W ostatnim czasie na polskim rynku komiksowym pojawiło się sporo nowych serii, co cieszy, bo świadczy to o braku stagnacji i otwarciu nie tylko wydawców, ale też czytelników na nowe pozycje. Jednym z nowych cykli jest właśnie Chew – dość nieszablonowa opowieść kryminalna nagrodzona za granicą już kilkoma laurami, w tym prestiżowymi statuetkami Nagrody Eisnera, warto więc zwrócić na nią uwagę.

 

Komiks Johna Laymana i Roba Guillory’ego opowiada o przygodach Tonego Chu – śledczego amerykańskiej Agencji Żywności i Leków. Motyw gastronomiczny pełni w fabule Laymana dość szczególną funkcję – autor zafiksował się tu na jedzeniu, które przewija się w dziwacznych kontekstach. Opisywany świat nieco różni się od naszego – epidemia ptasiej grypy zabiła ponad 20 milionów Amerykanów, w efekcie mięso drobiowe jest nielegalne. Nie brakuje jednak tytułowych koneserów, którzy gotowi są w imię doznań kulinarnych kupować bądź konsumować je wbrew prawu, na czarnym rynku. Interes kręci się nie gorzej od narkotykowego.

Mucha

Chu pełni w kolejnych dochodzeniach wyjątkową rolę – jest cybopatą, czyli nabywa pewne informacje z rzeczy, które zje. Może to być kotlet schabowy, bądź nieprzetworzone warzywo. W ramach śledztw częściej bywa to jednak fragment ciała zaginionej osoby czy mocno nieświeże truchło psa. Nikt nie mówi też, że konsumowana rzecz musi być oddzielona od ciała żywego jeszcze nosiciela. Możliwości jest mnóstwo i scenarzysta nieźle sobie poczyna z przekraczaniem granic tabu, czy raczej obrzydliwości, czegoś mi tu jednak brak. Detektyw obdarzony dziwaczną mocą wglądu w pamięć czy świadomość ofiary lub osoby ściganej to kapitalna podstawa pod mroczny i niepokojący thriller utrzymany w duchu „Siedem” Finchera. Autorzy, choć mierzą się z tematem raczej niewskazanym dla dzieci, skręcają jednak w stronę infantylizmu. Rysunkom bliżej do kreskówek niż do realistycznej kreski, utrzymano je zresztą w konwencji która nie do końca do mnie trafia. Sam motyw jedzenia zwłok wydaje się być tanim szokowaniem wyrwanym z całości. Podobnie fabuła podana jest z niekoniecznie przemawiającym do mnie humorem, a bohaterowie są papierowi i ‚komiksowi’ w złym znaczeniu tego słowa. Ciekawym motywem mogły by być teorie spiskowe stojące za wspomnianą epidemią, gdyby tylko autorom chciało się nimi mocniej zagrać i wzbudzić ciekawość, co jednak w moim przypadku im nie wyszło.

Pierwszy tom Chew to przyzwoite czytadło, tylko że najprawdopodobniej nie skierowane do mnie. Nie uważam lektury za czas zmarnowany, ale równie dobrze mógł bym wtedy żuć gumę, otrzymał bym pewnie podobną dawkę doznań. Nie chcę jednak zniechęcać – to nie jest komiks zły. Ma swoich sympatyków, zebrał też kilka wspomnianych nagród, co świadczy o poziomie. Być może przed sięgnięciem po tę pozycję warto zerknąć dłuższą chwilę na prezentowane plansze. Kreska Guillory’ego może się podobać albo i nie, ale jednocześnie sporo mówi o tym, w jakim aromacie przyrządzono fabułę. Mnie to mdłe danie raczej znużyło i nie mam ochoty na dokładkę.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!