Nigdy wcześniej nie mieliśmy na konsolach takiego przekroju gatunków gier, do wyboru do koloru. Jeszcze u początków poprzedniej generacji, dominowały strzelanki, wyścigi i gry akcji. Nie było mowy o różnorodności, którą potrafiły oferować pecety. Rewolucja developerów niezależnych przyniosła całą gamę nowych sposobów rozgrywki, mechanik i pomysłów. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że to doskonały stan rzeczy – zwłaszcza, jeżeli w związku z tym możemy zagrać na Xbox one w Nightmares from the Deep: the Cursed Heart od Artifex Mundi.

Sara Black, dyrektorka historycznego muzeum na Karaibach, dzięki swoim staraniom wydobywa z dna morza niezwykle cenny eksponat. Są to doczesne szczątki owianego złą sławą, legendarnego pirata nękającego wieki temu okoliczne wyspy – Henry`ego Remingtona. Jednak na chwilę przed otwarciem wystawy z nowym znaleziskiem, zaczynają się dziwne wydarzenia, których kulminacją jest ożywienie Remingtona. Pirat porywa córkę Sary, a ona wiele się nie zastanawiając, rusza na ratunek aż do złowrogiej siedziby porywacza – na Wyspę Czaszki. Okazuje się że za powrotem Remingtona do świata żywych oraz porwaniem córki Sary, stoją zaskakujące powody.

XDEV03_Image_0

W ten sposób rozpoczyna się nasza przygoda w Nightmares from the Deep, gry z gatunku Hidden Object Puzzle Adventure, czyli wariacji na temat starych, dobrych przygodówek. Mechanika rozgrywki opiera się na odwiedzaniu kolejnych, właściwie statycznych lokacji w poszukiwaniu przedmiotów, które możemy użyć w innym miejscu. Czasami jest to brakujący klucz, czasem fragment układanki, którą potem możemy złożyć, innym razem odnaleźć musimy łopatę, by coś odkopać, czy posklejać połamany obiekt, wcześniej kompletując poszczególne części. Stałym elementem rozgrywki jest również wyszukiwanie podanych przez grę ukrytych obiektów, schowanych pośród wielu innych przedmiotów składowanych w jednym miejscu. Czyli coś jak Gdzie jest Wally?, tyle że z kilkunastoma rzeczami do odnalezienia.

Twórcy z polskiego studia Artifex Mundi są naprawdę pomysłowi. Stosując opisaną wyżej prostą mechanikę potrafią naprawdę miło zaskoczyć sposobami, w jakie należy użyć odnalezione przedmioty. Na nasz poziom zaangażowania świetnie wpływa również to, że zagadki ułożono na zasadzie spirali – rozwiązanie jednej pozwala nam na ruszenie do przodu kolejnej, a poszczególne niezbędne elementy rozsiane są w kilku miejscach – co wpływa również na poziom skomplikowania zadań. Na szczęście gra oferuje nam system podpowiedzi, zależny od wybranego poziomu trudności. Możemy dać się prowadzić za rękę pomiędzy lokacjami, w których coś możemy zrobić, albo próbować samemu do wszystkiego dojść. Z kolei jeżeli chwilowo nie mamy ochoty na poszukiwania ukrytych obiektów – możemy w zamian zagrać w partyjkę Mahjonga, co jest dość nietypowym, ale fajnym rozwiązaniem.

Mimo dopracowanej mechaniki gra nie byłaby tak wciągająca, gdyby nie dobrze przemyślana fabuła i przepiękna, rysowana oprawa graficzna. Historia opowiedziana w grze jest naprawdę ciekawa, niegłupia, odwołująca się do uniwersalnych uczuć i legend związanych z karaibskimi piratami. Odkrywamy ją po kawałeczku, z różnych zapisków, rozmów, fragmentów opowieści i mimo, że nie ma tu niezwykłych zwrotów akcji, to jest naprawdę przyjemnie. Z kolei przepiękne kolory, świetnie wykonane tła, czy projekty lokacji potrafią wzbudzić zachwyt i prezentują się okazale na dużych ekranach telewizorów. Polski deweloper ma w odwodzie znakomitych artystów, którzy stworzyli świat z pogranicza baśni i horroru, a odkrywa się go z wielką satysfakcją.

XDEV03_Image_4

Ciekawiło mnie, jak zostanie przeniesiony interfejs i sterowanie z gry, której raczej domeną są komputery i – ostatnio – urządzenia z ekranami dotykowymi (Nightmares from the Deep ukazało  na te urządzenia już jakiś czas temu). Wyszło naprawdę bezproblemowo – kursor wędrujący po ekranie jest dość duży, bez trudu rozwiązywałem wszystkie zagadki, czy grałem w Mahjonga. Nie jest to rzecz jasna ten sam komfort jaki daje przesuwanie po ekranie własnym palcem, ale w grze, która nie wymaga od nas w ogóle refleksu, nie ma to wielkiego znaczenia.

Przyznam się, że pierwszy raz grałem w produkcję Artifex Mundi i jestem naprawdę mile zaskoczony. To dopracowana, piękna produkcja z ciekawą mechaniką, która pozwala na kilka godzin wciągającej zabawy. Zabawy w spokojnym tempie, która zadowoli zarówno niedzielnych graczy, jak i starych wyjadaczy, którzy mogą zrezygnować z wszelkich podpowiedzi. Grałem z czystą przyjemnością i mam nadzieję, że następne miesiące przyniosą kolejne produkcje zabrzańskiego studia, dostępne do kupienia na konsoli Microsoftu.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!