Pisałem przy okazji recenzji filmu o tym samym tytule, że dostarcza on najlepszych do tej pory wrażeń, jeżeli chodzi o bujanie się na pajęczynach po Nowym Jorku. Jeżeli film pokazał to tak dobrze, to być może gra jeszcze to przebije? Tak myślałem chwilę przed odpaleniem The Amazing Spider-man 2. Moje nadzieje okazały się jednak płonne. Po zagraniu absolutnie zdania nie zmieniłem.

Jest to smutne o tyle, że latanie w skórze Petera Parkera pomiędzy budynkami jest najlepszym elementem gry. Do dyspozycji oddano nam całkiem spore wirtualne miasto, więc jest gdzie się bujać. Twórcy postanowili dodać głębi zabawie przez to, że każda posłana pajęczyna musi mieć punkt zaczepienia w postaci budynku, latarni, czy czegokolwiek innego. W związku z tym nie polatamy na szerokich, pustych przestrzeniach. Dodatkowo, w każdej chwili można zatrzymać czas i jednym ruchem posłać pajęczaka o kilkadziesiąt metrów w określonym kierunku – przyspiesza to podróż do oddalonych miejsc.

Całkiem przyjemnie, jak zwykle zresztą, jest się przemieszczać w ten efektowny sposób. Tyle, że przemieszczamy się po mieście, gdzie niewiele się dzieje. Nowy Jork w Amazing Spider-man 2 to miasto kilkuset złodziei, kilkunastu super złoczyńców, niewielu policjantów, paru samochodów, dwóch znajomych Petera i sklepu z komiksami Stana Lee. Jakoś tak pusto w tym wielkim mieście. Są tam misje poboczne, można zrobić kilka zdjęć, ale wszystko jest proste i powtarzalne, nie ma tam nic, co przyciągałoby uwagę i uzasadniało branie udziału w dodatkowych akcjach.

amazing-spider-man-2-screen-6

Wcale nie lepiej jest w misjach głównych. Wbijamy do miejscówki, klepiemy paru byków, którzy najwyraźniej zeszli z tej samej taśmy produkcyjnej, bo ciężko doszukiwać się jakichś różnic miedzy nimi. Potem odpalamy mechanizm, albo zabezpieczamy paczkę, na koniec toczymy epicka walkę z bossem na zasadzie – znajdź słaby punkt, powtórz trzy razy, wygrałeś. Trochę ciekawiej jest, gdy mamy kogoś uratować z płonącego budynku. System walki miał chyba być wzorowany na tym z Batmana, ale nie do końca się udało – bo jest do bólu schematycznie i powtarzalnie, do tego nie czuć siły w szlagach Spider-mana.

Mam nieodparte wrażenie, że wszystkie problemy gry biorą się z tego, że gra musiała powstać, a ludzie nad nią pracujący niespecjalnie mieli na to ochotę, do tego mieli wyjątkowo mało czasu. Wszystko jest tu niedopracowane, nie do końca przemyślane. Miało być dużo możliwości, otwarty świat, fajny system walki, rozwój postaci. Wszystko ma mniejszy lub większy potencjał, ale efekt końcowy wygląda, jakby był rzucony trochę za połową planowanych robót. Strasznie to irytujące. Jedyne, co zostało warte uwagi, to znajdźki w postaci komiksów czy alternatywnych strojów Spider-mana z różnych okresów jego działalności.

Spider-man 2 z 2004 roku był grą, która zerwała ze stereotypem beznadziejnych gier na licencjach filmowych. To szczególnie przykre, że 10 lat później, produkcja o bardzo podobnym tytule, z tym samym bohaterem, do tego stereotypu powraca. Beenox potrafi zrobić coś dobrego i gdyby dostali czas i nie byli pod presja premiery filmu, mogłoby z tego być coś dobrego, a tak dostaliśmy bardzo średnią grę z kilkoma smaczkami dla fanów.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!