Hideo Kojima opuścił pokład statku Konami na trzymającej się przy pomocy srebrnej taśmy tratwie. Uciekł on na ląd, gdzie otworzył swoje niezależne studio w postaci Kojima Productions. Hideo zostawił jednak w szponach dawnej firmy-matki własne dziecię, czyli legendarną markę Metal Gear. Jak Konami poradziło sobie z tym potężnym asem w rękawie? Raczej nie najlepiej.

O dwóch takich, co się nie dogadali

Metal Gear to legendarna seria, którą darzę bardzo dużym uczuciem. Ogranie przygód Solid Snake’a po raz pierwszy było dla mnie niesamowitym doświadczeniem, jakie zapamiętam na długo. Nikomu do tej pory nie udało się odwzorować geniuszu Kojimy w kwestii fabuły i sposobu jej opowiadania czy charakterystycznej rozgrywki. Wszystkie Metal Gear Solidy to produkcje starzejące się jak dobre wino.

Niestety ten cudowny cykl musiał się kiedyś skończyć i szkoda tylko, że nastało to w tak nieprzyjemny sposób. Hideo Kojima nieoczekiwanie opuścił Konami w burzliwych relacjach, co odbiło się ostatecznie na Metal Gear Solid V: The Phantom Pain. Mógł być to jeden z najlepszych Metal Gearów w całej serii, ale luki fabularne i niedokończone wątki sprawiły, że finalnemu produktowi daleko do ideału.

Konami praktycznie całkowicie zniknęło ze stacjonarnych konsol i przeniosło całą lwią część biznesu oraz większość chwalebnych serii na „mobilki” lub automaty pachinko. Wydawałoby się, że japoński gigant dużo na tym stracił, ale liczby mówią co innego. Ich akcje od początku 2016 roku (kilka miesięcy po zwolnieniu Kojimy) urosły ponad dwukrotnie. Pokazuje to, że z biznesowego punktu widzenia krok w stronę przeciwną niż stacjonarne konsole i duże produkcje z wielkim budżetem, wyszedł ostatecznie firmie niezwykle dobrze.

Skąd zatem w tym wszystkim wziął się Metal Gear Survive? Cóż, ciężko powiedzieć, bo prawdy raczej się nie dowiemy. Na pewno nie jest to prztyczek w nos Kojimy. Wygląda na to, że Konami po prostu chciało sprawdzić, czy jest jeszcze sens bawić się w „duże gry” i postanowiło zrobić to w możliwie najtańszy sposób. Pod ręką mieli gotowy silnik, kochane przez graczy uniwersum w postaci Metal Gear i pozostałości z ekipy Kojimy, głównie nowicjuszy z kilkoma weteranami. Naruszenie cyklu „Solid” byłoby jednak zbyt ryzykowne z punktu PR, a i historia Solid Snake’a została zwyczajnie zamknięta. Widocznie stąd też wziął się pomysł na coś takiego jak spin-off w niedawno popularnej stylistyce „survivalowej”.

Właśnie, zanim tak naprawdę podejdziemy do samej recenzji, trzeba mieć na uwadze, że Metal Gear Survive to nic innego jak właśnie spin-off. Tych cykl miał już kilka, chociażby w postaci mini-serii Acid, ale żaden z nich nie odniósł większego sukcesu (może poza Meal Gear Rising: Revengeance). Prawdę mówiąc to Metal Gear Survive również się to nie uda.

Zaskakująca opowieść

Jedno nie zmieniło się w stosunku do tradycyjnych odsłon serii – fabuła. Może nie jest ona opowiedziana w sposób charakterystyczny dla Kojimy, ale ma jedną cechę wspólną – jest lekko pokręcona. Jako jeden z żołnierzy z dawnego Mother Base, przeniesieni zostajemy do alternatywnej rzeczywistości zwanej Dite. Nie jest to przyjazne środowisko, bowiem zostało ono w całości opanowane przez śmierć w postaci zombiaków z dziwnym kryształem zamiast twarzy. Naszym celem jest odzyskanie danych oddziału, który został tu wcześniej zesłany, a przy okazji zebrać możliwie jak najwięcej surowca zwanego „energią Kuban”. W miarę wykonywania kolejnych zadań, poznajemy grubszą intrygę stojącą za tą misją i nagle opowieść zaczyna robić się coraz ciekawsza. Ba! Doświadczymy tu nawet kilku ciekawych zwrotów akcji, przypominających swoją zawiłością te ze zwykłego Metal Geara. Nie jest zatem tak okropnie, jak można było się z początku spodziewać.

Historia sama z siebie może tragiczna nie jest, ale sposób jej opowiedzenia pozostawia sporo do życzenia. Scenek przerywnikowych jest tu jak na lekarstwo, zaś większość fabuły przekazywana jest nam w postaci nudnych dialogów, wyświetlających się w czymś starającym się przypominać dawny „Codec” (vide lewy obrazek powyżej). Większość dużych zwrotów fabularnych wypowiedzianych zostało właśnie przez to medium, przez co nie wywołują one na graczu większych emocji. Opowieść o dziwo trzyma się kupy i ma swoje momenty, ale sposób ich prezentacji to już inna, gorsza liga.

Nuda i męka

A co z rozgrywką? Nie będzie to niczym odkrywczym, jeśli powiem, że Metal Gear Survive skupia się w dużej mierze na… cóż, survivalu. Nasza postać potrzebuje pić, jeść i jeśli wejdziemy w tajemniczą mgłę, również mieć czym oddychać. Największym priorytetem jest zatem pozyskiwanie pożywienia, dopiero później możemy myśleć nad rozwojem naszej małej bazy wypadowej czy usprawnianiu ekwipunku. Metal Gear Survive nie zamierza nas jednak prowadzić za rączkę, bo pierwsze kroki w tym nieprzyjaznym świecie nie należą do najłatwiejszych. Bohater szybko głodnieje i równie prędko się odwadnia, a nasycenie jego żołądka jest trudnym zadaniem. Polowanie na mięsodajną zwierzynę zajmie nam sporo czasu, a i tak rzadko kiedy miałem takie zapasy pożywienia, by móc pozwolić sobie na dłuższe wypady z bazy. Przez pierwsze kilka (lub kilkanaście) godzin przyjdzie nam też pić skażoną wodę, co doprowadzi naszą postać do chorób żołądkowych. Początki gry są naprawdę trudne, a starcia z prostymi przeciwnikami potrafią być wymagające.

Gra wymusza na nas zatem ciągłą eksplorację i wszystko byłoby tu na swoim miejscu, gdyby nie fakt, że Dite jest piekielnie nieciekawym miejscem. Świat Metal Gear Survive to w większości pustkowia z elementami żywcem przeniesionymi z Metal Gear Solid V: The Phantom Pain. Widać, że deweloperzy dysponowali ogromnie niskim budżetem, bo nie postanowili wrzucić tu czegoś więcej od siebie. Nie ma jakichś wymyślnych konstrukcji, które potencjalnie mogłyby wznieść te dziwne zombie. Podczas mojej przygody nie napotkałem też ciekawszego krajobrazu, oprócz widoku zniszczonej Mother Base, leżącej gdzieś nieopodal naszego „centrum dowodzenia”. Świat gry jest pusty, szary i zwyczajnie nudny, przez co jego eksploracja była zwyczajnie nieciekawa, a tym samym powodowała u mnie napady ziewania.

Strzelania z broni palnej jest tu jak na lekarstwo, ponieważ surowce potrzebne do stworzenia broni oraz odpowiedniej do niej amunicji, jest równie trudnym zadaniem, co kolekcjonowanie żywności. Większość Metal Gear Survive przyjdzie nam zatem walczyć wręcz. Fox Engine ukazany nam przy okazji The Phantom Pain, nie był tworzony z myślą o bataliach na włócznie czy maczety. Twórcy spin-offa postanowili jednak uczynić ten właśnie sposób walki swoim głównym, co znacząco odbiło się na rozgrywce. Sterowanie jest niezwykle toporne, a pojedynki z zombiakami przez większość czasu są mało interesujące oraz zwyczajnie nużące. Starcia często bywały dla mnie frustrujące, a hordy zombie wydawały się nie do sforsowania, głównie przez ten aspekt. Dlatego też w bezpośredniej bitwie musiałem uciekać się do wykorzystywania zwyczajnej głupoty sztucznej inteligencji. Nie robiłem tego ze szczególnym żalem, w końcu głównym celem jest tu zawsze przetrwanie.

Światełko nadziei

Również crafting oraz zarządzanie naszą bazą jest mocno dezorientujące. Sama mechanika jest całkiem ciekawa i sprawia satysfakcję. Powrót do przyjaznego miejsca z recepturą na porządny pancerz, po długiej tułaczce z pustym brzuchem, dostarcza sporo emocji. Niestety interfejs tychże craftowych modułów jest niezwykle nieprzyjazny i mocno skomplikowany, a poruszanie się po nim pozostawia naprawdę sporo do życzenia. Większość mechanik nie jest też dostatecznie wytłumaczona, przez co z początku w zasadzie błądzimy sfrustrowani we mgle.

Opanowanie tego, co rzuca nam Metal Gear Survive zajmie nam naprawdę sporo czasu. Sama kampania to zabawa na przynajmniej kilkanaście godzin, a jest jeszcze sporo ciekawej treści dostępnej po jej ukończeniu. Gra powiela jednak wadę wielu średniaków, czyli po prostu za wolno się rozpędza. Większość spędzonego tu czasu to nudna eksploracja, przeplatana równie nieciekawą walką z praktycznie tym samym typem przeciwników. Wszystko to jest też ubrane w elementy z początku frustrujące, czyli wszystko co z survivalem związane. Dopiero gdzieś po znacznej połowie kampanii, rozgrywka zaczyna nabierać rumieńców. Wreszcie mamy dobrze wyposażoną postać na odpowiednim poziomie doświadczenia. Większość mechanik już całkiem nieźle opanowaliśmy, a i poznajemy też w międzyczasie kilka ciekawych sztuczek przy pomocy zdobytych wcześniej punktów umiejętności. Pojawia się też parę nowych typów przeciwników, zaś „end game” dostarcza całkiem ciekawych mini-bossów. Nagle gameplay zaczyna sprawiać sporo radochy oraz satysfakcji, bo walka staje się płynniejsza, a i w swoim arsenale mamy więcej różnorodnych broni. Wreszcie zaczynamy bawić się z zombie, zamiast być zwierzyną, zamieniamy się w siejącego spustoszenie łowczego. Szkoda tylko, że dzieje się to na tyle późno, że większość graczy może znużyć się produkcją do tego momentu. Ja z recenzenckiego obowiązku do tego etapu dotrwałem, ale wcale się nie dziwię, że wielu (nawet kolegów z branży) mogło temu nie podołać.

Za grafikę odpowiada dobrze nam znany Fox Engine, który sam z siebie generuje przykuwające oko obrazy. Jednak jak już wspomniałem wcześniej, słaba kreacja świata sprawia, że na Metal Gear Survive szybko przestajemy chcieć patrzeć. Dlatego też choć technologicznie silnik ma spory potencjał, to jego wykorzystanie pozostawia wiele do życzenia. Całe szczęście całość chodzi w 60 klatkach na sekundę. Nie napotkałem się też z dziwnymi zwolnieniami płynności animacji czy crashami. Pod tym kątem jest zatem ok.

Farewell, Kojima-San

Nie będzie to dużym zdziwieniem, jeśli powiem, że Metal Gear Survive to nic więcej niż zwykły średniak. Niestety to prawdopodobnie na nim cała seria Metal Gear się zakończy, bo słabe słupki sprzedaży mówią za siebie. Nie mniej jednak Konami samo sobie zgotowało taki los, choć największą stratę na końcu i tak ponoszą niestety fani.

Zdecydowanie odradzam zakup tejże gry. Nie jest to tytuł tak słaby, jak przedstawia to wielu kolegów po fachu, ale nadal wyciągnięcie stąd choć odrobiny frajdy, wiąże się z długą drogą przez mękę. Jest wiele innych tytułów na które można wydać pieniądze i przyniosą one przy tym więcej zabawy. Metal Gear Survive to taki smutny, bardzo gorzki (prawdopodobnie) finał interesującej opowieści.

Pozostaje nam teraz tylko patrzeć, co dalej Konami zrobi z Metal Gearem i tymczasem zerkać niezależne poczynania Kojima Productions oraz ich Death Stranding.

Recenzja powstała w oparciu o wersję PS4. Dziękujemy firmie Techland za udostępnienie nam kopii do recenzji!

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!