Escape Dead Island to spin off serii, który niedawno ujrzał światło dzienne. Chociaż na pierwszy rzut oka wygląda nie najlepiej, rusza się nie najlepiej i brzmi nie najlepiej, to gdzieś tam jest kilka głęboko ukrytych pozytywów, o których warto wiedzieć.

escape-dead-island-newscreenshot6

To, co uderza nas w oczy po uruchomieniu gry, to jej cel-shadingowa oprawa graficzna. Jest to zabieg, który pozytywnie wpłynął na produkcję, ponieważ twórcom udało się ukryć niedociągnięcia. Wszystkie niedoróbki i tak wpiszą się w lekko niechlujną komiksową stylistykę. Na szczere słowa uznania zasługują natomiast komiksowe cut-scenki – te prezentują się świetnie od początku do końca. Jakość grafiki nie przekłada się kompletnie na aspekt animacji. Ta jest toporna, koślawa i tandetna. Zombie poruszają się sztucznie nawet jak na nieumarłych, a ludzie poruszają się jak postacie z gier sprzed dekady.

Przygodę rozpoczynamy na łódce, na której znajduje się troje przyjaciół. Reporterka, fotograf (główny bohater) i ich przyjaciel (nie określono, czym on się właściwie zajmuje). Płyniemy na wyspę Narapela, aby dowiedzieć się co spowodowało wystąpienie epidemii i pojawienie się nieumarłych. Dodam tylko, że płyniemy na łódce skradzionej ojcu głównego bohatera. Chociaż początek historii nie zachwyca, a poziom dialogów wywołuje zażenowanie, to trzeba oddać twórcom, że w kilku miejscach fabuła się rozkręca, a wątek szaleństwa jednego z bohaterów jest bardzo ciekawie zobrazowany.

escape-dead-island-newscreenshot4

Pod względem mechaniki dostajemy rasowego slashera z elementami skradankowymi (z których nie trzeba korzystać – można przeć do przodu jak czołg). Walka jest do bólu powtarzalna: atak, unik, atak, unik itd., choć często nawet uniki nie będą potrzebne. Gra nie uraczy nas wieloma aspektami, z których słynął Dead Island (czy Dead Island Riptide). Bronie i ich ulepszenia są zbierane w określonych punktach gry. Nie ma mowy o craftingu, czy zużywaniu się broni. Wprawne oko, które widziało poprzednie części, dostrzeże pasek staminy, łapkę nad przedmiotami do zebrania, czy stół do craftingu, który posłuży nam do jednokrotnego ulepszenia broni. Jednak dając graczowi tylko niewielkie wspomnienie o tych mocnych aspektach pierwowzoru, wzbudza się w nim raczej zażenowanie, niż sentyment.

escape-dead-island-newscreenshot3

Tytuł prowadzi nas za rączkę. Nie ma szans, żeby gdzieś się zgubić (nawet mapa jest niepotrzebna). Po wciśnięciu jednego przycisku, nie dość, że na ekranie pojawia się miejsce docelowe, to na dodatek postać zostaje automatycznie ustawiona w tą stronę. Bardzo dużym ułatwieniem jest cicha eliminacja wrogów. Niejednokrotnie, zamiast wchodzić w potyczkę z wrogiem, bardziej opłaci się go zaszlachtować, żeby uniknąć nudnej, mało wyszukanej walki polegającej na mashowaniu jednego klawisza na padzie. Większość napotkanych oponentów nie grzeszy inteligencją. Tak, to są zombie, ale nawet przeciwnicy w Dead Island, czy Dead Island Riptide potrafili zachować się z głową.

escape-dead-island-screenshot6

Czas gry wynosi około 6 godzin, przy czym znaczna jego część to niestety backtracking. Kilkukrotnie będziemy musieli wracać się do określonych miejsc, gdzie będziemy mogli wykorzystać nowo zdobyte przedmioty, dzięki którym z kolei uzyskamy dostęp do nowych miejsc. Niestety, zanim już dotrzemy do tych nowych etapów, musimy przebrnąć po raz n-ty tymi samymi korytarzami. Szkoda, że wiele z ciekawych wątków pobocznych nie zostało lepiej poprowadzonych, a graczom nie dano do dyspozycji więcej swobody na wyspie.

Wydawcy gry Deep Silver, którzy posiadają prawa do marki, chyba trochę za bardzo uwierzyli w siłę martwej wyspy, siląc się na niepotrzebny skok w bok. Na skandal zakrawa fakt, że ta produkcja sprzedawana jest w formie pudełkowej za około 150-170zł. Jeżeli gra ukazałaby się za 1/3 tej ceny w dystrybucji cyfrowej, można by się zastanawiać nad jej zakupem. Niestety, w ten sposób wydawca sam skazał Escape Dead Island na śmierć przez zapomnienie.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!