W kinowym uniwersum Marvela panuje spory patriarchalizm. Dla dyrektorów oddziału odpowiadających za filmy oraz seriale ze świata superbohaterów, jasne jest, że solowa produkcja z kobietą jako główną bohaterką jest wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Wystarczy spojrzeć na przypadek Czarnej Wdowy (Scarlet Johanson), która pomimo debiutu na wielkim ekranie przed pięcioma laty, wciąż nie doczekała się własnego filmu (podobny przypadek spotkał Hawkeye, ale ten bohater dostał solidny epizod z ważną rolą fabularną w „Avengers: Czas Ultrona”). Czarna Wdowa przez długie lata była jedyną ważną przedstawicielką w szeregach superbohaterów. Stan rzeczy zmienił się dopiero gdy na małym ekranie pojawiła się „Agentka Carter”. Narzeczona Kapitana Ameryki pojawiła się w dwóch kinowych hitach, lecz nie była ona tam niczym innym jak ozdobą dla Steve’a Rodgersa. Władzom Marvela jej postać spodobała się jednakże na tyle, że dostała własny mini-serial. Jeszcze wcześniej swoich sił próbowała Skye z „Agentów T.A.R.C.Z.Y.”, ale zanim stała się centralną postacią serialu, musiała dzielić się zainteresowaniem wraz z agentem Coulsonem. Teraz o prawa kobiet walczy niejaka Jessica Jones.

Jessica Jones pojawiła się na kartkach komiksu dopiero w 2001 roku i nigdy nie zdobyła wielkiej popularności. To nie przeszkodziło Netflixowi na zrealizowanie jej własnego serialu. Szlaki w serialowym poletku przetarł „Daredevil”, który na szczęście dla władz internetowej stacji, okazał się serialem niemal perfekcyjnym. „Jessica Jones” to drugi z zaplanowanych pięciu seriali Netflixu, których akcja rozgrywa się w tym samym świecie co wydarzenia z kinowych filmów. Na próżno jednak szukać w „Jessice Jones” Hulka, Thora czy Iron Mana, ba, nawet nie możemy liczyć na Avengersów drugiego sortu jak War Machine czy Falcon. Z jednej strony to zaleta, bo tak jak w przypadku „Daredevila”, nowy serial Netflixu zmierza do uczynienia z superbohaterów postaci z krwi i kości, dla których pławienie się w luksusach oraz własnej sławie nie stanowi celu życia.

MARVEL'S JESSICA JONES

Już samo to, że akcja „Jessica Jones” toczy się w Hell’s Kitchen, jednej z dzielnic Nowego Jorku, wskazuje jednoznacznie, że mamy do czynienia z opowieścią lokalną, nieco kameralną, gdzie wydarzenia z „Avengersów” majaczą gdzieś w oddali, ale nie mają one bezpośredniego wpływu na życie mieszkańców. Dlatego na próżno szukać tu jakichś ukrytych smaczków dla fanów kinowego uniwersum, w przeciwieństwie do „Daredevila”, bo gdyby nie logo Marvela na początku każdego odcinka, można byłoby traktować „Jessicę Jones” jako osobną produkcję, niezwiązaną bezpośrednio ze światem superbohaterów.

Tytułowa bohaterka przez splot nieszczęśliwych zdarzeń stała się jedną z Inhumans (osobą posiadającą niezwykłe moce, kimś takim jest np. Skye). Pomimo ogromnej siły nie ma altruistycznych zapędów i nie biega po nocach w obcisłym stroju aby ratować miasto przed przestępczością. Prowadzi natomiast podupadającą, jednoosobową agencję detektywistyczną, specjalizującą się w zdradach małżeńskich. Wkrótce jednak demony przeszłości powracają, aby zemścić się na Jessice i jej czynach sprzed lat. Tajemniczy Killgrave rozpoczyna swoją wendettę, posługując się niewinnymi osobami do osiągnięcia swojego celu. Plotka głosi, że steruje umysłami ludzi, którzy muszą wykonywać każde polecenie tej tajemniczej postaci.

2

Jessica Jones to prawdziwa kobieta, która nie boi się wyzwań. Jest silną i bardzo pewną siebie przedstawicielką płci pięknej, która nie wykorzystuje swoich mocy tak jak robił to chociażby Daredevil. Choć ludzkość zaakceptowała Avengersów, to zwykli ludzi z niezwykłymi mocami wciąż muszą się ukrywać, bojąc się społecznego ostracyzmu. Drugą z takich osób, które poznajemy już w pierwszym odcinku, a w przyszłym roku doczeka się własnego serialu, jest Luke Cage. Jessicę i Luke’a łączy silne uczucie, więc nic dziwnego, że ta postać jest obecna w serialu. Wątpliwości jednak budzi sposób przedstawienia i kreacji bohatera. Roli Mike’a Coltera nie można nic zarzucić, jest doskonały w każdym calu, ale scenarzyści zbyt nachalnie wykorzystują jego postać. W pierwszych trzech odcinkach, staje się równorzędnym bohaterem „Jessici Jones”, a nie tak miało to wyglądać. Rozumiem, że główny wątek silnie nawiązuje do życia tej postaci, ale pierwsze odcinki zdają się zbyt mocno skupiać się właśnie na nim, zamiast na Jessice. Później jednakże znika i pojawia się dopiero w ostatnich epizodach, tym razem serial dobrze dozuje jego czas na ekranie, tak że bohater ten staje się idealnym pomocnikiem dla tytułowej Jessiki, jedynie pomagając jej w osiągnięciu zwycięstwa.

Przed premierą serialu głośno było o scenach ostrego seksu. Producenci tym samym chcieli pokazać, że seks nie jest jedynie domeną HBO i „Gry o Tron”, że silna i pewna siebie bohaterka też może pozwolić sobie na przyjemności, przy tym zabawiając się w sposób, w jaki zawstydziłaby niejedną gwiazdę porno. Tyle z przedpremierowych obietnic, a rzeczywistość swoje. Twórcy prezentują nam łóżkowe igraszki, ale nie dość, że nie za wiele z tego wynika, to postacie kochają się w ubraniach lub pod kołdrą. Nie wymagam od Netflixu drugiego „House of Cards”, gdzie co kilka odcinków prezentowana była golizna, ale jeżeli już zapowiedziano tak mocną rzecz, to i realizacja powinna stać na najwyższym poziomie, bo równie dobrze wszystkie te sceny można byłoby wyrzucić, a serial nic by nie stracił ani z warstwy narracyjnej ani wizualnej.

3

„Jessica Jones” nie jest tak równym serialem jak „Daredevil”. Scenariusz najwyraźniej nie był przeznaczony na całe trzynaście epizodów. Gdyby zmniejszono ich ilość do ok. dziesięciu, pozbyto się niepotrzebnych dłużyzn, a intrygę bardziej by zagęszczono, wyszedłby serial o wiele lepszy. Przez to produkcja ma kilka słabszych odcinków, które wydają się zaledwie zapychaczami, bo ważnej treści jest w nich niewiele. Zresztą poprowadzenie wątku Killgrave’a i Jessici z początku przykuwa do ekranu, bo z czasem zamienia się w pogoń kota za myszą, gdzie z odcinka na odcinek role odwracają się, aż do samego finału, w którym znajdziemy zakończenie, które potrafi zaskoczyć, tym bardziej z perspektywy wydarzeń z „Daredevila” i kolejnych sezonów serialu.

Całość nie byłaby tak ciekawa, gdyby nie Krysten Ritter w roli tytułowej bohaterki oraz genialny David Tennant jako Killgrave. Ritter doskonale czuje się w skórze superbohaterki ze zwykłymi, ludzkimi problemami. Ciężko wyobrazić sobie w tej roli kogoś innego, bo jej Jessica Jones to najbardziej cyniczna i bezpośrednia postać w całym uniwersum Marvela (może obok Tony’ego Starka). Aktorka ma w sobie coś tajemniczego, co dodaje uroku granej przez siebie postaci. Natomiast znany chociażby z serialu „Dr Who” Tennant po raz kolejny dał się poznać ze swej najlepszej strony. Już sama kreacja bohatera w jego wykonaniu może równać się z genialnym Wilsonem Fiskiem (Vincent D’Onofrio) z „Daredevila”. Killgrave to postać z potężnymi mocami, ale gdyby nie one, byłby zwykłym, przestraszonym konsekwencjami życia człowiekiem. I właśnie tę ludzką naturę głównego złego twórcy „Jessici Jones” nam prezentują. W odróżnieniu od Kingpina, który w życiu służbowym odniósł sukces i zdobył realną władzę, Killgrave musi polegać cały czas na swoich zdolnościach, a gdy te zawiodą, staje się bezbronny.

4

Na drugim planie jednakże brakuje tak charakterystycznych bohaterów jak Karen Page (Deborah Ann Woll) czy Foggy (Elden Henson) z „Daredevila”. Ze wszystkich najlepiej wypada Trish Walker (Rachael Taylor), przyrodnia siostra bohaterki, która służy jej pomocą w każdej sprawie. Drugą z ciekawszych postaci jest Malcolm Ducasse (Eka Darville), narkoman mieszkający w tym samym budynku co Jessica. Na dalszym planie mamy Jeri Hogarth (Carrie-Anne Moss) z jej kochanicami Wendy Ross-Hogarth (Robin Weigert) oraz Pam (Susie Abromeit). Od strony aktorskiej nie ma do czego się przyczepić, szczególnie dobrą rolę zaliczyła gwiazda „Matrixa”, ale scenarzyści nie popisali się przy kreacji bohaterów drugoplanowych, przez co wyszli nijako, a wątek romansu pewnej siebie szefowej z młodą kochanką nie jest szczególnie ciekawy.

Zresztą wszystkie wątki poboczne w „Jessice Jones” wydają się dodane na siłę, tak aby zarówno bohaterka jak i widz mieli odskocznię od ciągłej przepychanki Jessiki i Killgrave’a. Najgorzej ze wszystkich wypada historia Willa Simpsona (Wil Traval), byłego żołnierza, obecnie zatrudnionego w policji. Jest to postać źle zagrana, z koszmarnymi dialogami i absurdalnymi motywacjami. Produkcja wiele by zyskała na jego nieobecności. Dlatego też gdy w ostatnich dwóch odcinkach pojawia się pielęgniarka Claire Temple (Rosario Dawson) znana z „Daredevila” serial zyskuje powiew świeżości. W końcu dostajemy mocną i wyrazistą postać kobiecą na drugim planie. Pomimo poważnego tonu „Jessici Jones”, Rosario Dawson potrafi wnieść nieco życia do produkcji, kradnąc wszystkie zabawne sceny w serialu.

5

„Jessica Jones” pod względem realizacyjno-reżyserskim stoi na tak samo wysokim poziomie co poprzedni serial powstały kolaboracji Netflixa z Marvelem. Dlatego też niedoróbki scenariuszowo-aktorskie, oraz masę upierdliwych dłużyzn można jakoś przeboleć, choć produkcja  bardzo zyskałaby na zintensyfikowaniu akcji, zamiast rozdrabniać ją na drobne, tylko po to aby nakręcić kilka dodatkowych odcinków. Dla fanów „Daredevila” pozycja obowiązkowa, dla całej reszty będzie to porządny, ale nie wybitny thriller z odrobiną nadprzyrodzonych mocy w tle.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!