Wydany w 2013 roku, reboot przygód Lary Croft o najprostszej na świecie nazwie – Tomb Raider, przyjął się naprawdę ciepło. Nie dziwnym zatem wydaje się fakt, że niecałe 2 lata po jego premierze dostajemy kontynuację „odświeżonych” przygód pani archeolog. Czy jest to idealny produkt, przy którym można spędzić cały sylwester „grając w grę”? Cóż, według mnie niespecjalnie.

Muszę przyznać, że jestem wyznawcą sequeli, które są pod każdym względem, jak określił to kiedyś Cliff Bleszinski: „bigger, better and more badass” (z kilkoma wyjątkami rzecz jasna), czyli robiące wszystko od poprzednika przynajmniej dwa razy lepiej i więcej. Kocham też kontynuacje zrywające ze swoim pierwowzorem i idące w zupełnie inną stronę. Czasem się to sprawdza, a czasem fani palą twórców za zbezczeszczenie ich ulubionej marki, bo eksperyment nie poszedł dokładnie po ich myśli. Zawsze myślałem, że warto jest próbować czegoś nowego, ryzykować, żeby nie żyć w stagnacji, ale Crystal Dynamics ma na ten temat chyba nieco odmienne zdanie.

Rise of the Tomb Raider nie należy bowiem do któregokolwiek z tych „stylów” tworzenia sequeli. Odsłona ta nie wprowadza zbyt dużo nowości, a jeśli czymś już się różni od edycji z 2013 roku, to chyba tylko stylem poprowadzenia w niektórych miejscach rozgrywki. Twórcy nie zrobili „Zremasterowanych Przygód Lary Croft 2”, a coś w rodzaju ulepszonej wersji z numerkiem 1,5. W sumie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie to, że odświeżonego Tomb Raidera ukończyłem jakieś kilka miesięcy temu. Miałem przez to wrażenie, że siedzę cały czas przy jednym i tym samym tytule. Nie oczekujcie zatem, że będzie to długa recenzja, w której postaram się jak najdokładniej omówić praktycznie każdy aspekt Rise of the Tomb Raider. Skupię się bardziej na tym co się zmieniło, a jest tego stosunkowo niewiele.

Tomb Raider 2013 był czymś w rodzaju lekko przebudowanej wersji Uncharted od Naughty Dog. Naszpikowany po brzegi trzecioosobową akcją, strzelaniem, platformowymi elementami i okazjonalnymi zagadkami. Od czasu do czasu mogliśmy tam pozwiedzać niezbyt rozbudowane lokacje, żeby poczuć ten eksploracyjny klimat starych przygód Lary Croft. Głównie była to jednak jazda bez trzymanki upchana w liniowych korytarzach, gdzie między wybijaniem masy oponentów, mogliśmy poskakać po jakichś platformach.

ROTTR 2016-02-16 17-35-04-802

Rise of the Tomb Raider nadal ma w sobie sporo elementów poprzednika, ale tempo zabawy mocno spowolniło, a nacisk ze strzelania i akcji przełożono bardziej na eksplorację. Główną zasługą takich zmian jest otwarcie świata gry. Nie pędzimy już na złamanie karku po oskryptowanym sznurku, choć takie etapy oczywiście się pojawiają, ale są one bardziej łącznikami pomiędzy dużymi częściami Syberii, które możemy zwiedzać w metroidvaniowym stylu (czyli do niektórych miejsc dostaniemy się posiadając jeden konkretny przedmiot). Teraz kiedy Lara do ulepszania broni oraz ekwipunku potrzebuje czegoś więcej niż części porozrzucanego po świecie złomu – a mowa tu o skórach zwierząt, suchym drewnie czy różnego rodzaju metalach – nagle orientujemy się, że większość czasu w grze spędzimy na polowaniach, albo zbieractwie.

Niestety, otwarte lokacje nie oferują zbyt dużej różnorodności w kwestii zadań pobocznych. Oprócz poszukiwań skór z różnego rodzaju fauny – a należy podkreślić, iż jest ona dość bogata – oraz innych potrzebnych do craftingu materiałów, nie ma tu nic ciekawego do roboty. Okazyjnie napotkamy kilka przyjaźnie nastawionych postaci, które zlecą nam prostą misję w stylu: „Zniszcz 5 dronów”, albo „Przynieś mi X surowców i zanieś je w miejsce Y”… i w sumie to tyle. A jaka jest nagroda za wielogodzinne przeczesywanie Syberii? Śmieszne ulepszenie do karabinu, które sprawia, że jest on delikatnie silniejszy, ma lekko zmniejszony odrzut, tudzież jest niezauważalnie celniejszy. Do mniej więcej połowy gry bawiłem się świetnie przy eksplorowaniu każdego zakamarka poziomu, jednakże brak motywacji w postaci dobrego wynagrodzenia za mój trud oraz poświęcony czas, sprawił, że wolałem skupić się na ciągnięciu wątku głównego fabuły ku końcowi. Kiedy już spostrzegłem, że większość zawartości w Rise of the Tomb Raider to zwykły grinding, bardziej otwarte lokacje okazały się strasznie puste. Twórcy postarali się o to, żeby wrócił klimat starych przygód Lary Croft, a wraz z nimi ciekawość otaczającego nas świata, ale wciąż brakuje w tej kwestii dość sporych szlifów.

ROTTR 2016-02-08 17-59-57-227

To co jednak twórcom wyszło w kwestii świata przedstawionego to jego prezentacja wizualna. Nie mam nawyku do robienia masy screenshotów z gier, ale gdy ujrzałem niektóre lokacje, nagle obudził się we mnie instynkt fotografa – musiałem uwiecznić tak cudowne chwile. W sumie z zebranych materiałów mógłbym stworzyć teraz całkiem pokaźny album. Najbardziej zapierające dech w piersi widoki przypadają na moment wejścia do nowej lokacji. Zwykle Lara staje wtedy na jakimś wysoko ustawionym punkcie widokowym, z którego widać wykonaną wręcz po mistrzowsku robotę projektantów etapów. Choć Syberia kojarzy mi się z tundrą i pustkowiami, to jak zwykle w serii Tomb Raider badamy jakieś zapomniane przez Ziemian miejsca, gdzie coś takiego jak klimaty atmosferyczne nie istnieją. Śnieg oraz mrozy też się pojawiają, ale dużo czasu spędzimy też w pozawalanych świątyniach, albo w opuszczonych, średniowiecznych kompleksach, jakieś lasy, a nawet momentami przemierzymy gorące, wypełnione piaskiem pustynie. Choć akcja osaczona jest w niewielkim powierzchniowo terenie, to miałem wrażenie jakbym zwiedził połowę naszej planety. Każdy etap zaskakiwał mnie swoim pięknem oraz malowniczością i za to nowe dzieło Amerykanów chwalę.

Fabuła w Rise of the Tomb Raider… po prostu jest i ciężko przypisywać jej jakiekolwiek specjalnie pozytywne cechy, choć można powiedzieć, że pełni rolę dobrego motoru napędowego do przemierzania kolejnych malowniczych lokacji. Lara Croft po ostatniej wyprawie na Yamatai postanawia oczyścić imię swojego ojca, który do końca życia starał się odkryć sekret pradawnego artefaktu – Boskiego Źródła. Powiązana z nim jest również tajemnicza postać średniowiecznego Proroka, czyniącego w tamtejszych czasach cuda na miarę samego Jezusa. Dodatkowo, wyprawę pani archeolog utrudniać żywot będzie pewna organizacja militarna, nazywana przez wszystkich bohaterów Trójcą. Historia jest w pewnych momentach strasznie głupia i łatwo przewidzieć cały jej przebieg gdzieś w mniej więcej połowie całej zabawy, bo skonstruowana została na typowych dla gier czy filmów przygodowych kliszach. Dialogi wypowiadane przez postacie również nie poprawiają ogólnego wrażenia. W niektórych scenkach przerywnikowych idzie po prostu złapać się za głowę przy tekstach bohaterów. W dodatku sama gra kończy się okropnym cliffhangerem, zwiastującym nieuchronne nadejście kolejnej części rebootu, a razem z nimi równie nieudolnej fabuły.

ROTTR 2016-02-08 17-45-46-689

Jeśli chodzi o oprawę audiowizualną, to Rise of the Tomb Raider wygląda wprost prześlicznie. Może pojawiają się czasem jakieś brzydsze lokacje, od czasu do czasu jakaś nierówna tekstura tu czy tam, ale nie psuje to ogólnego odbioru. Modele postaci są piękne, animacje bardzo szczegółowe, ale to warunki pogodowe, otoczenie oraz gra światłem robi tu największą robotę. Połyskujące przez koronę drzew słońce czy przemierzanie mrocznych jaskiń z pałeczką fluorescencyjną w ręku to momenty, w których silnik graficzny błyszczy urodą. Rise of the Tomb Raider to jedna z tych gier, która udowadnia postęp technologiczny towarzyszący wejściu konsol nowej generacji.

Ze spraw czysto technicznych chciałbym zaznaczyć, że recenzja powstawała w oparciu o wersję PC. Muszę przyznać, że optymalizacja została wykonana porządnie i gra spokojnie radzi sobie na średniej klasy sprzęcie w wyższych detalach, ze stałą oraz wysoką ilością klatek na sekundę. Rise of the Tomb Raider nie powodował u mnie dziwnych zachowań komputera, a przy okazji nie napotkałem jakichkolwiek bugów. Mogę zatem z czystym sumieniem powiedzieć, że optymalizacja jak i sam port są naprawdę dobrej jakości, co w ostatnich czasach jest swojego rodzaju ewenementem.

Jak wspomniałem na początku – w recenzji postarałem się skupić na tym co się zmieniło w Rise of the Tomb Raider w stosunku do poprzedniczki. Jak sami widzicie, tekst nie wyszedł specjalnie długi, bowiem różnic jest tu jak na lekarstwo. Nie świadczy to oczywiście źle o samej grze, ponieważ jest to naprawdę kawał solidnie wykonanego rzemiosła, ale nazwanie tego równie porządnym sequelem jest już mocno nie na miejscu. Jest to produkcja skierowana bardziej do fanów rebootu i osób, które odepchnęła jego liniowa struktura. Mnie osobiście brak większych zmian odrzucił. Gdyby nie recenzencki obowiązek ukończenia głównej fabuły, prawdopodobnie nigdy nie obejrzałbym napisów końcowych. Rise of the Tomb Raider najzwyczajniej w świecie mnie zmęczył i mam nadzieję, że twórcy w kolejnej odsłonie nie wcisną nam tego samego kotleta, choć coś chociaż delikatnie inaczej przyprawionego.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej