Homefront: Revolution to kolejny smutny przypadek w historii branży gier wideo, który określić można mianem zmarnowanego potencjału. Pierwsze zapowiedzi tej produkcji wyglądały naprawdę obiecująco, bo umiejscowienie akcji w okupowanym USA i cała ta „zabawa” w partyzantkę mogły rzucić trochę powiewu świeżości w gatunek strzelanin pierwszoosobowych, albo przynajmniej wyryć się w pamięci dobrą opowieścią. Niestety, moje nadzieje rozwiane zostały po kilku godzinach zabawy z nowym Homefrontem. Szybko zacząłem go mieć serdecznie dość, a pogoń za końcowymi napisami wydawała mi się być czymś w rodzaju podróży do piekła, niczym ta spisana przez Dantego Alighieri.

Produkcja studia Dambuster (dawniej nazywało się to Crytek UK) nie jest oczywiście kompletną katastrofą. Nie reprezentuje też jakością tego, do czego przyzwyczaiły nas kioski wraz z ich tytułami „za 10 złotych”. To zwykły średniak, który zapożycza sporo elementów od konkurencji i jakkolwiek nie sili się na oryginalność. Co gorsza, wszystkie wzięte mechaniki nie zostały odpowiednio dopracowane, przez co u praktycznie każdej z nich da radę dostrzec większe, bądź mniejsze wady. Nie ma też specjalnie rzeczy, która nadrabiałaby ogarniającą zewsząd nijakość, stąd Homefront: Revolution zaczyna po jakimś czasie strasznie nużyć.

homefront2_release 2016-05-26 22-02-53-045

Ta rewolucja nie zapisze się w kanwach historii

Koncepcja opowieści nowego Homefronta może zabrzmieć dla niektórych nieco idiotycznie, ale muszę przyznać, że pomysł na nią był bardzo kreatywny i ciekawy. Otóż w tej wersji historii Korea Północna prześcignęła pod względem technologii Stany Zjednoczone. USA zaczęło kupować praktycznie wszystko, co Koreańczycy mieli do zaserwowania – od smartfonów czy tabletów, aż po takie rzeczy jak broń lub inne militaria. Wartość dolara amerykańskiego zaczęła spadać, stąd kraj zaczął popadać w ruinę, a spłacenie długu kolegom z Azji przestało być zadaniem możliwym do wykonania. Kiedy Korea Północna dostrzegła słabość swojego partnera w interesie, wykorzystała swoją siłę i przejęła władzę nad Stanami, wyłączając całą sprzedaną im wcześniej technologię przy pomocy zaimplementowanego w niej backdoora. My zaś wcielamy się w rolę partyzanta walczącego wraz z garstką patriotów o niepodległość nie tyle co kraju, ale miasta Filadelfii. Pomysł wygląda na papierze ciekawie i można by z niego wycisnąć niezwykle emocjonalną historię o walce garstki z przytłaczającym legionem. Wiecie, taki wyciskacz łez. Niestety, scenarzystom chyba nie było z tą koncepcją po drodze.

Brytyjskie Dambuster Studios nie odrobiło pracy domowej z historii, w której znaleźliby na pewno sporo inspirujących opowieści o działalnościach partyzanckich. Fabuła ich gry mogła być pełna trudnych do podjęcia decyzji moralnych, ciekawych postaci lub sprytnie napisanych oraz zapadających w pamięć potyczek. Twórcy jednak stwierdzili, że „w sumie po co się na takie coś wysilać” i wyprodukowali całkowicie sztampową przygodę, która bardziej pasowałaby do Call of Duty. Fabule brak jakiegokolwiek napięcia, nieprzewidywalnych zwrotów akcji, po prostu nie ma tu żadnego polotu. Postacie zarówno te główne jak i te poboczne są słabo napisane, na kilometr walą sztampowością, a przy niektórych ich wypowiedziach potrafiłem złapać się za twarz, bądź też wewnętrznie walczyłem ze sobą, żeby tylko nie pominąć danej cut-scenki. Nie ma tu nawet namiastki mrocznego klimatu, który dałby nam jednoznacznie poczuć, że cały czas jesteśmy na straconej pozycji w niekończącej się wojnie. Zamiast tego przerzucani jesteśmy od jednego do drugiego obszaru Filadelfii, w którym praktycznie samemu w bohaterski sposób wycinamy niezliczone zastępy koreańskiej armii. Nie na takie coś się pisałem.

homefront2_release 2016-05-26 21-39-21-433

Rewolucyjnie nudna rewolucja

Gdybym miał przyrównać do czegoś rozgrywkę, to najbliżej byłoby jej na pewno do Far Cry’a 3 czy 4, choć oczywiście mówimy tu o nieco biedniejszej wersji. Cała Filadelfia podzielona została przez twórców na kilka większych, otwartych lokacji, które zostały odpowiednio nazwane dzielnicami „żółtymi” lub „czerwonymi”. Nie jest to oczywiście jakieś „widzimisię” dawnego Crytek UK, a kolory mają rzeczywisty wpływ na to jak prowadzona tam jest zabawa. „Czerwone” obszary mapy są częściami niedostępnymi dla ludności cywilnej, bowiem są to place bitwy między siłami koreańskimi, a partyzanckimi, stąd jeśli jednostka oponenta nas zauważy, od razu otworzy do nas ogień. W „czerwonych” częściach Filadelfii będziemy zatem wdawali się w spektakularne strzelaniny z mrowiem Koreańczyków, przejmując ich mniejsze bazy, bądź też potężne oraz dobrze strzeżone forty. W „żółtych” obszarach będziemy zaś świadkami namiastki normalnego życia obywateli, a raczej kolaborantów, którzy poddali się presji okupanta i próbują dostosować się do nowych realiów USA. Tutaj jako poszukiwany partyzant przez większość czasu będziemy musieli przekradać się między koreańskimi patrolami. Naszym celem jest tu głównie sabotaż lokalnych środków propagandy, pomoc uciśnionej ludności, by powoli budzić w niej wolę do wzięcia udziału w powstaniu.

Gameplay z początku może być naprawdę ciekawy, ale kiedy zaczniemy wyswabadzać kolejną już dzielnicę Filadelfii z rzędu, szybko zauważymy okropną schematyczność zadań oraz brak jakiegokolwiek ich urozmaicenia. „Czerwone” obszary to głównie nudne bieganie i strzelanie. Bronie nie mają odczuwalnej mocy, zaś wymiana ognia z 5 czy 6 rodzajami oponentów (w tym wliczyłem oczywiście pojazdy) przy którejś już godzinie grania potrafi z wrażenia uśpić nasz organizm. „Żółte” strefy borykają się również z problemem zróżnicowania aktywności… a raczej jej całkowitego braku. Odbijanie tych części miasta sprowadza się do wykonywania w kółko takich samych zadań, w celu napełnienia licznika, który daje nam dostęp do przejęcia głównej siedziby Koreańczyków. Najczęściej jest nią obwarowany niczym twierdza posterunek policji. W dodatku mechaniki skradania są słabo napisane, a sztuczna inteligencja jedynie tę bolączkę piętnuje. Łatwo jest zgubić pościg, bo wystarczy jedynie zejść na moment z oczu patrolowi, schować się w pobliskim śmietniku i nagle całe miasto zapomina o tym, że przed chwilą wysadziliśmy kilka ważnych, koreańskich punktów w mieście. Takiej zabawy w Homefront: Revolution starczy na 15 godzin… bardzo nudne 15 godzin.

homefront2_release 2016-05-26 21-30-21-987

Dość ładna rewolucja

Omawianie systemu rozwoju postaci uznam za całkowicie zbędne, bo nie jest on nawet w najmniejszym stopniu rewolucyjny. Po prostu za zdobytą kasę i punkty, które z kolei dostajemy za wykonywanie zadań, ulepszamy nasze bronie czy poszczególne części ekwipunku. Nie ma tu nic specjalnego, zatem od razu przejdę do powiedzenia kilku słów o grafice, która wystaje nieco ponad kilogramy mułu. Gra postawiona została na silniku CryEngine 3 i to widać. Postacie wyglądają wiarygodnie, niektóre krajobrazy zapierają dech w piersiach, a padające na obszary Filadelfii oświetlenie, nadaje lokacjom specyficznego piękna. Oczywiście, producenci nie okiełznali możliwości CryEngine w pełni, bo niektóre tekstury na obiektach nie domagają, a sporo problemów z kolizjami obiektów, potrafi prowadzić do irytujących błędów. Co zaś się tyczy oprawy audio, to jest ona po prostu prawidłowa, choć przyznam szczerze, że nie zwracałem na nią zbytnio uwagi, a żadna część soundtracku nie zapadła mi jakoś w pamięć.

Homefront: Revolution ma również jakiś rodzaj multiplayera, w którym kilku graczy może wykonywać kooperacyjne misje. Niestety, moje próby dołączenia do jakiegokolwiek lobby na PC szybko kończyły się fiaskiem. Po prostu nie mogłem nikogo znaleźć do wspólnej zabawy, a moi znajomi byli na tyle mądrzy, żeby w tę produkcję po prostu nie inwestować jakichkolwiek pieniędzy. Stąd nie mogę wyrazić jakiejkolwiek opinii na ten temat, ale wiedźcie (nie wiem po co), że taki element do gry ostatecznie trafił.

homefront2_release 2016-05-26 21-28-46-403

Rewolucja wstecz

O debiucie studia Dambuster mogę powiedzieć tylko jedno – okazał się potworną klapą. Ich pierwsza gra miała ogromny potencjał, ale ostatecznie stała się słabym średniakiem, któremu zabrakło duszy. Każda część składowa tego tytułu ma swoje wady i to nie byle jakiego rozmiaru. Fabuła nie domaga na wielu płaszczyznach. Rozgrywka z początku może wyglądać ciekawie, ale na dłuższą metę potwornie nudzi, głównie przez brak urozmaiconych aktywności. CryEngine 3 przynajmniej stara się to nadrabiać, ale w przypadku gier wideo grafika to nie wszystko. Homefront: Revolution spróbowało czymś zabłysnąć, ale ostatecznie okazało się być nijakim shooterem, pełnym braków i dziur. Zdecydowanie odradzam zakup, nawet w promocji. Lepiej upolujcie jakiegoś Far Cry’a po niższej cenie.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej