Nad ekranizacją powieści Philipa K. Dicka pracowano przez długie lata. Pech chciał, że zawsze coś stanęło na drodze sfinalizowania projektu. W końcu na ratunek jednej z najciekawszych powieści sci-fi przyszła telewizja internetowa. Serial „The Man in the High Castle” był wodą na młyn dla rywalizującego z Netflixem Amazonu. W końcu pojawiła się poważna propozycja, która przyciągnie widzów w każdym wieku. Jednak nad produkcją od początku wisiało jakieś fatum i nawet Amazon nie był w stanie tego przeskoczyć. Czy to jedno z największych serialowych rozczarować roku?

Lata 60. XX wieku. Naziści wygrali światową wojnę przejmując władzę niemal na całym świecie. Europa już na początku legła do ich stóp, a Stany Zjednoczone zostały podzielone między Trzecią Rzeszę a Japonię. Po wielu latach pozornego spokoju, wojna znów wisi na włosku. Hitler powoli szykuje się do oddania władzy, a jego następcy mają zapędy aby władać Ameryką samodzielnie. Niepokoi to Japończyków, którzy wiedzą, że nie mają sił ani środków do walki z tak potężnym wrogiem. Rozpoczyna się polityczna gra, w której ważą się losy całego świata, a w samym centrum wydarzeń znajdzie się Juliana Crain (Alexa Davalos) nieświadomie dołączająca do ruchu oporu, jej chłopak pochodzenia żydowskiego Frank (Rupert Evans), oraz podwójny agent Joe Blake (Luke Kleintank).

(from L to R): Alexa Davalos as Juliana Crain, Luke Kleintank as Joe Blake in a scene from the Amazon Studios pilot: The Man In The High Castle. Credit: Amazon Studios

Frank Spotnitz („Z Archiwum X”) tym razem zawiódł na całej linii. Alternatywna rzeczywistość oraz przenikanie się obu światów to temat na doskonały thriller sci-fi, ale autor scenariusza nie potrafił w pełni wykorzystać doskonałej powieści Dicka. Poszczególne wątki nie są jakoś szczególnie ciekawe, a tajemnica tytułowego człowieka szybko zostaje zepchnięta na dalszy plan. Zamiast tego mamy prostą opowieść o ludziach, którzy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Nie ma w tym nic złego, gdyby nie wykorzystywanie tych samych schematów, jakie znamy z wielu innych filmów traktujących o II wojnie światowej.

W „The Man in the High Castle” brakuje wyrazistych postaci pierwszoplanowych. W obsadzie nie znajdziemy żadnych znanych nazwisk, co niestety odbija się na jakości produkcji. Bohaterowie czasem zachowują się w sposób absurdalny, a ich emocje są przytłumione. Przez to wszystko trudno zainteresować się losem postaci. Najlepiej w tym wszystkim wypada obergruppenführer John Smith (Rufus Sewell), Amerykanin, który pomimo pochodzenia dorobił się wysokiego statusu w nazistowskich Stanach Zjednoczonych. Choć jest jednym z najważniejszych ludzi Führera, potrafi znaleźć czas dla rodziny i zaopiekować się nią. Jest to postać bezwzględna podczas pracy, ale z empatią i kręgosłupem moralnym podchodząca do spraw rodzinnych. Rzadko na ekranie widzimy tak niejednoznaczne postacie, będące przecież bohaterami negatywnymi. Dlatego też nie dziwi, że w drugiej połowie serialu, John Smith dostaje coraz więcej minut na ekranie.

2

Wykreowany świat jest piękny, ale to zasługa speców od efektów specjalnych, którzy wyraźnie zakreślili wszystkie trzy powojenne strefy USA. Każda znacząco różni się od siebie, a twórcy nie szczędzą nam obrazów podkreślających różnice każdego z terytorium. Strefa neutralna, stanowiąca obszar rozdzielający dwa supermocarstwa, to istny dziki zachód, czyli to co tak bardzo charakteryzuje Stany Zjednoczone. Jest to jedyna pozostałość po przedwojennych Stanach, bo pozostałe dwa obszary zostały przerobione w sposób charakterystyczny dla okupantów. Wszystko to jednak pozwala wczuć się w klimat produkcji i własnymi oczami zobaczyć, jak wyglądałby świat, gdyby historia potoczyłaby się inaczej.

3

Dopiero pod koniec „The Man in the High Castle” zostaje rozwiązana zagadka tytułowego mężczyzny. Potrafi zaskoczyć, choć jest ona tak oczywista, że będziemy zachodzić w głowę, jak mogliśmy od razu na to nie wpaść. Dlatego też po nie najlepszym pierwszym sezonie najnowszej produkcji od Amazonu, szybko zechcecie poznać dalszy ciąg tej historii. Oby tylko twórcy wykrzesali więcej ikry z aktorów i stworzyli nowe, bardziej interesujące postacie, bo wykreowanemu światu niczego nie brakuje, a szkoda, żeby marnował się z tak miałką i nudną fabułą.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej