdą kolejną rozgrywką nabiera coraz więcej rumieńców. Najlepiej właśnie gra się zespołowo, na słuchawkach i mikrofonie do tego z taktyką. Jedyne, do czego mógłbym tutaj się przyczepić to zbytnia hojność twórców. Biegając po mapie nie trudno potknąć się o leżące karabiny, granaty, apteczki a to co mnie szczególnie uwierało – o dodatkowe kamizelki kuloodporne. Chcąc zatem zdjąć przeciwnika, trzeba było nierzadko wpakować w niego pół magazynka, co w zasadzie wyklucza ciche operacje.

Druga wada Blackout to praktycznie zerowa zawartość do odblokowania. Owszem, jest levelowanie postaci czy jakieś tam naszywki. Tyle, że jest tego co kot napłakał. Osiągając kolejny poziom wzruszałem ramionami, myśląc „maah” bo nie było za specjalnie do czego dążyć.

Sama mapa jest za to bardzo fajnie zaprojektowana. Nie brakuje tutaj wielkiego kontenerowca czy niewielkiego miasteczka. Są stacje benzynowe, quady, nawiedzony dom, fabryki, pociągi, wzgórza i kanały wodne. Na brak „atrakcji” nie można zatem narzekać.

Pozostałe tryby rozgrywki

Standardowe tryby rozgrywki multiplayer przypominają mi jak bardzo nienawidzę takich rozgrywek. Camperzy. To absolutnie zmora każdej gry sieciowej a nie mogę pozbyć się wrażenia, że w przypadku CoD – jest to zmora szczególna. Nienależę do szczególnie utalentowanych graczy w grach sieciowych, ale jednak dostawanie kulą od snajpera w kilka sekund po wyspawnowaniu się to lekka przesada. Nie mam takich problemów w Battlefield 1 a tutaj to prawdziwa plaga. Za każdym razem schemat musi wyglądać tak samo: spawn, pad na ziemię, czołganie się do ciemnej dziury i dopiero z tamtąd skoordynowany atak na snajpera. Mam jednak nieodparte wrażenie, że nie musi tak być i Treyarch mogłoby to rozwiązać ciut lepiej. W całej tej rozgrywce nie pomagają wcale super-zdolności bohaterów (tutaj rozwiązanie z kolei zaczerpnięte z Overwatch), bo są zupełnie niewyważone. Przykładem niech będzie Ajax, który po rozłożeniu swojej tarczy jest niczym taran – nikt go nie jest już w stanie zatrzymać. Z drugiej strony wykasowano z gry fajne elementy jak odrzutowe podskoki czy bieganie po ścianach. W efekcie gra się uwsteczniła, co przecież w WWII nie było to tak odczuwalne. Dlaczego, się pytam, dlaczego?!

Tryb Zombie zawsze był mocną stroną w Call of Duty. W tym roku nie jest inaczej. Na starcie otrzymujemy aż trzy mapy! Pierwsza to starożytna jaskina, druga to Titanic z żywymi trupami w roli głównej a trzecia Mob of the Dead. Eliminowanie Zombie wciąż daje nieziemską frajdę, zwłaszcza gdy wycina się ich ze znajomymi. Różnica względem poprzednich części jest taka, że tym razem nie trzeba wykonywać skomplikowanych czynności by poczuć moc. Każda klasa postaci ma bowiem swoją własną, specjalną broń.
Osobną kwestią znowu pozostaje sytuacja, gdy gra nas losowo przydziela do innych graczy. Ci rzadko korzystają z mikrofonów, nie za bardzo chcą współpracować i gra w żaden sposób nie zachęca do niej. W efekcie lepiej spotkać się ze znajomymi.

Technikalia

Od strony technicznej, nowe CoD głowy nie urywa. Grałem na PS4 ale całość wyglądała nad wyraz przeciętnie. Nie jest to przesadnie brzydkie ale nagrody za wodotryski tytuł u mnie też nie zgarnie. Rozumiem, że wielkość map wymagała jakiś drastycznych cięć w jakości, ale całość mogła naprawdę wyglądać ciut lepiej. Kolejny minus z mojej strony za totalnie chaotyczne, nieprzemyślane i nieczytelne menusy gry. Tutaj do wszystkiego trzeba się dokopywać, klikać, szukać. Kompletnie nie wiem kto to projektował, ale powinien wrócić do szkoły.

Nowy CoD nie dla fanów… CoD

Taka myśl nie opuszczała mnie nawet przez moment. To nie było Call of Duty jakie lubimy i na jakie czekaliśmy. Odniosłem wrażenie, że nastawiona na multi i tryb battle royale część powstała wyłącznie jako odpowiedź na panikę w biurach Activision. Fortnite i PUBG praktycznie odmieniły rynek i Black Ops 4 jest właśnie paniczną odpowiedzią na nowe trendy. Zbyt wiele mi tutaj nie gra, by uznać nową odsłonę za udaną. I mimo, iż Blackout jest naprawdę wciągający to nie jestem przekonany, czy wart wydanych pieniędzy na niego. To doskonały przykład na to, że seria nie tylko zaczęła zjadać własny ogon, ale także… nie ma na nią dobrego pomysłu. W tym roku dostaliśmy zlepek przypadkowych pomysłów, które nie są w żaden sposób ze sobą spięte. Brakuje jakiejkolwiek fabuły, myśli przewodniej. Ot, wzięto uznany tytuł, wrzucono losowo do niego bardziej lub mniej przemyślane moduły i całość upakowano na jedną płytkę. Nie czuję się usatysfakcjonowany i staram się tutaj powstrzymać przed mocniejszymi określeniami. Czy ty będziesz? Tylko, jeśli ślepo kupujesz wszystkie odsłony.

Czytaj też: Test fotela Genesis Nitro 330 Military Limited Edition

Za udostępnienie gry dziękujemy firmom Activision oraz Kinguin

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej