Bractwo Bang Bang opowiada historię czterech fotografów specjalizujących się w ukazywaniu przemocy. Tak można by streścić opowieść, która na polskim rynku ukazała się nakładem wydawnictwa Sine Qua Non. Niemniej byłoby to streszczenie krzywdzące zarówno dla dorobku czwórki przyjaciół, czwórki światowej sławy fotoreporterów wojennych, jak i dla wydarzeń których byli świadkami.

Od kiedy zaczęła interesować mnie fotografia reportażowa, zawsze fascynowały mnie fotografie Jamesa Nachtweya, jednego z najbardziej uznanych fotoreporterów wojennych w historii. Niemniej oglądając, podziwiając wręcz jego prace, doświadczenie obcowania z materiałem wysokiej jakości, zarówno artystycznej jak i reportażowej, nie jest w stanie oddać ryzyka oraz szaleństwa wpisanych w zawód fotoreportera wojennego. Bractwo Bang Bang również nie oddaje pełnej gamy sprzecznych nierzadko emocji przeżywanych przez dziennikarzy pracujących na linii frontu, ale pozwala poznać historię kilku z nich i spojrzeć na ich fotografie z innego, zwykle niedostępnego nam, odbiorcom punktu widzenia. Perspektywa zaś, jaką zaszczepia w nas książka Grega Marinovicha i Joao Silvy, jest złożoną i wysoce skomplikowaną konstrukcją obok której niemożna wręcz przejść obojętnie.

okladka_front+skrzydelka

Kiedy żona polskiego korespondenta wojennego, Wojciecha Jagielskiego, trafiła do specjalistycznej kliniki psychiatrycznej specjalizującej się w leczeniu objawów stresu bojowego, byłem w lekkim szoku. Zawsze uznawałem dziennikarski dorobek Jagielskiego za reportaże wysokich lotów, a jego samego szanowałem za zachowywanie dystansu w opisie ludzi i wydarzeń, które jedynie interpretuje, nie próbując ich na siłę zrozumieć. Jednakże to on był w mojej opinii narażony na doświadczenie przemocy, którą relacjonował, to on żył w stresie, to on wykonywał ten wysoce niebezpieczny zawód, by nam wszystkim dać świadectwo tego, co dzieje się na świecie tam, gdzie mainstreamowe media zadowalają się zdawkowymi informacjami. Innymi słowy, będąc pełnym szacunku dla Jagielskiego, nie mogłem w pełni zrozumieć, dlaczego to jego żona leczy się z objawów stresu bojowego. Dziś jestem już nieco mądrzejszy, dziś więcej na ten temat poczytałem, dziś lepiej rozumiem stres związany z nieustannym ryzykiem utraty ukochanej osoby. Dziś wiedza, którą nabyłem pokonała ignorancję wynikającą z braku właściwej perspektywy i dziś wreszcie, równie wielkim szacunkiem darzę żonę Jagielskiego, której traumatycznych doświadczeń nie należy w żadnym wypadku podważać, a które to same w sobie są jedynie namiastką tego, co jej mąż i inni pracujący w wielu punktach zapalnych na świecie dziennikarze przeżywają każdego kolejnego dnia. Ta różnica, ten dysonans dają do myślenia, zwłaszcza po lekturze książki tak osobistej, jak Bractwo Bang Bang.

Reportaż którego narratorem jest zdobywca nagrody Pulitzera, Greg Marinovich, opowiada o życiu czwórki przyjaciół, którzy w pewnym momencie swoich karier określeni zostali przez prasę w Afryce Południowej mianem tytułowego Bractwa Bang Bang. Przydomek trwale do nich przylgnął, gdyż oddawał specyfikę życia i pracy tej specyficznej grupy fotografów. Greg Marinovich, Joao Silva, Kevin Carter oraz Ken Oosterbroek za cel swoich zawodowych karier obrali dokumentowanie przemocy głównie w granicach Afryki Południowej, w czasach upadku apartheidu i zwolnienia z więzienia Nelsona Mandeli i splatającymi się z tymi wydarzeniami wojnami na tle rasowym, politycznym czy etnicznym. Na następujących po sobie kartach książki poznajemy skrótowe biografie czwórki fotografów, ich doświadczenia, etykę pracy i nastawienie do dokumentowania przemocy, a także ich rysy charakterologiczne i prywatne perypetie. Jesteśmy świadkami życia i śmierci Kena Oosterbroeka w 1994 roku, kiedy konając naciskał do końca spust migawki oraz poznajemy kulisy przyznania nagrody Pulitzera Kevinowi Carterowi za zdjęcie głodującego dziecka z czającym się za jego plecami sępem, a także śledzimy jego narastające uzależnienie od alkoholu i narkotyków, które wraz z brakiem stabilności życiowej oraz przeżywanymi traumami doprowadzą do jego samobójstwa po pierwszych wolnych wyborach w Republice Południowej Afryki.

kc

Poznajemy kolejno również perfekcjonizm połączony z nutką szaleństwa i zuchwalstwa oraz pragnienie niezależności Joao Silvy, a obserwując jego z wolna spełniające się marzenia o dokumentowaniu konfliktów zbrojnych na całym świecie i rozchwiane przekonania odnośnie dziennikarskiej etyki, zakładamy, że prędzej czy później przekroczy granice własnej nieśmiertelności, co ziszcza się w Kandaharze w 2010 roku, kiedy to Silva następuje na minę przeciwpiechotną. Wreszcie, najlepiej i najdogłębniej poznajemy Grega Marinovicha, ofiarę stresu bojowego, o którym mówiło się w światku wojennych korespondentów, że przyciąga kule, tyle razy był ranny podczas pracy, a który opowiada nam historię swoją i swoich przyjaciół, tłumaczy dylematy moralne drążące dziennikarzy dokumentujących przemoc i relacjonuje, jak kilku białych fotoamatorów obdarzonych talentem i odwagą stało się Bractwem Bang Bang, elitarną wśród dziennikarzy grupą fotoreporterów, która podążała wszędzie tam, gdzie ginęli ludzie dokumentując ich cierpienia, narażając przy tym często własne życia.

Bractwo Bang Bang jest okraszonym doskonałymi fotografiami opisem zbrodni i ludobójstwa, w którego centrum przez wiele lat znajdowało się czterech fotografów, czterech dziennikarzy, brutalnie doświadczonych przez obrazy wypalone nie tylko na błonie fotograficznej, ale również w ich umysłach. To dobrze napisany reportaż, w którym elementy osobistego pamiętnika splatają się z zapisem historycznych wydarzeń, a te są makabrycznym tłem dla prawdziwego dramatu, jaki rozgrywał się wewnątrz każdego z członków elitarnego, igrającego ze śmiercią Bractwa Bang Bang. Jest to książka, którą warto przeczytać, która otwiera oczy czytelnikowi, która poszerza jego horyzont poznawczy, ucząc nie tylko najnowszej historii, ale również emocjonalnego aspektu wielkich wydarzeń i ich wpływu na zwykłych ludzi, którego nie wyjaśniają najlepsze nawet podręczniki historyczne i o którym nie traktują współczesne media.

Insert-3_Page_1_Image_0002

Pod względem technicznym, książka jest bardzo porządnie wydana. Okładka przyciąga spojrzenia, ale sama w sobie nie jest elementem odbierającym tożsamość zapisanej na dobrej jakości papierze historii. Może się podobać i może zdobić naszą półkę z książkami, a ponadto podatna jest na lekkie wyginanie czy odginanie i inne mechaniczne manipulowanie przy niej łapami podczas czytania. Dużym plusem są również zdjęcia zamieszczone wewnątrz, między rozdziałami będące tłem dla toczącej się narracji i pozwalające nam doświadczyć tego, co widzieli w wizjerach swoich aparatów Marinovich, Carter, Silva i Oosterbroek. Nie musimy również ubolewać nad jakością przekładu, gdyż ten jest autorstwa wspomnianego w niniejszym tekście Wojtka Jagielskiego, jednego z najlepszych polskich korespondentów wojennych i reportażystów. Reasumując, kosztujące niespełna 35 złotych Bractwo Bang Bang jest pozycją obowiązkową dla miłośników fotografii wojennej czy wydarzeniowej, a także dla fanów mięsiście napisanych i głębokich reportaży z linii frontu. Mało tego, wszyscy czytelnicy pożądający dobrej lektury, wyrazistych postaci oraz morału, który nie jest wyssanym z palca, wymyślonym przez kolorowe media sloganem reklamowym, powinni sięgnąć po książkę Marinovicha i Silvy, gdyż ta potrafi rzucić nowe światło na wydarzenia mające miejsce gdzieś obok nas i uczulić nas na okrucieństwo, którego choćby korespondencyjnie, ale jesteśmy nieustannie świadkami.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!