Need for speed, to jedna z tych taśmowych serii gier, które na zawsze wpisały się do kanonu tytułów klasycznych. Nie znam ani jednego gracza, który na hasło NFS, nie zacząłby wspominać którejś z najlepszych odsłon. Lecz od kilku lat, seria – cały czas wydawana w taśmowej formie – przeżywa swego rodzaju załamanie. Czy wydany pod koniec 2017 roku Need for Speed: Payback ma szansę przywrócić serii dawny blask i zapisać się w pamięci graczy na dłużej niż dwa dni? Sprawdźmy.

Na pierwszy ogień – fabuła. W Need for Speed: Payback kręci się ona wokół trójki bohaterów – Jess, Maca i Tylera. Oszukani przez byłą wspólniczkę, będą szukać zemsty, w której przyjdzie im także powalczyć z Familią – kartelem odpowiedzialnym za ustawianie wyników wyścigów samochodowych. Szczerze powiedziawszy nie oczekiwałem po fabule zbyt wiele. W serii NFS nigdy nie była ona punktem przewodnim – czasami wręcz całkowicie z niej rezygnowano. Była jedynie zapychaczem, usprawiedliwieniem. Dawała pretekst do wyścigów i starć z kierowcami. W Need for Speed: Payback jest podobnie. Nieskomplikowana i liniowa fabuła ma za zadanie usprawiedliwić poczynania protagonistów. Bez większej głębi czy jakichś druzgocących fabularnych twistów.

W Need for Speed: Payback fabuły mogłoby w ogóle nie być

Jednak w każdej poprzedniej, fabularyzowanej odsłonie serii, historia była wypełniaczem potrzebnym, skutecznym i przede wszystkim – przyjemnym w odbiorze. W Need for Speed: Payback z fabułą jest wszystko nie tak. Od postaci – denerwująco sztucznych i płytkich, a w polskiej wersji językowej dodatkowo skopanych koszmarnym dubbingiem. Przez samo prowadzenie historii – zbyt szybkie i jeszcze płytsze niż same postacie. Przez wydarzenia oprowadzani jesteśmy „po łebkach” tak bardzo, że ginie jakikolwiek dramaturgiczny potencjał, który można było tu wykrzesać. Przez niecałe „trzy minuty” zapoznawani jesteśmy z „pierwotną” ekipą – trochę za krótko by przywiązać się do bohaterów i mieć ochotę śledzić losy ich zemsty.

Need for Speed: Payback – czyli gra lekko niedopompowana

Nie najwyższych lotów jest też sama ścieżka dźwiękowa, a co za tym idzie – klimat. Zaserwowane nam przez twórców nutki nijak mają się do nocnych przejażdżek po mieście, autostradowych gonitw czy driftów po górskich serpentynach, a już na pewno nie ma tu co szukać perełek takich jak Riders on the storm z Underground 2 czy metalowych hitów z Most Wanted. Klimatu nie podbudowują także urywki „audycji” radiowych prowadzonych przez niejaką „opiekunkę” czy zdania co jakiś czas rzucane przez siedzącego za kierownicą protagonistę. Te pierwsze są zdecydowanie zbyt płytkie i nijakie, przynajmniej w wersji z polskim dubbingiem. Te drugie zbyt powtarzalne i z czasem po prostu śmieszne, bo ile razy można słuchać, że „widok zachodzącego słońca zza kierownicy nigdy nie zawodzi”.

Poza tym mógłbym jeszcze ponarzekać, że krzaki przenikają przez samochody, niektóre budynki wyglądają jak plastikowe klocki, czy że płomienie z wydechu Regery pojawiają się obok wydechu. Mógłbym powiedzieć, że tuning kartami, z mikropłatnościami w tle, nie jest szczytem marzeń i seria widywała już lepsze rozwiązania. Ale pora zabrać się za to, co w Need for Speed: Payback jest zrobione dobrze.

Grafika jest fenomenalna. Need for Speed: Payback na silniku Frostbite 3 wygląda wprost genialnie i niemal nie mam do czego się przyczepić. Lśniące, przyozdobione naklejkami karoserie i szyby przybrudzone pustynnym pyłem, z pasmem górskim rozpościerającym się w tle, robią zapierające dech w piersiach wrażenie. Dodatkowo na plus, należy zaliczyć genialny tryb fotograficzny, który pozwala zatrzymać akcję w dowolnym momencie i po zabawie z masą filtrów, ustawień i różnych suwaczków, uwiecznić nasz pojazd na zdjęciu.

Po prostu fajnie jeździ się

W Need for Speed: Payback przyjemnie się jeździ. Po prostu. Wachlarz samochodów jest wystarczająco bogaty, różnorodność części do tuningu wizualnego stoi na wysokim poziomie, więc na nudę nie ma co narzekać. Także w kwestii samych wyścigów ci bardziej wybredni znajdą coś dla siebie. Od zwykłych asfaltowych sprintów, przez drifty, wyścigi terenowe czy starcia stających dęba dragsterów. Do tego dochodzą także zadania fabularne, które często wychodzą poza same wyścigi. No i sama jazda – arcadowa, bajecznie prosta i po prostu przyjemna.

Od samego początku samochód jedzie dokładnie tam gdzie mu powiemy, lecz bez poczucia, że kierujemy zabawką, a przy odrobinie praktyki wykonywanie kilkukilometrowych driftów przestaje być problemem. Do tego dochodzi jeszcze oczywiście klasyczna jazda dowolna, połączona z odnajdywaniem rozsianych po mapie wraków, które po skompletowaniu możemy przebudować od podstaw – z zardzewiałego kawałka złomu na kołach, po jeżdżący pocisk. Krótko mówiąc – chce się jeździć.

Need for Speed: Payback nie jest złą grą. Naprawdę. Gdy podczas obcowania z tytułem, weźmiemy poprawkę na to, że wydało ją EA, przymkniemy oko na porażająco złe wstawki fabularne i wyciszymy koszmarny polski dubbing – otrzymamy bardzo dobrą grę wyścigową. Rasowego NFS’a, i to takiego, który bardziej lub mniej udolnie próbuje łączyć najlepsze cechy poprzedników. Jest „odjechany” tuning, rozbudowane formy zawodów i prześliczne, długie trasy, po których aż chce się jeździć.

Gra testowana była przy użyciu karty graficznej ASUS GeForce GTX 1080 ROG STRIX OC 8GB. Dziękujemy firmie ASUS za udostępnienie egzemplarza! 

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!