Biorąc do ręki pudełko z Valhalla Hills, zauważyłem rzucający się zaraz w oczy napis „Gra twórców The Settlers 2”. Pomyślałem sobie zatem szybko, że po jej uruchomieniu, będę miał do czynienia z bardzo rozbudowaną strategią ekonomiczną, czasu rzeczywistego, tak jak to miało miejsce przy okazji drugich „Osadników”. Niestety, twórcy tej produkcji poszli chyba nieco inną drogą, niż przy niegdyś tworzonym klasyku.

Nie mam specjalnie sporego sentymentu wobec serii The Settlers, ale miałem okazję grać troszkę w część drugą i nieco dłużej w The Settlers IV. Przyznam szczerze, że jest to mój ulubiony typ strategii czasu rzeczywistego, bowiem obydwie gry stawiają bardziej na ekonomię. W „Osadnikach” stworzenie działającej armii było celem znajdującym się gdzieś w oddali, w przeciwieństwie np. do stawiającego na szybką jatkę – WarCrafta III, bo tutaj zarządzanie zasobami, budynkami, a także poddanymi jest kluczowym elementem zabawy. Łapiąc się zatem za Valhalla Hills, pomyślałem, że powrócę do czasów świetności serii. Śmiało mogę jednak powiedzieć, że moje oczekiwania zostały spełnione, ale niestety, tylko do pewnego stopnia.

Zacznijmy może od tego, że Valhalla Hills nie ma żadnej kampanii. Nie ma jakiegoś bardziej rozbudowanego tutoriala, a oprócz prostego intro przy uruchomieniu gry, w menu nie wita nas nic ciekawego. Twórcy pozostawiają nas jedynie z przykuwającym uwagę przyciskiem „Nowa gra”, który przenosi nas do faktycznej zabawy. Nigdzie nie znajdziemy opcji odgrywania scenariuszy czy jakiegokolwiek trybu sieciowego, przez co szybko można wysnuć, że gra nie ma nam zbyt wiele do zaoferowania. Tak też w sumie faktycznie jest i trzeba powiedzieć, że faktyczna rozgrywka nie nadrabia aż tak bardzo braku zawartości.

Gameplay jest niesamowicie wręcz banalny. Trafiamy z naszą bandą wikingów na losowo wygenerowaną wyspę i tam przy pomocy początkowego zestawu surowców, musimy rozbudować wioskę, napędzić ekonomię, a następnie spróbować przejść przez portal stojący w którejś z części mapy. Myk polega zwykle na tym, że teleport do aktywacji wymaga albo określonej liczby zasobów złożonych w ofierze, albo pokonania grupki przeciwników. Gdy zadanie zostanie wykonane, nasza misja się kończy, by następnie przenieść nas na inną planszę… ponownie bez jakiegokolwiek innego wyzwania czy celu.

Uwierzcie mi na słowo, że wszystkie godziny spędzone z Valhalla Hills to powtarzanie tych samych czynności w ten sam sposób na lekko zmienionym terenie. Zaraz po wylądowaniu w danej lokacji szybko budujemy tartak do produkcji drewna, namiot dla nowo przybyłych wikingów, jakiś kamieniołom oraz wytwórnię narzędzi. Następnie wystarczy szybko wytworzyć nawet małą ilość wojska i siłą odbić dany portal, bo stawiany nam opór jest praktycznie znikomy dla wikingów z podstawowymi, wyszczerbionymi toporkami w ręku. Często zdarzało się nawet, że nie musiałem specjalnie rozbudowywać swojej osady w jakieś ciekawsze konstrukcje w stylu plantacji zbóż, młynów czy piekarni po to, by dostarczyć swoim podopiecznym zróżnicowanego pożywienia. Nie dość, że do usatysfakcjonowania ich wystarczy prosta ryba, to dodatkowo rzadko wołają oni o jakiekolwiek zaspokojenie ich głodu, cały czas mając taką samą wydajność w pracy. Równie dobrze mógłbym ich cały czas nie karmić i wiele bym na tym nie stracił. Zwykle jednak zdarzało się tak, że zanim na dobre rozkręciłem swoją wioskę, to musiałem już kończyć zabawę, bo podbiłem słabo strzeżony portal. Czasami gra starała się mnie zaskoczyć biegającymi po mapie różnymi, magicznymi istotami utrudniającymi rozwój imperium z początku. Z trudnością tą poradzić sobie było mi jednak łatwo i szybko zmuszany byłem do powrotu do tych samych, rutynowych czynności. Valhalla Hills jest po prostu piekielnie prostą grą, bo ani nie rzuca graczowi pod nogi kłód w postaci jakichś ciekawszych celów, ani nawet jej podstawa – utrzymanie oraz rozwój ekonomii – to piekielnie niewymagające zajęcia.

20160405213225_1

Okropnie irytował mnie też brak kontroli nad moimi wikingami. W grze nie ma opcji ich zaznaczania, ani wskazania gdzie mają się w danym momencie udać czy chociażby wskazania ich miejsca pracy. Wszystko dzieje się automatycznie i jeśli działałoby to odpowiednio, nie miałbym w sumie nic przeciwko, Skandynawowie są jednak niezwykle głupimi istotami. Wszyscy moi drwale chcieli rąbać drewno zawsze w tych miejscach, gdzie czaiło się na nich niebezpieczeństwo, nawet jeśli wcześniej odnieśli poważne rany. Zdarzyła mi się również kilkukrotnie sytuacja, gdzie moi wojownicy nie chcieli pójść do zbrojowni i wyposażyć się w broń, pomimo iż jej dziesiątki kopii były już dawno gotowe do wydania. Nie wspomnę też o tym, że dla niektórych moich podopiecznych doniesienie drewna do znanego już miejsca budowy, było zadaniem niemożliwym do wykonania, nawet jeśli deski walały się w moich magazynach tonami. To niby drobne rzeczy, ale okropnie denerwujące. Szybko zdałem sobie przez nie sprawę, że nie mogę utrzymać nad niczym pieczy, a wszystkie rzeczy wykonują się za mnie, ograniczając tym samym moją odpowiedzialność do pokazywania „niezwyciężonym wikingom” gdzie mają postawić tartak. Nie czułem przez to praktycznie żadnej satysfakcji ze swoich działań, a chyba po to w końcu bawimy się przy grach wideo, nieprawdaż?

Brak kampanii czy trybu sieciowego jest niezwykle bolesny. Twórcy nie stawiają wobec nas żadnego wyzwania, nie wyznaczają też jakiegoś celu w naszej podróży, a jedynie rzucają nas w losowe etapy, w których musimy robić cały czas to samo, by osiągnąć tak samo nijaki rezultat. Fabuły tu praktycznie nie ma. Jej jedyną namiastką jest intro, które nie stanowi dla gracza specjalnie dużej motywacji. Brak drugiej osoby czy chociaż komputera, który reprezentowałby wrogo nastawionych wikingów sprawia, że nie ma tego uczucia satysfakcjonującej rywalizacji. Przez to wszystko po przy dłuższych, czyli trwających maksymalnie godzinę sesjach, szybko dopadało mnie potworne uczucie znużenia, którego w takiej dawce nie czułem przy zabawie z grami wideo od dawna.

W kwestii oprawy audiowizualnej, również ciężko o większe zachwyty. Gra ma bardzo ładną stylistykę, to trzeba jej przyznać. Kolorowa grafika jest miła dla oka, przez co ton zabawy nie wydaje się zbyt poważny. Nic specjalnie mnie w niej nie zachwyciło. Co do dźwięków to mogę jedynie powiedzieć, że jakieś są i komponują się z gameplayem, bo nic specjalnego w uszy mi się nie rzuciło.

Gra działa na silniku Unreal Engine 4, przynajmniej jeśli wierzyć twórcom gry. Narzędzie to jest jednak dla nich narzędziem bardzo skomplikowanym, bo produkcja potrafiła złapać czasem porządne chrupnięcia w płynności, nawet gdy na ekranie nie działo się zbyt wiele rzeczy. Ba! Valhalla Hills lubi się też lekko zamyślić w menu głównym, gdy wracamy do niego chociażby z menu opcji ustawień graficznych. Dodatkowo, czasy ładowania, czy to samego tytułu na starcie czy pojedynczych etapów, są stosunkowo długie, co mnie dziwi z racji małej szczegółowości grafiki. Do poprawki.

Valhalla Hills to gra, która zapowiadała się dla mnie obiecująco, ale poza małymi fragmentami nie jestem w stanie jej jakkolwiek przyswoić. Jest nudna, łatwa, powtarzalna, nie oferuje nawet dwóch zróżnicowanych trybów rozgrywki, a co za tym idzie, dostępna w niej zawartość jest praktycznie znikoma. Warstwa techniczna również pozostawia do życzenia, a oprawa audiowizualna niczym nie zaskakuje. Jedyne za co mogę pochwalić przygodę próbujących wstąpić do Walhalli wikingów, to jej przystępność, a poza tym do głowy nie przychodzi mi nic innego. Produkcja ta wygląda najzwyczajniej w świecie na niedokończoną, pomimo jej wyjścia z fazy Early Access na Steamie. Uczucie niewykorzystanego potencjału bije wprost po oczach i myślę, że twórcy przyłożą się trochę bardziej przy okazji sequela, o ile ten oczywiście powstanie. Bowiem jego pierwowzoru – Valhalla Hills nie jestem w stanie nikomu z czystym sumieniem polecić.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!