SUPER… HOT. SUPER… HOT. SUPER… HOT. Te słowa pobrzmiewają w mojej głowie teraz cały czas i muszę za to obwiniać twórców tej piekielnie wciągającej gry. Stworzyli bowiem szalenie grywalną produkcję, która niestety cierpi na popularny ostatnio syndrom braku dużej ilości zawartości.

W grze SUPERHOT pokładałem ogromne nadzieje, już od momentu, gdy po raz pierwszy uruchomiłem jej prototyp. Oryginalna koncepcja rozgrywki w połączeniu z prostym wykonaniem powaliła miodnością nie tylko mnie, ale też wiele osób, w szczególności wielu popularnych YouTuberów. Tym bardziej sukces Polaków na Kickstarterze dawał mi nadzieję, że w grę uda się napchać do czasu premiery sporą ilością etapów, które wycisną z pomysłu na gameplay wszystkie krople soczystej frajdy. Niestety, jak mawiał klasyk – „nadzieja matką głupich”, stąd też oprócz 34 bardzo krótkich poziomów, kilku aren dla „nieskończonego trybu” oraz wyzwań skonstruowanych w ramach etapów z kampanii, nie ma tu praktycznie jakiejkolwiek zawartości. Twórcy nie dostarczyli też na czas premiery edytora lokacji i nie wiadomo, czy w ogóle to zrobią, dlatego też po dwu- czy raczej półtoragodzinnej kampanii, pozostaje nam niemożliwy do okiełznania głód na więcej zabawy w tym stylu.

Nie zrozumcie mnie źle. SUPERHOT jest według mnie grą genialną i spośród sporej części późnych premier 2015 i początku 2016 roku czerpałem z niej póki co najwięcej frajdy. Główną zaletą utrzymującą gracza na długi czas przed monitorem jest fenomenalna rozgrywka, która opiera się na prostym pomyśle. Czas rusza się tu tylko wtedy, kiedy ruszamy się my. Gdy stoimy, wszystkie pociski oraz postacie potężnie zwalniają, pozostawiając nam przy tym pełną swobodę w rozglądaniu się czy strzelaniu. Gdybym miał stworzyć wizualizację tego tytułu, to mógłbym powiedzieć, że SUPERHOT jest jedną wielką sceną ze zwolnionym tempem z Matrixa Braci Wachowskich, w której to gracz czuje się jak Neo. To tyle, a raczej aż tyle. Choć brzmi jakby była to gra turowa, to akcja jest tu strasznie szybka. Wszystkie etapy stworzone przez twórców na rzecz kampanii to tak naprawdę małe wyzwania, w których to musimy wykorzystać udostępnione nam narzędzia do wybicia wszystkich przeciwników z mapy. Czasem od razu mamy okazję złapać za broń i wystrzelać naszych oponentów z mapy, ale zwykle oręż musimy zdobyć od kogoś innego w sprytny sposób. Albo ominąć jego strzały i obezwładnić go walką wręcz, albo rzucić w niego czymś, co akurat mamy pod ręką, by jego pukawka wypadła mu z ręki, a co za tym idzie – byśmy mogli użyć jej przeciw niemu samemu. Często znajdziemy się również w sytuacji, gdzie zostaniemy otoczeni przez wrogo nastawionych „czerwonych gości”. Wówczas przy pomocy zwolnionego czasu oraz kilku kul w magazynku, będziemy musieli rozwiązać ten konflikt, oczywiście w mało pokojowy sposób. Magia SUPERHOT polega głównie na sztuce improwizacji oraz szybkiego myślenia. Pomimo dużego tempa, nasze ruchy muszą być dobrze przemyślane, bo jedno trafienie, kończy zabawę. Z opresji możemy wyjść na taką ilość sposobów, na jaką pozwala nam nasza wyobraźnia, co daje uczucie sporej swobody. W podprogowych sytuacjach możemy wykorzystać głupotę przeciwników, by ci wystrzelali siebie nawzajem, gdy my sprytnie manewrujemy między ich pociskami. Za nasze starania nagradzani zaś jesteśmy cudownym dziełem zniszczenia, które pokazywane jest na koniec danego etapu przy pomocy powtórki, pokazującej całą akcję w normalnym tempie. Oglądana w niej krwawa jatka w naszym wykonaniu, sprawia masę tak dzikiej satysfakcji, której do niedawna nie potrafiła dostarczyć mi żadna inna gra.

SH 2016-03-10 20-15-41-400

SUPERHOT wbrew pozorom ma również bardzo ciekawie napisaną fabułę. Całej grze towarzyszy bowiem otoczka rodem z Pony Island lub Assassin’s Creed, gdzie połączeniem pomiędzy kolejnymi etapami jest ekran komputera, z którego korzysta nasza wirtualna postać (można nawet powiedzieć, że nasze alter-ego). Na samym początku, przy pomocy czatu, odzywa się do nas znajomy i podsyła nam grę SUPERHOT, która podobno jest piekielnie wciągająca. Uruchamiamy ją na prostym systemie operacyjnym, którego głównym motywem jest wszędobylski kod ASCII i bez reszty pochłonięci zostajemy tej cyfrowej zabawie. Od tej pory cała historia opowiadana nam jest przy pomocy okienek z wiadomościami, które pojawiają się pomiędzy niektórymi poziomami. Również podczas właściwej rozgrywki wyświetlają się nam na ekranie napisy. Z początku pełnią one formę samouczka, później zastępują część narracji i przyznaję, że sprawdzają się wprost fenomenalnie. Mógłbym napisać tu coś więcej, ale nie chcę psuć zabawy związanej z poznawaniem fabuły. Wystarczy, że powiem, iż opowieść śledzi się niezwykle prosto oraz przyjemnie, a zakończenie zmusza nas do ciekawych refleksji związanych z wciągającymi nas bez reszty grami wideo, ich łaknącymi pieniędzy twórcami, a także przyszłości samej branży, która przy pomocy VR może odebrać nam resztę naszego człowieczeństwa. Nie wiem, czy kiedykolwiek uświadczyłem tak świetnej historii towarzyszącej tak prostemu gameplay’owi. Zdecydowanie ten aspekt wyróżnia się spośród innych strzelanek, których finały dawno nie wstrząsnęły moimi emocjami tak jak zrobiło to SUPERHOT.

Gra nie byłaby też sobą bez minimalistycznej, ale przepięknej, głównie pod względem stylistycznym, oprawy graficznej. Wszystko kręci się wokół trzech barw – białej, czerwonej oraz czarnej, dzięki czemu w natłoku wydarzeń, nie ma opcji, żeby zgubić się w akcji. Otoczenie wypełnione jest bielą, obiekty, z którymi możemy wejść w interakcję są czarne, a przed nami biegają pokolorowani na czerwono przeciwnicy, których pociski pozostawiają smugi w tej samej barwie. Żeby umilić nam wrażenia estetyczne wrogowie rozsypują się efektownie w drobne kryształy po trafieniu, a gra światła dodaje bardzo surowej grafice nieco pikanterii. Na tym jednak fajerwerki się kończą. Design SUPERHOT odrzuca zbędną szczegółowość, którą to twórcy promują przy okazji wielu premier współczesnych hitów z półki AAA. Wszystko to poświęcone zostaje na rzecz czytelności i ogólnej prostoty. Elementy te nadają odpowiedniego klimatu, a także wyróżniają tę produkcję spośród konkurentów w tym samym gatunku.

SUPERHOT już teraz mógłby być dla mnie pretendentem do miana gry roku, gdyby nie to, że ilość zróżnicowanej zawartości pozostawia tu wiele do życzenia. Po ukończeniu bardzo krótkiej kampanii, która to nawiasem mówiąc jest fenomenalna, nagle orientujemy się, że nie ma nic więcej do roboty. Jeśli nie jesteśmy fanem bicia rekordów czasowych czy niespecjalnie lubimy przechodzić te same etapy z lekko zmienionymi zasadami, to SUPERHOT nie ma nam już nic więcej do zaoferowania. Mógłbym się jeszcze przyczepić do tego, że nie ma tu zbyt dużej różnorodności jeśli mówimy o rodzajach broni oraz przeciwników, ale nie psuje to ogólnego wrażenia z zabawy, które jest w moim przypadku niezwykle wręcz pozytywne. Gameplay jest wyborny, fabuła fajnie go urozmaica, a stylistyka samego tytułu nadaje mu specyficznego charakteru. Nie pozostaje mi nic innego jak polecić innym SUPERHOT i po cichu w kącie liczyć też na to, że twórcy w końcu się nad nami zlitują, udostępniając wkrótce edytor poziomów, byśmy już nigdy nie musieli wyłączać tejże gry. Piekielnie gorącej gry.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej