Mimo tego, że mój kontakt z serią Men of War do tej pory nigdy się nie odbył, uznałem, że jestem osobą godną do napisania tej recenzji z tego względu, że swoje w Company of Heroes (tak jeden, jak i dwa), czyli grach – w moich oczach – bliźniaczo podobnych, przegrałem. Naiwnie założyłem, że doświadczenie zdobyte przy moim obcowaniu z serią Relic Entertainment sprawi, że do Men of War: Assault Squad 2 będę przystępował jako weteran, co to niejednym czołgiem już jeździł, z niejednego kaemu pruł i wszelakie ziemie zwiedził. Jak bardzo się myliłem, przekonacie się przy czytaniu poniższych akapitów.


W roku 2009 do Polski po raz pierwszy trafił przedstawiciel nowej marki – Men of War, która miała w naturalny sposób kontynuować dziedzictwo Faces of War i Soldiers, czyli dwóch serii brylujących w swoich latach w świecie RTSów osadzonych w czasie II wojny światowej. Pomimo tego, że na rynku obecne było znacznie bardziej rozpoznawalne Company of Heroes, Ukraińcy ze studia Best Way nie zlękli się konkurencji i postanowili wyskoczyć z nimi na bagnety. Relic swoją ekspansję przeprowadzał w bardzo mozolnym tempie, co rywal postanowił wykorzystać, seryjnie wydając między innymi Men of War: Vietnam, Men of War: Condemned Heroes czy Men of War: Assault Squad. Ten rok przyniósł nam drugą odsłonę „Oddziału Szturmowego”, pierwotnie będącego samodzielnym dodatkiem do Men of War, w praktyce jednak rozrósł się on do nieco bardziej imponujących rozmiarów.

1

Do naszej dyspozycji zostały oddane misje należące do operacji wojsk Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Wspólnoty Narodów, Związku Radzieckiego oraz Cesarstwa Japońskiego. Rejon działań naszych dzielnych żołnierzy obejmuje więc, co jest raczej logiczne, niemal wszystkie tereny, które dotknęła zbrojna aktywność podczas największego konfliktu w historii świata. W naszym turystycznym katalogu pojawia się więc możliwość zwiedzenia niemal całej Europy, północnej Afryki czy azjatyckich wysp. Kampania dla pojedynczego gracza, do której przyzwyczaiły nas inne wojenne serie, nie istnieje. Nie ma tutaj epickiej narracji, efektownych cutscenek, bohaterów, których losy ściskają nas za serce. Nie. Zaczynamy od charakterystycznej, sunącej z góry perspektywy, kilku zdawkowych raportów, mówiących o tym, że oponent szturmuje nasze pozycje i naszym zadaniem będzie powstrzymanie go, a później wyprowadzenie kontrataku i tak właściwie przez cały czas.

Niektórych może i taka lakoniczna forma satysfakcjonuje, gorzej jednak, kiedy do kontaktu z Men of War: Assault Squad 2 podchodzi ktoś taki jak ja – nowicjusz. Oczywiście, w chwili mojego pierwszego uruchomienia gry jeszcze nie wiedziałem, że nim jestem, ba – miałem się za kogoś, kto swoją batalię z tą produkcją rozstrzygnie w kilkadziesiąt minut, ale skomplikowanie, nie intuicyjność i brak jakiegokolwiek wsparcia dla niedoświadczonych graczy sprawiły, że zupełnie się od niej odbiłem. Brak tutaj samouczka, który przeprowadziłby żółtodziobów przez trudy wojaczki, nie ma co liczyć na ceremonialne podpowiedzi czy ogromne markery, wskazujące nam co i gdzie trzeba rzucić, w jaki sposób zadziałać, aby nasze losy potoczyły się w korzystny dla nas sposób. Nie jestem ulepiony z tej samej gliny, co duża część współczesnych graczy, pragnących, aby gry były jak najmniej wymagające i lubię, kiedy trzeba się nad czymś pogłowić, znacznie byłoby mi jednak łatwiej, gdybym miał jakiekolwiek pojęcie o tym, jakie działania mam do dyspozycji i jak mogę sobie pomóc. Men of War: Assault Squad 2 nie daje takiego komfortu i choć weterani pewnie poczują się jak ryby w wodzie, studio Best Way powinno przewidzieć, że nie tylko taki rodzaj konsumentów będzie sięgał po ich tytuł.

2

Kiedy jednak w bolesny sposób zaczniemy „zbierać pierwsze pagony” i orientować się w tym, co dzieje się wokół nas, zauważymy, że z postępem, określanym przy pomocy zdobywanych przez nas strategicznych miejsc, wiążę się zwiększająca się pula punktów, za które możemy wezwać różnorakie wsparcie. Dzieli się ono na kilka oczywistych grup, jak piechota czy jednostki pancerne i zależnie od tego, jak duże spustoszenie mogą siać, zwiększa się koszt, jaki musimy za nie ponieść. Do naszych oddziałów przyczepić się nie można – każdy żołnierz określony jest imieniem i nazwiskiem, wyposażeniem (i amunicją, którą trzeba uzupełniać) oraz funkcją jaką pełni. Jest więc miejsce dla snajperów, szturmowców, żołnierzy zwalczających pojazdy pancerne, sanitariuszy, desantowców i wielu, wielu innych. Warto bacznie ich obserwować, gdyż szczególnie na tym polu ujawnia się niezwykła pieczołowitość twórców Men of War w dbaniu o szczegóły. Mimo tego, że bez rozkazów będą oni stać bezdźwięcznie i w bezruchu, to kiedy już wskaże im się jakąś konkretną czynność do wykonania, zobaczymy jak każdy z nich przeładowuje broń, chowa się za osłoną, tworzy wzór zachowania żołnierza na polu bitwy.

Realizm jest prawdopodobnie głównym celem, który producenci tej serii chcą osiągnąć przy pracy nad każdą jej osłoną i w tej dziedzinie Men of War wyznacza standardy. Na planowanie naszych posunięć wpływa zaawansowany od wielu lat system destrukcji otoczenia, każdym pionkiem na szachownicy możemy sterować ręcznie, niczym w grze akcji, pojazdy da się niszczyć na setki sposobów, a podczas podchodzenia piechoty trzeba mieć na uwadze ich psychologicznie uwarunkowane reakcje i często posuwać się do wykorzystywania skomplikowanych taktyk. Opcji na zwycięstwo jest oszałamiająco wiele i początkujący gracz zobaczy ich ledwie pierwiastek, prawdziwe morze możliwości odkrywa się jednak dopiero w trybie multiplayer, gdzie nie ma już absolutnie żadnej litości i maminsynków od twardzieli oddziela sito o naprawdę dużych oczkach. W pojedynkach udział bierze maksymalnie ośmiu graczy, po czterech z każdej strony, a zadania są albo takie same jak w trybie dla pojedynczego gracza, albo wymagają jednego: totalnej anihilacji oponenta.

3

Jeżeli chodzi o oprawę wizualną: jak jest, każdy widzi. Silnik starzeje się coraz mocniej z każdym miesiącem, a w roku 2014 coraz mniejsze wrażenie robi tak szumnie niegdyś reklamowane w pełni zniszczalne środowisko. Od Best Way wymaga się przesiadki na technologię dającą znacznie więcej możliwości pod względem grafiki, gdyż ilość detali jaką próbują przedstawić rozmija się z założeniem korzystania z tak ubogiej aparatury. Warstwa dźwiękowa stoi na standardowym poziomie: patetyczna muzyka, poprawnie zrealizowane odgłosy wystrzałów, huków, okrzyków, lecz nic, co wybiłoby się poza normę.

Dostajecie więc obraz gry, skierowanej do bardzo ścisłego grona odbiorców. Mówimy o tych ludziach, których pokój wygląda jak wnętrze czołgu, a oni sami siedzą przed komputerem w mundurze i hełmie, mającym chronić to, co przy graniu w Men of War: Assault Squad 2 przyda im się najbardziej – czaszkę, a konkretniej jej zawartość. Nie ma tu mowy o szaleńczych, bezmyślnych rajdach, nawet niskie poziomy trudności potrafią dać w kość, a to i tak nic w odniesieniu do wycisku, jaki spotka nas przy potyczkach z innymi graczami. Jest to produkcja, którą twórcy zaplanowali chyba tak, aby odpychała nowicjuszy i zadowalała tylko tych, którzy na śniadanie przeżuwają czołgową gąsienicę, ale jeżeli ktoś będzie w stanie dopasować się do tych wzbudzających trwogę warunków, gwarantuję, że czeka na niego nie lada zabawa. Pozycja hegemona RTSów z epoki drugiej wojny światowej dała jednak Best Way niebezpieczny komfort, który sprawia, że oswajają się oni z wiedzą, że nawet najmniejsza ilość zmian w nowej odsłonie nie odepchnie fanów od jej kupna, a to coś, czego nie chcielibyśmy zauważać.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!