Far Cry liczy sobie już przeszło czternaście lat i ma na koncie pięć głównych gier, całą masę spin-offów i dodatków. Zatem jak najnowsza część wypada na tle całej serii?

Wszytko zaczęło się od dema technologicznego. Niemieckie studio Crytek pracowało nad nowym silnikiem graficznym, a pokaz jego możliwości miał nastąpić na tropikalnej wyspie rządzonej przez dinozaury. Pomysł jednak zyskał rozmachu i wkrótce zaatakował znienacka. W 2004 roku na ustach wszystkich wciąż był pojedynek Doom 3 i Half-Life 2, ale demo technologiczne niespodziewanie przekute na pełną prawną grę o najemnikach i szalonych naukowcach stało się czarnym koniem wyścigu o tytuł najlepszej strzelanki.

Tyle z historii. Crytek dziś nie ma nic wspólnego z marką Far Cry, która obecnie należy do Ubisoftu, niemającego cienia wątpliwości, że dzierży w rękach dojną krowę. Dla większości fanów to Far Cry 3 jest najlepszą odsłoną i wyznacznikiem kierunku, w jakim seria powinna podążać. Niemniej jest to temat mocno dyskusyjny. Czego jednak jesteśmy pewni, to niewątpliwy finansowy sukces piątej odsłony, będącej drugą najbardziej kasową premierą w historii Ubisoft.

Witajcie w Ameryce

W dużym skrócie, o czym jest nowy Far Cry. Wcielamy się w postać przedstawiciela władz w postaci policjanta, którego kompanii wciąż nazywają żółtodziobem. Tym samym wato odnotować, że przyjdzie nam w końcu kierować postacią mającą obeznanie z bronią. W dwóch poprzednich (głównych) odsłonach wcielaliśmy się w miejskiego szczura, wiodącego spokojne życie a zmuszonego do drastycznej zmiany swojego otoczenia i konieczności adaptacji do ekstremalnych warunków. Słowem: od zera do rambo-terminatora.

Ten swoisty dysonans ludyczno-poznawczy był dla wielu ciekawym wybiegiem fabularnym, lecz dla mnie nowe podejście do pierwszoplanowej postaci jest bardziej przekonujące. Niemniej, pewnym minusem pozostaje fakt bezosobowości naszego bohatera, który przez całą grę nie piśnie ani słówkiem. Wynika to głównie z faktu, że pierwszy raz to my tworzymy naszego wojownika o wolność i sprawiedliwość, choć ogranicza się to do określenia płci, ogólnego wyglądu i ubioru. Czyni to rozgrywkę dość jałową, ale nie każdy musi uznać to za poważną wadę. Milczące typy ponoć też są w modzie.

Cel: doprowadzić przed oblicza sprawiedliwości samozwańczego pastora, przewodzącego sektą fanatyków o nazwie U bram Edenu. Wszystko dzieje się w fikcyjnym hrabstwie Hope, gdzieś w stanie Montana. Brak poszanowania dla amerykańskiej konstytucji, a tym bardziej jeszcze mniejsze poszanowanie dla życia i wolności obywateli pobliskich miast przez głównego antagonistę przykuł rzecz jasna uwagę władz federalnych. Aresztowanie nie idzie zgodnie z planem, bowiem zaledwie po paru minutach stajemy się zwierzyną łowną, a nasi kompanii zostają wzięci do nie woli. Gdy minie pierwszy szok poznajemy człowieka, który z naszą pomocą ma plan rozkręcić ruch oporu, zaś my głowimy się, jak tu by odbić przyjaciół z rąk trójki obłąkanego rodzeństwa wspomnianego już głównego antagonisty. Po szybkim rozeznaniu, co, z kim i jak, ruszamy stawić czoła nowej przygodzie.

Niespełniony amerykański sen

Far Cry 5 rzuca nas od razu na otwartą wodę i początkowo możemy odczuwać zagubienie w świecie gry. Zanim scenariusz nabierze tempa minie trochę czasu. Najpierw musimy podjąć decyzję za wyzwalanie, którego obszaru zabrać się najpierw: przynależącego do chorobliwego zwolennika słowa „Tak”, paramilitarnego brodacza o aparycji wikinga, czy urodziwej córki leśniczego gustującej w środkach odurzających. Wszystkie te postaci oczywiście są mocno przerysowane i wpisują się w pewne stereotypy krążące o amerykańskiej prowincji. Zresztą nabijania się z amerykańskiego folkloru w Far Cry 5 nie brakuje i to chyba najmocniejsza zaleta tej produkcji, ponieważ robi to nadzwyczaj dobrze.

Piąty Far Cry to klasyczna „piaskownica” mająca za cel sprzedać nam iluzję otwartego świata. Ów świat wypełnia trochę zadań głównych i cała masa misji pobocznych. O ile misje należące do głównego wątku fabularnego jeszcze się kleją, tak niemal wszystkie pozostałe zadania to nieznośne wypełniacze czasu konieczne do odbębnienia, jeśli zależy nam na odpowiednio rozwiniętym ekwipunku. Sam rozwój postaci, jak również ulepszanie posiadanego uzbrojenia, względem poprzedników mocno okrojono, wręcz spłaszczono. Ogólnie zaproponowany system daje radę, ale jeśli graliście w wcześniejsze części, to będziecie czuć niedosyt.

Grę odpaliłem z angielską ścieżką dźwiękową, bowiem polski dubbing… no cóż, sami posłuchajcie.

Far Cry 5 ogrywałem na PC mającego swoje dni chwały dawno za sobą. i5 czwartej generacji, osiem giga RAM i starusieńki Asus GTX 760 nie robią dziś na nikim wrażenia. Niemniej twórcy gry przyłożyli się mocno do optymalizacji i nowy Far Cry na wysokich ustawieniach hula aż miło na tym komputerze. Byłoby idealnie, gdyby nie notoryczny błąd aplikacji wyskakujący raz na dwie godziny zabawy, ale widać wszystkiego mieć nie można. Wizualnie giera potrafi uraczyć naprawdę ładnymi widokami, zaś sama aranżacja przestrzeni udostępnionego świata funduje solidne dawki soczystego klimatu już od samego początku. Jednak bardziej dociekliwi gracze, przywiązujący sporo uwagi do detali, zauważą względem Far Cry 4 brak wielu elementów otoczenia, szerszej interakcji ze środowiskiem, nie wspominając już o gorszym udźwiękowieniu i efektach związanych z uzbrojeniem.

Jest dobrze, ale…

Oczywiście pewnie większość graczy nie przykuwa aż takiej wagi do tylu detali, dlatego przejdę już do sedna wywodu. Sama mechanika strzelania, czy nawet poruszania się postaci jest mocno konsolowa, co na myszce i klawiaturze irytuje diabelnie. Jednocześnie naszą postać wciąż wiąże wiele ograniczeń swobody ruchu, czy nawet brak bardziej przekonującej motoryki, więc pod tym względem jakiegoś szczególnego postępu względem lat poprzednich nie zauważymy. Ponadto przeciwnicy są tępi jak but i ich siła tkwi wyłącznie w ilości, dlatego większość pojedynków nie stanowi wyzwania. Dodajcie do tego naprawdę słabe zadania poboczne, a dość szybko spostrzeżecie się, że lepiej skupić się wyłącznie na głównym wątku.

Chyba najbardziej głupim pomysłem twórców był „sezon polowań” na naszego bohatera. Likwidując patrole, niszcząc składy amunicji, odbijając nowe obiekty itd., zbieramy punkty oporu. Te przekładają się na zaufanie społeczności względem nas, ale mają też swoją cenę w większej zaciekłości adwersarzy. Na każdym terytorium pasek punków oporu podzielona na cztery części i po osiągnięciu kolejnego poziomu antagonista rządzący daną strefą ogłasza polowanie na bohatera. Nie można tego ominąć, a generalnie walka jest bezcelowa, bowiem będzie kontynuowana tak długo aż nie padniemy. W ten o to sposób porusza się dalej wątek fabularny, powodując nie tylko spore pokłady frustracji, ale za szóstym razem jest to już zwyczajnie irytujące i wtórne. Nie wspomnę już o tym, że koncepcja ta kłóci się dość mocno z ogólną logiką i spójnością scenariusza, rodząc wrażenie, że ktoś, coś do końca nie przemyślał.

Przechodząc do finału recenzji, o to kilka moich spostrzeżeń. Ogólnie, jako całość Far Cry 5 to w porównaniu do wielu innych tytułów solidna, klimatyczna pozycja, mogąca ukraść nam z życia kilka naprawdę przyjemnych godzin. Niemniej względem swoich poprzedników stanowi raczej zaniżenie poprzeczki (albo zwyczajną powtórkę z rozrywki), bowiem dla takiego starego wygi jak, gra nie funduje nic ponadto, co już widzieliśmy. Pewnym paradoksem jest, jednak to, że oczywiście gra się relatywnie dobrze, to też nowicjusze będą zadowoleni. Weterani serii, jeśli nie mają wyśrubowanych wymogów możliwe, że trafili w dziesiątkę i z uśmiechem na ustach wywrócą do góry nogami amerykańską prowincję.

Swoją drogą nie wiem po co się tyle produkować. Obejrzyjcie zapowiedź zmontowaną przez Honest Game Trailers, bo tłumaczy idealnie czym jest Far Cry 5 i o mało nie popłakałem się ze śmiechu :)

Za udostępnienie gry dziękujemy Ubisoft Polska

    Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!