WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja książki „Dying Light: Aleja koszmarów”

„Reklama dźwignią handlu”. To stare porzekadło zawsze będzie na czasie. Idąc tym tropem, na księgarnianych półkach możemy znaleźć cała masę publikacji bezpośrednio związanych ze znanymi filmami, serialami, czy wreszcie grami wideo. Właśnie takim reklamowym tworem jest książka autorstwa Bensona Raymoda.

Na odwrocie książki znajdziecie informację o tym, że „Aleja koszmarów” jest prequelem do wydarzeń przedstawionych w grze Techlandu. Owszem, wszystko, co przeżywają bohaterowie dzieje się przed tym, jak gracze mogli zapuścić się w opanowane przez zombie ulice Harranu, jednak nie doszukałem się tam jakichkolwiek wyjaśnień dotyczących genezy wirusa zmieniającego ludzi w krwiożercze potwory. Ale po kolei.

okladka-light-353x500
Nastoletnia Mel, główna bohaterka, przybywa do Harran, aby wziąć udział w międzynarodowej olim piacie, reprezentując Amerykę w dyscyplinie parkuru. W trakcie turnieju na stadionie dochodzi do masakry. Zarażeni nieznanym wirusem ludzie stają się agresywni i atakują każdego, kto stanie im na drodze. Tak zaczyna się najgorszy koszmar, na który nikt nie był gotowy. Początek zapowiada się niezwykle obiecująco, niestety im dalej w las, tym gorzej. Nudą wali gorzej, niż zombiakowi z przegniłego ryja. Wszystko przez to, że książka zamyka się w schemacie survivalu, który po pewnym czasie zwyczajnie zaczyna męczyć. Zdecydowana większość „przygód” Mel to walka z umarlakami, albo desperackie próby ucieczek, gdy truposzy jest więcej. Co z tego, że opisy są soczyste i ciągle niby się coś dzieje, skoro wszystko kręci się wokół biegania po Harran? Zabrakło też postaci, które pojawiły się w grze (ponownie zastanawiam się nad sensownością użycia terminu „prequel”). Sytuację ratują jedynie retrospekcje wyjaśniające jak doszło do pewnych sytuacji, jednak jest ich zdecydowanie za mało. Całe szczęście, autor nie silił się na długie opisy, dzięki czemu przez książkę dosłownie się przebiega, niczym zawodnicy z igrzysk – jest krótko, ale intensywnie.

Autor miał bardzo dobry pomysł na książkę, ale zabrakło mu pomysłu na jego odpowiednią realizację. Z jednej strony mamy ciekawie przedstawione wydarzenia tuż sprzed wybuchu epidemii, rząd, który za wszelką cenę chce, aby igrzyska się odbyły, choć naukowcy są temu przeciwni oraz atmosferę zaszczucia i beznadziejności. Z drugiej, miałką historię (poszukiwanie brata, serio?) oraz nudne dialogi. Jeśli jesteś fanem gry, zapewne i tak już jesteś po lekturze i być może masz odmienne od mojego zdanie. Jeśli uwielbiasz zombie – zainteresuj się tym tytułem, prawdopodobnie znajdziesz tu coś dla siebie. W każdym innym przypadku – wydaj kasę na jakąś inną pozycję literacką.