Dark Souls osiągnęło naprawdę duży, globalny sukces. Nic więc dziwnego, że pojawiła się cała masa deweloperów, którzy chcieliby ukroić dla siebie troszeczkę tego przepysznego tortu. Wielu próbowało, ale z nieco mizernym skutkiem. Całe szczęście na imprezie pojawiło się Team Ninja ze swoim NiOh i pokazało innym, że do formuły „Souls-like” można podejść w nieco inny, ale jakże interesujący sposób.

Pierwsze kroki na ścieżce samuraja

NiOh wyszło już w zasadzie jakiś czas temu i sporo osób zapewne miało już okazję porządnie je ograć. Od momentu premiery nie udało mi się jednak nabyć swojego własnego egzemplarza na PS4, ale Team Ninja bardzo przyjemnie mnie zaskoczyło wypuszczając Ni-Oh z całą masą dodatków na poczciwe PC-ty. Port miał swoją premierę późną jesienią i to właśnie na jego podstawie spisywane są słowa w tej oto recenzji. Musicie mieć to na uwadze, bo nie będę oceniał samej konwersji, a grę jako całość, ponieważ styczności z pierwotną edycją siłą rzeczy nie miałem.

Miałem jednak okazję ograć betę NiOh u znajomego na PS4. Z początku tytuł ten strasznie nie przypadł mi do gustu. Dla osoby namiętnie ogrywającej wówczas różne odsłony Dark Souls, NiOh był kompletnie odmiennym doświadczeniem. System walki kazał nauczyć mi się nowych nawyków, przy okazji będąc mocno niedopieszczonym. Po kilkunastu przeżytych śmierciach odpuściłem i zostawiłem temat NiOh do czasu premiery. Całe szczęście nie porzuciłem go na dobre, a po prostu pozwoliłem mu odpowiednio dojrzeć.

Opowieść o Białym Wilku (?)

W NiOh wcielamy się w postać Williama – jedynego na czasy szesnasto- i siedemnastowiecznej Japonii samuraja, który nie pochodził z Kraju Kwitnącej Wiśni. Jak dowiadujemy się z pierwszej misji, trafił on tam w poszukiwaniu czarnoksiężnika, który skradł naszemu herosowi „anioła stróża” o imieniu Saoirse. To jest zasadniczo trzon całej opowieści i oczywiście idąc dalej w las, intryga zazębia się jeszcze bardziej, a wszystko idzie w kierunku ratowania świata przed ogromnym złem. Miłym akcentem jest za to możliwość poznania kilku legendarnych dla Japończyków postaci, chociażby kowala Muramasę czy syna Hattori Hanzo. Poza tym ciężko jednak uznać mi samą historię za jakąś wybitnie napisaną. Nie kojarzę, żeby Team Ninja kiedykolwiek zasłynął z powalających na kolana opowieści (co potwierdzam po ograniu Ninja Gaiden) i tak też jest w tym przypadku. To prosta fabuła, która po prostu jest i przy okazji stanowi lekką motywację do pokonywania coraz to kolejnych oponentów.

Pierwsze różnice względem Dark Souls widać już krótko po rozpoczęciu zabawy. Opowieść poprowadzona jest po prostu w przystępniejszy dla gracza sposób. Gra wita nas tajemniczym wprowadzeniem, stosunkowo mroczną atmosferą i tutaj podobieństwa względem produkcji From Software się kończą. Team Ninja stara się nie pozostawiać gracza samemu, by ten szukał historii na własną ręką ze skrawków opisów czy otoczenia w lokacjach. Dostajemy w zamian za to prosto zaserwowane danie – krótkie cutscenki wypchane dialogami w różnych momentach misji. Choć sporo przedmiotów zawiera jakieś opisy, to są one raczej dodatkowymi ciekawostkami, aniżeli częściami większej układanki, z której skompletujemy całą opowieść. Jeśli narracja w Dark Souls się Wam nie podobała, to w NiOh znajdziecie do niej bardziej tradycyjne podejście.

Po Japonii podróże małe i duże

Dzieło Team Ninja jest też grą można powiedzieć bardziej liniową. Seria Dark Souls (oprócz drugiej części) charakteryzowały się bardzo spójnym, stosunkowo otwartym światem. Wszystkie lokacje były ze sobą połączone w naturalny sposób, przez co cała gra zachowywała niespotykaną do tej pory płynność oraz wiarygodność. NiOh ma mocno odmienne podejście do tego tematu. Autorzy zaoferowali podział całej rozgrywki na misje, które po prostu rozgrywają się różnych mapach. Wszystko ma tu twardo wyznaczony początek oraz koniec. Ostatnio do gier podchodzę w raczej niedługich sesjach, stąd taki model zabawy naprawdę przypadł mi do gustu. Kończę jedną lub dwie misje, robię sobie przerwę i bardzo łatwo jest mi wejść do zabawy po dłuższym czasie z powrotem. Nie muszę odnajdywać się w tym, co wcześniej robiłem, po prostu łapię za pada i gnam dalej.

Liniowe podejście nie spowodowało rozleniwienia się twórców. Krainy jakie przyjdzie nam przemierzać są naprawdę świetnie zaprojektowane i wszystkie różnią się od siebie wykonaniem, umiejscowieniem, a przede wszystkim klimatem. Raz przemierzać będziemy kompleks podziemnych jaskiń, by potem przebiec do skrytego w bagnach miasteczka. Zróżnicowanie jest zatem naprawdę spore, a niektóre lokalizacje naprawdę potrafią ucieszyć oko i zachęcić do eksploracji.

Mówię to jednak z myślą o misjach głównych (z kilkoma wyjątkami), ponieważ większość pobocznych aktywności jakie przyjdzie nam wykonać, toczą się w dokładnie tych samych miejscach. Różnicą są tu jedynie punkty startowe, rodzaje przeciwników oraz ich umiejscowienie. Reszta pozostaje bez zmian i tak jak z dużą dozą ciekawości oraz tajemniczości przemierza się lokacje po raz pierwszy, tak oglądanie ich po raz któryś z rzędu może się wreszcie znudzić. Jedynym motywatorem są zdobywane przedmioty, ale i one czasem nie wystarczają.

Bardzo spodobało mi się podejście autorów do klimatu oraz samego świata przedstawionego w NiOh. Wszyscy bossowie czy postacie poboczne z jakimi zetkniemy się w trakcie podróży, są żywcem wyjęte, bądź mocno inspirowane japońskimi podaniami oraz legendami. W trakcie cutscenek jesteśmy też świadkami niektórych tradycyjnych obrzędów, które nasiąknięte są atmosferą. Nie jestem może jakimś ogromnym znawcą japońskiej historii, ale przyznam szczerze, że gra zmotywowała mnie skutecznie do przeczytania kilku ciekawostek na temat tamtejszych zwyczajów czy przypowieści. Team Ninja postarało się oddać wiarygodność tamtejszych czasów na tyle, na ile oczywiście pozwalała im konwencja świata fantastycznego. Przy tym przedstawiono też bardzo mroczny i dojrzały klimat, pozbawiony typowo japońskiego humoru czy innych charakterystycznych niedorzeczności. Widać, że twórcom zależało na zaimponowaniu zachodniej publice.

Dark Ninja Gaiden Souls

Gdybym miał komuś przedstawić rozgrywkę w NiOh w dosłownie kilku słowach, to powiedziałbym, że jest to nic innego jak „połączenie Dark Souls z Ninja Gaiden”. Team Ninja w zasadzie wzięło trzon „Souls-like” i dołączyło do tego bardzo dynamiczny oraz rozbudowany system walki ze swojej sztandarowej serii o Ryu Hayabusie. Także to by było na tyle, proszę się rozejść…

Dobra, może spłycenie tak rozległego systemu walki do zaledwie kilku zdań nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale w nich mieści się cała prawda. Fani Dark Souls mogą się nieco odbić z początku od NiOh, głównie z racji na znacznie zwiększoną dynamikę starć. Nasza postać nawet w cięższym pancerzu jest bardzo mobilna, zaś do dyspozycji nie ma tu jakichkolwiek tarcz. Opłaca się zatem grać stosunkowo agresywnie, choć z pewną dozą rozsądku. Taki styl wynagradza też obecność umiejętności Ki Pulse, którą można użyć naciskając na padzie RB (lub R1), krótko po wykonaniu serii kilku ataków. Natychmiastowo regeneruje ona dużą ilość wytrzymałości, a tą można użyć do uniku lub do kontynuacji serii ciosów. Kontrolowanie „energii” naszej postaci jest tu jeszcze bardziej wymagane, ponieważ wyczerpanie jej do zera wprowadza nas w stan, w którym nie możemy robić czegokolwiek przez kilka sekund, przez co wystawieni jesteśmy na krytyczne ataki. Umiejętne zarządzanie tym aspektem postaci jest zatem kluczowe, jeśli myślimy o przetrwaniu, a cały czas trzeba mieć na uwadze podbite tempo spotkań. To jest ta „slasherowa” strona NiOh.

Nie oznacza to jednak, że gra od razu przypomina rasowego slashera. Przeciwnicy wyprowadzają szybkie i nie zawsze do końca czytelne ataki, które potrafią być wprost zabójcze dla naszej postaci. Margines błędu jest zatem niewielki, a tempo przypomina sunącego po dachach ninję. Oprócz tego NiOh kładzie jednak duży nacisk na cierpliwość gracza i umiejętność wykorzystywania luk stworzonych przez przeciwników. Zanim dobrze nauczymy się walczyć z niektórymi typami wrogów, będziemy musieli nauczyć się ich ciosów, żeby przypadkiem nie zostać zaskoczonym w najmniej odpowiednim momencie. Nie sprawdza się też tek taktyka „walenia na pałę”, bo choć wyraźnie widzimy okno do ataku, to nie możemy go nader eksploatować. Oponenci łatwo potrafią wyprowadzić zabójczy kontratak i skutecznie położyć nas na łopatki. Warto zaznaczyć, że do pokonania nas potrzeba dosłownie paru uderzeń, choć grając z lekkim pancerzem ta liczba kończyła się maksymalnie na 3. To jest ta „soulsowa” strona NiOh.

NiOh może też z początku zaskoczyć pod kątem małej ilości dostępnego oręża. Dark Souls słynie właśnie z tego, że liczba różnych rodzajów broni była tam wręcz powalająca, a każdym z nich walczyło się zupełnie odmiennie. Team Ninja poszło w nieco innym kierunku i typów naszych narzędzi destrukcji jest dosłownie kilka: zwykła katana, podwójne miecze, tonfy, włócznie, kusarigamy, topory, młoty oraz nodachi (dłuższe katany). Każda z nich ma dodatkowo 3 style walki – szybkie, średnie oraz silne, co jeszcze bardziej dywersyfikuje wachlarz naszych umiejętności. Możemy uderzyć naszego oponenta dwa czy trzy razy szybkimi ciosami, użyć Ki Pulse, wykonać unik, by na koniec wyprowadzić jeden zabójczy wymach. Owszem, można zakochać się w tylko jednym stylu danej broni i używać go non stop, ale eksperymentowanie nimi wszystkimi dodaje grze znacznie większej głębi. „Więcej za mniej” w tym przypadku bardzo mi się spodobało.

Yokai i inne demony

W porównaniu do Dark Souls, dzieło Team Ninja bardzo kiepsko wypada na tle wachlarza przeciwników. Praktycznie na samym początku poznamy kilka typów oponentów, by później oglądać ich przez większość gry. Oczywiście później mają oni jeden czy dwa ataki więcej oraz zadają potężniejsze obrażenia, ale walczenie cały czas z tymi samymi demonami w końcu kiedyś się nudzi. Dark Souls z praktycznie każdą lokacją wprowadzało wachlarz świetnie zaprojektowanych wrogów, przez co cały czas podczas eksploracji świata towarzyszyła mi aura tajemniczości. Tutaj zdecydowanie jej zabrakło, nad czym niezwykle ubolewam.

Całe szczęście NiOh nie poległo na polu walk z bossami. Mówimy tu w końcu o Team Ninja – deweloperach, którzy tworzyli bardzo charyzmatycznych i niezwykle wymagających „szefów poziomów” już lata temu. Zetkniemy się nie tylko z humanoidalnymi samurajami, ale też z całą plejadą uniwersalnych demonów. Od szybkich i zabójczych wampirów po chimery, gigantyczne węże czy innego rodzaju abominacje. Wszystkie walki są unikatowe i wymagają od gracza odmiennych taktyk, a także specyficznego podejścia. Bossowie stanowią spore, wymagające wyzwanie, ale potyczki z nimi są fair, a zwycięstwo odpowiednio satysfakcjonuje. Tutaj Japończycy spisali się na medal.

Nie ma lekko

Tak jak w Dark Souls, tak tutaj pojawia się mechanika, w której przy śmierci tracimy cały swój dorobek zebranych punktów doświadczenia (tutaj nie są one nazwane „duszami”, a „Amritami”). Jeśli dobiegniemy do swojego truchła przed kolejną porażką, odzyskujemy wszystko co do tej pory straciliśmy, a w przeciwnym wypadku wszystko idzie na marne. Całe szczęście Amrity nie są wykorzystywane do wszystkiego, a jedynie do podbijania statystyk postaci. Bronie oraz ulepszenia kupujemy za złoto lub zdobyte materiały, zaś odblokowywanie magii czy kolejnych kombinacji ciosów możliwe jest przy pomocy tzw. „Skill points” uzyskiwanych po zapoznaniu się z danym typem oręża. System rozwoju postaci można zatem uznać z początku za lekko chaotyczny w stosunku do „souls-like’ów”. Po spojrzeniu na niego po wielu godzinach zabawy, mam jednak wrażenie, że wydawał mi się on bardziej zbalansowany i przy okazji mniej surowy.

Rozpisałem się o rozgrywce na kilka grubych akapitów, a i tak mam wrażenie, że nie wszystko udało mi się w nich zamknąć. NiOh to złożona gra, ale nie dajcie się do niej zniechęcić przez pozorne skomplikowanie, jeszcze zanim do niej podejdziecie. Jedna rzecz jest tu równie ważna co w Dark Souls – gracz uczy się wszystkiego przez doświadczenie. Na początek nie będziemy widzieli zastosowania dla Ki Pulse, ale szybko przy którymś razie zaadoptujemy tę umiejętność w naszej strategii, czyniąc naszą postać prawdziwym zabójcą. Tak też będzie z wieloma innymi rzeczami w NiOh. Możemy stosować wszystkie dostępne nam techniki, by stopniowo budować lekką przewagę nad przeciwnikiem, albo po przepychać się powoli do przodu w fabule przy pomocy dobrze znanych nam, prostych kombinacji. Ważne, że twórcy udostępniają tutaj całą paletę możliwości, którymi jako gracze możemy się bawić i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Nie przyjdzie nam to jednak z łatwością. Wielokrotnie będziemy umierać przy starciach z nowym przeciwnikiem, albo popełniać błędy w potyczce z najbardziej pospolitym demonem. Wszystkiego uczymy się na własnej skórze, a porażka jest tutaj czymś zupełnie naturalnym. Jednak satysfakcja z osiągnięcia tutaj czegokolwiek jest nieporównywalnie wyższa niż w wielu innych grach. W tym, podobnie jak w Dark Souls, tkwi cała magia, choć tutaj jest ona zaserwowana w nieco innej postaci.

Sztuka japońska

Jak wypadł sam port NiOh na PC? Moim zdaniem bardzo dobrze. Gra uzyskała świetne wsparcie ze strony Nvidii, także jeśli mamy zainstalowany GeForce Experience, to uzyskamy dostęp do technologii Ansel czy wzbogaconego wsparcia dla ShadowPlay (powtórki czy screenshoty niektórych zgonów bądź zabójstw).

Oczywiście to nie jedyna silna strona konwersji. Moim zdaniem twórcy porządnie przyłożyli się też do kwestii optymalizacji. NiOh ogrywałem w rozdzielczości 1440p na GeForce GTX 1070 wraz z procesorem Intela czwartej generacji ze średniej półki. W zupełności wystarczyło mi to do osiągnięcia stałej liczby 60 klatek na sekundę i to na bardzo wysokich ustawieniach graficznych. Pod tym kątem nie mam co akurat narzekać.

Sama gra wygląda przy tym ładnie, choć nie jest to jakaś rewolucja. Różnice względem wersji na PS4 są widoczne już na screenshotach, ale nie wszystkie braki można uzupełnić. Modele postaci i ich animacje są świetne. Niektóre efekty cząsteczkowe czy magia również cieszą oko. Otoczenia z daleka powalają na kolana, ale przy bliższym spojrzeniu zauważalne są delikatne niedociągnięcia, np. w postaci kilku biedniejszych tekstur.

Pozostała też kwestia muzyki, która jak dla mnie jest wprost genialna. Motywy muzyczne towarzyszą nam głównie w potyczkach z bossami czy w menusach, ale to i tak w zupełności wystarcza. Ścieżka dźwiękowa buduje napięcie, jest odpowiednio pompatyczna, podkreśla jeszcze bardziej skalę niektórych wydarzeń, a przy tym zachowuje pewne akcenty kojarzące się automatycznie z Japonią. Posłuchajcie chociażby poniższego fragmentu, który sam uważam za jeden z lepszych motywów w całej grze.

Kwiat lotosu

Jeśli jeszcze nie wyczytaliście tego spomiędzy wierszy, to powtórzę to bardziej wyraźnie – NiOh to zdecydowanie gra godna polecenia. Osoby, które odbiły się od Dark Souls i tak nie mają tu czego szukać z racji na duże podobieństwa, pod tym względem akurat wątpliwości nie mam. Za to miłośnicy tego typu rozgrywki lub osoby chcące zapoznać się z gatunkiem „Souls-like”, zdecydowanie powinny sięgnąć po NiOh przy najbliższej okazji. Zwłaszcza wersja PC-towa jest tutaj jak najbardziej wskazana, bo posiada wszystkie DLC, które do tej pory ukazały się na rynku. Do i tak potężnej paczki, w zupełności wystarczającej na kilkadziesiąt godzin, dostajemy przyjemny gratis. Cena podstawowa na Steamie? 180 złotych, co za taką ilość zawartości wydaje mi się ceną bardzo dobrą jak na tytuł AAA.

NiOh zdecydowanie zasłużyło na miano jednego z moich prywatnych GOTY 2017 roku. Dlatego też mam szczerą i cichą nadzieję, że twórcy pokuszą się o sequel, który uzupełni ewentualne braki oraz jeszcze bardziej doszlifuje już cudownie prezentujący się diament.

Kopię do recenzji w wersji PC dostarczył nam producent gry. Dziękujemy!

Gra była testowana na karcie graficznej GeForce GTX 1070 Founder’s Edition, dostarczonej przez Nvidia Polska. Serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza!

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!