Powracająca moda na wydawanie dużych dodatków, zamiast DLC w postaci zbroi do konia, trwa w najlepsze. W renesansie dużych paczek ekstra zawartości uczestniczą ostatnio głównie Polacy. Najpierw CD Projekt RED ze swoimi Sercami z Kamienia, a teraz przyszła Techland i ich The Following, które w dużej mierze wywraca mechaniki Dying Light do góry nogami.

Gdybym miał streścić jakość dodatku The Following, musiałbym po prostu powiedzieć, że bez problemu obroniłby się on jako samodzielna produkcja, sprzedawana jako kontynuacja Dying Light. W tym miejscu mógłbym w zasadzie zakończyć tę recenzję, postawić ocenę i wysłać każdą osobę, która posiada podstawkę, a przy okazji przeczytała ten tekst do sklepu, żeby kupiła owe rozszerzenie na własność. Moje sumienie każe mi jednak powiedzieć o tym przypadku coś więcej, stąd też powstała dalsza część artykułu.

Dying Light: The Following wyciąga nas z mocno zurbanizowanego terenu, który znamy z podstawki i wysyła w rejon kompletnie nie pasujący do przodującej w tej grze, parkourowej mechaniki– na wieś. Zmiana otoczenia została wytłumaczona fabularnie przy pomocy skromnego intra streszczającego całą sytuację. W dużym skrócie – ocalałym w mieście kończy się lekarstwo, które zapobiega przemianie w chodzącego trupa wszystkich ugryzionych i nasz bohater – Kyle Crane wyrusza poza Harran w poszukiwaniu kultu Dzieci Słońca, będącego w posiadaniu alternatywy dla leku. Żeby w ogóle zostać zauważonym przez tajemniczych wielbicieli Matki, będziemy musieli zyskać ich szacunek, a to osiągniemy przez wykonywanie szeregu łatwiejszych, bądź trudniejszych zleceń wspierających lokalną społeczność.

Muszę przyznać, że odkrywanie coraz to kolejnych sekretów otaczających „słoneczną sektę”, a co za tym idzie jakość linii fabularnej dodatku to dość dobra zabawa. Choć niektóre elementy opowieści są dość przewidywalne, to wątek główny śledziło mi się nad wyraz przyjemnie, a dużej pikanterii dodają tu dwa różniące się od siebie zakończenia, których nie da się podzielić na jednoznacznie dobre lub złe.

DyingLightGame 2016-02-10 18-00-43-247

Co się tyczy zaś samych zadań, które będziemy w The Following wykonywać, to przedstawione w nich historie są nieźle napisane i ich finały potrafiły nieźle potargać moimi emocjami. Niestety, znaczna większość questów sprowadza się głównie do spełnienia prostego archetypu: „przynieś, podaj, pozamiataj”, stąd dłuższe posiedzenia przy rozszerzeniu potrafią znużyć. Jednak braki w tym aspekcie, stara się nadrabiać wspomniana warstwa fabularna. Mi przy dawkowaniu The Following w niewielkich ilościach, fedeksowa konstrukcja zadań nie przeszkadzała, dlatego też ciężko mi to specjalnie uznać za dużą wadę. Techland musi jednak coś z tym zrobić, bo z podobnymi problemami borykała się również podstawka. Oby przyszły dodatek (jeśli wyjdzie), nie korzystał już z podobnych praktyk.

Dying Light do dziś jest dla mnie w ścisłej czołówce gier poruszających temat apokalipsy zombie, głównie z racji na obecność systemu poruszania się „a’la parkour” rodem z Mirror’s Edge. The Following zaskoczył mnie praktycznie całkowitym odejściem od skakania po dachach. Harran był miastem z bardzo gęstą i wielopiętrową zabudową, zaś wieś… cóż, może pochwalić się jedynie kilkoma domkami porozrzucanymi tu czy tam oraz dużymi połaciami niezabudowanego terenu. Owszem, na mapie zlokalizowane zostało jedno nadmorskie miasteczko, ale poza tym głównym widokiem, który uświadczymy będą ogromne połacie pól, łąk, płynących strumyków z okazyjnym występowaniem małych lasów. Nie ma tu zatem gdzie pobiegać, stąd ucieczka przed hordą zombie po stosunkowo płaskim terenie jest (szczególnie w nocy) praktycznie niemożliwa. Dlatego też twórcy postanowili zastąpić siłę naszych nóg, mocą silnika w łaziku, który gracz dostaje do swojej dyspozycji. Od teraz to będzie nasza główna metoda poruszania się, co z początku wydawało mi się pomysłem bardzo dziwnym. Twórcy chcieli jednak widocznie przygotować dla graczy inne doświadczenie, poprzez zmianę dotychczasowych mechanik, tak żeby The Following nie znudził się za szybko osobom, które spędziły przy podstawowej wersji masę godzin. MuI mzę przyznać, że taka odmiana jest strzałem w dziesiątkę. Szybko bowiem okazało się, że łazik i jego otoczka zostały wykonana na tyle dobrze, że brak parkouru przestał mi szczególnie doskwierać. Korzystanie z pojazdu jest bardzo przyjemne, głównie przez odpowiednio napisany system jazdy, a jego rozwój jest wciągającym procesem, wprost niezbędnym do przetrwania w groźnym środowisku. Jako, że łazik jest jednym z niewielu działających pojazdów w świecie gry, to potrzebne części tak samo jak paliwo, zbierać będziemy z napotkanych po drodze, pozostawionych w akcie panicznej ucieczki samochodów. Naszej furze, dzięki kolekcji odpowiednich materiałów, zamontujemy lepsze układy hamulcowe, mocniejszy silnik czy turbodoładowanie pomagające nam szybciej osiągać większe prędkości. Są też ulepszenia wpływające na wytrzymałość łazika, bez których rozjeżdżanie zombie w ekspresowym tempie kończyłoby się szybką wizytą u mechanika. Zamontować będziemy mogli lepsze opancerzenie czy nawet specjalne oświetlenie UV, odpychające od nas specjalnych zarażonych. Jakby tego było mało, dostajemy też specjalne drzewko umiejętności dla naszej maszyny, które rozwijać będziemy razem z kolejną ilością przemierzanych kilometrów. Niestety zdobywanie kolejnych poziomów „kierowcy” przebiega niezwykle wolno, co w moim przypadku poskutkowało tym, że kończąc The Following, nie zdążyłem odpowiednio rozwinąć „skillów” związanych z siedzeniem za kółkiem.

DyingLightGame 2016-03-16 14-08-03-459

Jak zatem widać, implementacja łazika nie skończyła się po prostu na wsadzeniu do gry jeżdżącego pojazdu, okraszone to zostało masą przeróżnych mechanik, uatrakcyjniających korzystanie z niego. Powrót do miasta Harran bez tej maszyny był dla mnie niezwykle przykry, bo zdążyłem się do niej już mocno przywiązać. Poza wprowadzeniem samochodu, w The Following nie zmieniło się praktycznie nic, oprócz tego, że twórcy dodali jeszcze kuszę – cichą, zabójczą i świetnie sprawdzającą się w walce na dystans, jeśli nie chcemy sprowadzić na siebie hordy żywych trupów. Walka jest taka sama, parkour również, ale za to łazik nadrabia brak innych innowacji i to z nawiązką.

Warto byłoby jeszcze napomknąć o samej wsi, która jest terenem niezwykle ciekawym do eksploracji. Stworzona na rzecz The Following lokacja jest bardzo malownicza i urozmaicona pod względem oglądanych widoków. Udostępnioną nam prowincję otaczają z jednej strony potężne góry, z drugiej zaś morze, wyglądające niezwykle przyjemnie z wyższych punktów obserwacyjnych. Choć cała akcja odbywa się rzekomo na terenie Turcji, to gdy wyjdzie się w teren i zobaczy urodzajnie rosnące zboża na polach, wysokie trawy czy stojące niewinnie tu czy ówdzie snopki, zaraz przypomina się nasza, polska wieś, która mogła być inspiracją dla twórców. Jedynymi śladami ludzkiej działalności są tu pojedyncze domostwa, tory, zrujnowana autostrada czy stojąca dumnie w jednej części mapy, potężna tama. Zdecydowanie jest czym tu nacieszyć oko, a eksploracja tych miejsc jest czynnością sprawiającą masę frajdy. Jedyne czego mógłbym się doczepić, to wada wynikająca z dużej powierzchni oddanej nam do zabawy. Zleceniodawcy questów lubią przeganiać nas pomiędzy skrajnymi punktami wsi i brak opcji szybkiej podróży, chociażby pomiędzy przejętymi przez nas schronami, na dłuższą metę potrafi zaboleć. Fajnie jest pojeździć sobie łazikiem i popatrzeć na te cudowne krajobrazy, ale mnie jazda głównie po tych samych miejscach potrafiła po entym już razie piekielnie znużyć.

DyingLightGame 2016-03-16 14-01-45-041

W kwestii technicznej nie doszło do praktycznie żadnych zmian. Nie widać gołym okiem, żeby grafika znacznie się polepszyła, a śmieszne błędy związane z ragdollem nadal występują. W trakcie rozgrywki napotkałem jednak na błąd, który uniemożliwiał mi z początku ukończenie pewnego zadania w trakcie trwania jednej z misji, ale po kilku próbach restartów (w tym również gry), ostatecznie udało mi się ją przejść. Po prostu ostatni z zombiaków, którego musiałem zabić, by oczyścić teren, wpadł gdzieś pod mapę, uniemożliwiając mi zakończenie zlecenia. Takie rzeczy się zdarzają i wychodzę z założenia, że nie ma produkcji pozbawionych technicznych błędów, także pomimo lekkiego uczucia frustracji w danym etapie, jestem w stanie przymknąć na to oko.

Dying Light: The Following ogólnie wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jako dodatek do gry sprawdza się perfekcyjnie i miło widzieć powrót takiego trendu jak tworzenie dużych rozszerzeń do branży. Zabawy jest tutaj na dobre 15-25 godzin (albo i więcej), a oprócz pomniejszych potknięć, ciężko się tutaj do czegoś specjalnie przyczepić. Serdecznie polecam zakup The Following wszystkim posiadaczom podstawki, zarówno tym obecnym, jak i tym przyszłym.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej