Mój sposób dobierania mang jest odmienny od nawyków typowego czytelnika tego gatunku komiksu – zamiast wybierać tomiki po tytułach serii, kieruję się głównie autorem. Tym sposobem, gdy tylko usłyszałem o świeżo wydanej pozycji Hiroakiego Samury szybko nabyłem własny tomik. Czy był to zakup wart polecenia, tego zasadniczo nie wiem…

Wydawnictwo Waneko – drugie najstarsze wyd. mangowe w Polsce – na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się diametralnie, co dotyczy szczególnie oferty wydawniczej, zawierającej zarówno serie popularne oraz te nieco bardziej awangardowe. Wydany w ramach serii „Jednotomówki Waneko” tomik zatytułowany Powóz Lorda Bradleya zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Jak sama nazwa cyklu sugeruje, chodzi o historie zamknięte w jednym, zwartym tomie, wydanym bez zbędnych fajerwerków w cenie typowej mangi, a więc oscylującej w granicach 20 zł. Tym sposobem kieszeń miłośnika gatunku nie odczuje zbytnio zakupu, a po lekturę mogą pokusić się także osoby niekoniecznie obcujące na co dzień z japońskim komiksem.

Hiroakiego Samurę starzy wyjadacze kojarzyć powinni z genialną serią Miecz Nieśmiertelnego, wydawanej kiedyś z ramienia Egmontu, który nie dokończył publikacji zatrzymując się niespełna trzy tomy przed finiszem historii. Zasadniczo chwytając za Powóz Lorda Bradleya wiedziałem na pewno, że mogę oczekiwać mistrzowskiego warsztatu rysownika, jak i zręcznego prowadzenia scenariusza, ale cała reszta owiana była tajemnicą. Po zakończeniu lektury mogę jedynie powiedzieć, iż jeszcze z tak niezwykle ciężką gatunkowo, wprawiającą w głęboki smutek opowieścią graficzną nie było dane mi się zmierzyć.

Książka łącznie zawiera osiem rozdziałów, opowiadających różne historie osób niepowiązanych z sobą w żaden sposób, natomiast spoiwem całości jest wyłącznie czas, przestrzeń oraz osoba tytułowego lorda Bradleya. Jednakże miejsce akcji nie jest jasno dookreślone – stylizowane na kraj zachodniej Europy, przywodzi na myśl Anglię przełomu XIX i XX w. Młode dziewczyny mieszkające w rozrzuconych po kraju sierocińcach mają jedno wspólne marzenie, mianowicie, aby pewnego dnia zawitał po nie powóz, który zabierze je na zamek Lorda Bradleya i tym samym będą mogły dołączyć do jego sławnej trupy aktorskiej.

Bradherley’s Coach

Problem w tym, że cyklicznie, z każdego sierocińca adoptowana jest jedna dziewczyna, co w skali kraju daje ich wręcz dziesiątki, zaś na deskach teatru występuje zaledwie garstka najbardziej utalentowanych. Co zatem dzieje się z resztą? Jakim cudem przez lata bez śladu mogą znikać setki młodych kobiet i dlaczego nikt nie zadał sobie trudu by odpowiedzieć na to pytanie? Za wszystko, jak pewnie się domyślacie, odpowiada jedna osoba, czyli tytułowy lord Nicola Bradley. Przy ogólnym poparciu klasy rządzącej, pod płaszczykiem filantropii lord realizuje wręcz bestialski projekt – dziewczęta nieprzyjęte do trupy aktorskiej zostają odsyłane do więzień, gdzie jako tzw. owieczki paschalne są dosłownie oddawane na żer więźniom, mogącym tak spełniać swoje najbardziej chore fantazje seksualne. Uzasadnieniem tego procederu jest próba rozładowania napięcia wśród pensjonariuszy ośrodków karnych, celem uniknięcia kolejnych krwawych buntów.

Osiem historii opowiada losy m.in. tragedii przyjaciółek, strażnika który próbował zachować resztki człowieczeństwa, więźnia odmawiającego udziału w zbiorowym gwałcie oraz córek Bradleya nie mających pojęcia, co stało się z ich koleżankami. Wszystkie te perypetie łączy całkowity brak nadziei, fatalizm, wszechogarniająca obłuda tudzież zakłamanie, i nic ponad to. Autor jedynie relacjonuje, pozostając niemym nie daje gotowej recepty czy nawet nie ocenia podejmując tak próbę choćby potępienia lub uzasadnienia zdarzeń przedstawionych. Tym sposobem przemoc, jaką epatuje komiks jest jeszcze bardziej szokująca, wywierając silniejsze piętno na czytelniku. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że manga ta należy oczywiście do gatunku seinen i daleko jej do hentai, bowiem scen ociekających seksem nie uświadczycie, zaś przemoc objawia się głownie w formie werbalnej przy jednoczesnym wykorzystaniu silnej symboliki – samych aktów użycia siły nie widzimy dokładnie, przez co paradoksalnie wydaje się, iż całość mocniej zapada w pamięć.

Bradherley’s Coach_01

Powóz Lorda Bradleya w swojej formie, to wręcz klasyczna Gekika lat 50-60., skierowana do dojrzałego odbiorcy, i niech ręka wszechmogącego broni przed nią młodszych adeptów japońskiej twórczości komiksowej. Hiroaki Samura dostarcza odbiorcy opowieści ponurej, ale z zręcznie poprowadzoną narracją oraz diabelnie dobrze zrealizowanym warsztatem rysownika. A co w kwestii ewentualnej krytyki? Czego potencjalnemu czytelnikowi zabraknie w tym tytule to namacalnej puenty lub jakiegoś szerszego kontekstu – choć może akurat przy takiej opowieści to faktycznie jak proszenie o niemożliwe? Mógł być to wszakże celowy zabieg ze strony autora, gdyż umysł ludzki zawsze próbuje racjonalizować otaczającą przestrzeń, ale historia pokazuje przypadki wydarzeń niedających się ogarnąć rozumem, czy nawet wymykających się prostym próbom opisu.

Innymi słowy komiks ten nie jest dla każdego. Nie poddaje się typowym próbom oceny, nie wspominając już o ewentualnej analizie. Choć na dobrą sprawę bardzo możliwe, aby autor faktycznie zabrnął za daleko w swoich „przemyśleniach” i sam się pogubił odnośnie ostatecznej zawartości mangi. Po skończonej lekturze trudno bowiem odnaleźć w kadrach, wspomnianą przez Samurę, inspirację Anią z Zielonego Wzgórza, która miała posłużyć za fundament opowieści pierwotnie ukierunkowanej całkowicie innym kierunku.

Kończąc recenzję większym mętlikiem w głowie niż było to na początku jednego jestem pewien: porównanie bezpośrednie do serii Miecz Nieśmiertelnego nie ma większego sensu merytorycznego, natomiast laicy mangowi, obcujący z lżejszym kalibrem komiksu, powinni obejść szerokim łukiem Powóz Lorda Bradleya. Ostatecznie nie będę zachęcać, a także zniechęcać do lektury – za komiks chwycicie na własną odpowiedzialność, bo tylko tak będziecie wstanie wyrobić własne zdanie, i choćby z tego powodu warto podjąć ryzyko.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej