Polecamy: Recenzja gry Titanfall 2

Poznajcie pogromcę Call of Duty i Battlefield 1

Na ten tytuł czekałem, jak na żaden inny… no może za wyjątkiem Shadow Warrior 2, który miał premierę niespełna miesiąc temu. Gra Polaków ostatecznie okazała się hitem, a jak w takim razie wypada dzieło studia Respawn? Tytani niestety mają ogromny kłopot związany z własną premierą, bowiem zaplanowana data okazała się całkowicie niefortunna.

Niniejsza recenzja jest dalece kłopotliwa, gdyż co można powiedzieć więcej o grze, którą już na wiele sposobów prześwietlił każdy większy rodzimy gamingowy portal? Temat wydaje się jednak wart ugryzienia w kilku żołnierskich słowach, bez zbędnego bajerowania czytelnika. Jesteście gotowi? Zaczynajmy!

Nadciągają Tytani

Raporty sprzedażowe Titanfall 2 nie zachwycają. Jest biednie, bo w pierwszy tydzień od wylądowania na półkach sklepowych tytuł nie zdołał przyciągnąć oczekiwanej przez EA Games ilości klienteli. Spokojnie, wydawca jednak nie załamuje rąk i nie przekreśla marki z miejsca, mierząc jednak w długofalowy projekt. Niestety jak pokazuje historia branży w takich przypadkach zachowanie odwrotne, czyli kasowanie tytułu, nie należało do wyjątków. Wydawcy przeważnie kierowali się całkowicie oderwanymi od rzeczywistości wskaźnikami, stawiając sobie jak za socjalizmu normy, których nikt nie był w stanie wyrobić. Generalnie jednak Tytani po części sami są sobie winni, gdyż niepotrzebnie wskoczyli między rywalizację Battlefield 1 oraz nowego Call of Duty, ale z drugiej strony ta batalia jest tak wtórna i nudna, że aż dziw iż gracze jeszcze łapią się na hasła pełne pustych frazesów.

Odstawmy owe rozważania na bok i wróćmy to tematu dnia. Geneza Titanfall jest dość prosta, mianowicie studio odpowiedzialne za ten projekt – Respawn, niemal w całości tworzą byli członkowie Infinity Ward, czyli ludki mające na swoim koncie najlepsze odsłony Call of Duty. Niektórzy jednak jak widać powiedzieli stanowcze dość, mając po uszy klepania tego samego kodu, co roku, ku uciesze włodarzy Activision. W tym samym czasie inny gigant – EA Games, poszukiwał sposobu jak przyciągnąć do siebie, choć pewną część fanów CoD’a, co rocznie wydających ciężko uciułane pieniądze na kolejne reinkarnacje „Powołania do służby”. Jednocześnie Microsoft szykował się do premiery nowej konsoli, wiedząc, iż bitwa o konsumenta z japońskim oponentem będzie zażarta.

titanfall-2_06

Powyższe trzy czynniki zgrały się w czasie, dlatego po dłuższych ustaleniach Titanfall zyskał status tytułu startowego Xbox One, choć nie wykluczono również edycji dla PC, jak i na leciwego już Xbox 360. Posiadacze nowej maszynki Sony mogli tylko podziwiać gameplay’e na YouTube, mając nadzieję, iż kolejna odsłona trafi również na ich konsole. Dziś „jedynkę” na konsole można kupić za grosze – 15 do 30 zł i szczerze polecam nawet wersję na X360, bo wygląda dobrze, jest zoptymalizowana i daje masę radochy z rozgrywki.

Dobry Single Player to podstawa

Jeśli zapoznaliście się z recenzją Michała dotyczącą Infinity Warfare, to zapewne waszej uwadze nie umknął fakt diabelnie krótkiej kampanii dla pojedynczego gracza. Gdy słyszymy wartość na poziomie trzech godzin, po czym giera ląduje na półce zbierając kurz, wtenczas na usta cisną się dość nieprzyjemne epitety pod adresem twórców. Oczywiście pierwszy Titanfall pod tym względem lepszy nie był, bo klasycznej zabawy dla samotnego wilka nie było wcale. Zamiast tego twórcy postawili na nietypowe rozwiązanie wklecenia wątków fabularnych w rozgrywkę sieciową. Takim sposobem dostajemy trochę dialogów, kilka wyreżyserowanych scenek i konsternację polegającą na absolutnej niejasności tego co właśnie zobaczyliśmy i usłyszeliśmy.

Studio Respawn ściągnęło za to spore cięgi, zwłaszcza że Tytani posiadali od groma potencjału, by zafundować całkiem przyjemny tryb dla jednego gracza. Mijają dwa lata i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dostajemy w końcu pełną off-lineową kampanię. I klnę się na Adanosa, Inosa i Beliara, iż to co ujrzały moje oczy jest misternie utkaną opowieścią kradnącą z życia sześć godzin, a dającą w zamian tyle radości ile tylko zapragniecie. Wszakże trzeba czuć Te klimaty i jeśli interesują Was wyłącznie historyczne batalie XX wieku, o których tak wiele graczy zabiega, to pewnie na myśl o Titanfall wzruszycie ramionami. Powiedzmy sobie jednak szczerze, tak od serca, KTO Z WAS NIGDY NIE CHCIAŁ ZROBIĆ ROZRÓBY WIELKIM MECHEM!?

titanfall-2_02

No dobra, ja tu sobie „gadu-gadu”, a Wy jeszcze nie wiecie skąd wynika mój zachwyt. Titanfall 2 to wręcz klasyczny przykład science-fiction, przedłożonego w formie nieco przypominającym space-operę na modłę filmów anime lat 80. i 90., które tak ochoczo „pożyczałem” za dzieciaka z torrentów. Mamy więc generalnie prostą, ale nieprostacką fabułę, konsekwentnie poprowadzony scenariusz, wyraziste postacie oraz masę scen zapadających widzowi w pamięć. No są jeszcze mechy, dużo mechów, plus wiele ton uzbrojenia powodującego maniakalny uśmiech na twarzy, wieszcząc rychłą destrukcję adwersarzy.

Wcielamy się w postać Jacka Coopera – szeregowca w służbie ruchu oporu walczącego z frakcją IMC uciskającą liczne kolonie, mające przecież aspiracje do samostanowienia i godnego życia. Rzecz w tym, iż nasz wróg szykuje coś naprawdę wrednego, zaś my wraz z naszymi kompanami udajemy się na pewną planetę, by rozwikłać tajemnicę „tajnej broni” i powstrzymać jej uruchomienie jeśli jest to możliwe. Problem niestety, że pierwsza inwazja kończy się fiaskiem, a sami omal tracimy życie. Powodem niepowodzenia są diabelnie skuteczni najemnicy w służbie naszych wrogów, ceniący bardziej twardą monetę niż ludzkie życie.

W walce ginie także nasz mentor kapitan Lastimosa. Zanim jednak wybrał się na tamten świat przekazał Jackowi pełną autoryzację do pilotażu tytana BT-7274 klasy Vanguard. Ten badass-owy mech na tle swoich blaszanych braci jest wyjątkowy, ponieważ posiada sztuczną inteligencję i nad wyraz gadatliwe usposobienie. Poprzez szereg kolejnych misji relacje między pilotem, a tytanem ulegają zacieśnieniu. BT nie tylko daje nam pełne wsparcie rozpoznawcze i logistyczne, gdy poruszamy się na piechotę, ale dodatkowo jesteśmy światkami iście sympatycznych relacji. Jeśli oglądaliście kiedyś Full Metal Panic, to wiecie już czego mniej więcej się spodziewać.

titanfall-2_03

Single Player łączy wiele elementów z świata elektronicznej rozrywki, nawet prawdę powiedziawszy więcej niż nowy CoD, ale czyni to bardziej konsekwentnie. Gracz otrzymuje równomiernie rozłożoną historię, o płynnej narracji, tak jakbyśmy czytali dobry komiks. Krocząc tytanem dostajemy klasyczny schemat old-schoolowego FPS’a z bossami, przepełnionego jednak dość nowatorskimi rozwiązaniami w gameplay’u, powodując że czujemy się jakbyśmy faktycznie brali udział w przedstawionych bitwach. Potem poruszamy się klasycznie na piechotkę, ale wtenczas rozgrywka przyspiesza, a zdolności a’la parkour otwierają zupełnie nowe możliwości. Sama wymiana ognia z wrogami to już miód i orzeszki – sprzęt odpowiednio kopie, łuski sypią się kilogramami, krzyki wrogów, trzaska tłuczonego szkła… słowem poczułem się jak terminator, a dawno mi się to nie zdarzyło.

Mógłbym tak godzinami opowiadać, co było na plus, a co na minus, dlatego ograniczę się do jednego prostego stwierdzenia. Titanfall 2 jest w przeciwieństwie do swojej konkurencji autentyczny, namacalny, zrobiony z głową i sercem. Cała rozgrywka przypomniała mi czasy, gdy byłem jeszcze smarkaty i zagrywając się w Shogo człowiek czerpał garściami radochę z tego, co widział na ekranie. Dzieło studia Respawn jest dla mnie duchowym spadkobiercą mangowo-wyglądającego klasyka z 1998 roku i już za to należy się ocena dziesięć i znaczek jakości. Wiem że nie jestem obiektywny, ale kicham na to, Tytani rządzą!

Nowy wymiar sieciowej zabawy

Zaraz, zaraz! To jeszcze nie koniec. Musimy poświęcić chwile rozgrywce sieciowej. Jeśli ogrywaliście pierwowzór i przysiądziecie do kontynuacji możecie się mocno zdziwić. Rozgrywka sieciowa uległa kompletnemu przemodelowaniu. Teraz nacisk położono bardziej na pilotów, zaś tytani nie są już niezwyciężonymi maszynami wojennymi, choć rozróby dokonują wciąż niezgorszej niż w poprzedniej odsłonie. Do dyspozycji mamy sześć mechów, każdy wyposażony w niemienianą broń główną oraz dodatkowe funkcje ofensywne i defensywne, które na szczęście można już modyfikować. Każdy rzecz jasna różni się parametrami, a tym samym spodziewajmy się innego zachowania na polu walki, co rodzi nowe możliwości taktyczne. Innymi słowy, aby osiągnąć sukces tytani muszą się wzajemnie uzupełniać działając w grupie.

To samo tyczy się pilotów. Otrzymali oni więcej uzbrojenia, gadżetów i wzmocnień, ale generalnie nie jesteśmy w stanie stworzyć wojownika idealnego. Awansujemy na kolejne poziomy, podobnie jak nasze uzbrojenie, co wymusza pewną specjalizację. Nie ważne czy lubicie gnębić tytanów, polować na innych pilotów, czy może tępić licznie występujące postacie sterowane przez SI – każdy przydaje się drużynie, każdy ma swój wkład do zwycięstwa, a postawa one man army daleko nas nie zaprowadzi. Mimo szybkiego tępa gry musimy myśleć taktycznie, rozważnie starając się przewidzieć kolejny krok przeciwnika. Mapy zbudowano tak, aby faktycznie dać oddech pomiędzy kolejnymi potyczkami i możliwość zaplanowania kolejnego ruchu. Innymi słowy nie jest to randomowa sieczka, jaką funduje nowy CoD, który po raz kolejny w sposób nieudolny starał się podkraść niektóre pomysły Tytanów.

Faktem jest, że jako weteran „jedynki” miałem początkowo spore problemy z odnalezieniem się w grze i dalej nie mogę przegryźć się z niektórymi pomysłami, jak choćby pozorną eliminacją broni przybocznej. Niby możemy mieć pistolet, który w ferworze walki nie raz potrafi się przydać, ale wtedy rezygnujemy z broni przeciw tytanom i odwrotnie. Z drugiej strony budowa map rekompensuje tę małą niedogodność, ponownie wymuszając działanie zespołowe, zaś awansując jeszcze wyżej zyskamy znacznie ciekawsze usprawnienia. Niestety awans postaci jest sztucznie wydłużony, bo pozyskanie nawet prostych skórek dla kamuflaży wymaga niejednokrotnie podjęcia wręcz bzdurnych zadań.

Słowem należy jeszcze napomnieć o optymalizacji. Całości hula na już mocno przebudowanym silniku Source, pamiętającym jeszcze czasy Half-Life 2. Kod został jednak sprawnie przemodelowany, dzięki czemu za cenę niewygórowanych wymagań otrzymujemy naprawdę przyjemnie wyglądającą grę. Generalnie wizualnie nie przebija aż tak swojego poprzednika, ale za to działa znacznie sprawniej i płynniej, co liczy się zarówno w trakcie single jak i multiplayer. Co więcej brawa należą się za dostosowanie kodu sieciowego. Wersja PC ograna została na niezbyt ciekawym bezprzewodowym łączu WiMax, a mimo tego udało się uzyskać stabilny ping i brak nieprzyjemnych lagów. Wyszukiwanie gier sieciowych dla regionu europejskiego niezależnie od trybu rozgrywki to zaledwie chwile dzielące nas od rozróby.

Słowem podsumowania

Spodziewałem się dobrej gry, bo i co tu dużo mówić pierwszy Titanfall również dawał radę. Jednak ostateczny efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania. Studio Respawn konsekwentnie rozwija nowe pomysły, tworząc zupełnie nową, autentyczną markę, która już teraz moim zdaniem pogrzebała konkurencję. Studio faktycznie wysłuchało próśb społeczności i recenzentów: chcieliśmy kampanii single, większej personalizacji, więcej tytanów oraz więcej trybów gry – dostaliśmy to wszystko. Co więcej koniec z płatnymi dodatkami, wszystkie nowe mapy, mody, plus urozmaicenia w ekwipunku będą całkowicie za darmo.

Mimo iż nowy CoD wydaje się być solidny, to jednak gdzieś już to widzieliśmy – jakieś trzy razy z rzędu. Jedyne co zapożyczyłbym od obecnego Infinity Ward, to bogatszy system personalizacji. Natomiast Battlefield 1 mimo naprawdę wysokiego poziomu technicznego i przyjemnej rozgrywki, nie dał tyle satysfakcji ile jego poprzednicy sprzed kilku lat. Na tym tle Titanfall 2 jawi się nie tylko jako kawałek solidnego kodu, ale również jako pretendent do tytułu najlepszej strzelanki obecnej generacji.

Dziękujemy firmie EA za udostępnienie kopii do recenzji.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej