Wraz z premierą Star Wars: Battlefront maszyna hype’u konsekwentnie budowanego od kilkunastu miesięcy wokół premiery siódmej części Gwiezdnych Wojen, miała rozpędzić się do maksimum. Nic dziwnego, ma to być jedno z największych wydarzeń w historii rozrywki. Czy gra, tworzona przez niezwykle doświadczone studio DICE, pozwala marce nabrać gigantycznego rozbiegu, czy może jest jej hamulcowym?

Chciałbym, aby życie recenzenta było tak proste, aby odpowiedź na to pytanie była jasna i oczywista. Niestety, Star Wars: Battlefront jest grą, którą należy oceniać przez pryzmat wielu czynników, co utrudnia spojrzenie na nią z  zero-jedynkowego punktu widzenia. Jeżeli jednak wymagacie rzetelnej analizy poszczególnych mechanizmów składających się na niewątpliwie dobrą jakość jednej z najbardziej wyczekiwanych strzelanek tego roku, postaram się spełnić Wasze oczekiwania.

Od premiery Star Wars: Battlefront II minęło dziesięć lat i czas ten nie tylko ogromnie wpłynął na technologię gier wideo, ale również zmienił postrzeganie przez właścicieli marki tego, czym seria powinna właściwie być. Dostosowanie Battlefronta do czasów teraźniejszych poskutkowało usunięciem jego taktycznej strony, a także całkowitym wyzbyciem się trybu dla pojedynczego gracza. DICE postarało się więc przygotować dla rozochoconych przed premierą szeroko wyczekiwanego filmu graczy możliwość wcielenia się w mały element największych bitew w świecie Gwiezdnych Wojen, tych które oglądaliśmy dotychczas głównie na ekranach naszych telewizorów lub w kinach. Swojsko poczujemy się więc między innymi na Tatooine, Hoth czy Endorze, co jest sporym (ale wciąż) ułamkiem z dwunastu (w dniu premiery) lokacji przygotowanych przez producentów.

2

Fani dotychczasowych dzieł EA:DICE spodziewali się, że Battlefront będzie odzianym w inne ciuszki Battlefieldem, w którym karabiny szturmowe zmienią się w te laserowe, zamiast F-16 polatamy X-Wingiem, a motory czy quady zastąpią speedery. Choć oczywistych podobieństw nie da się nie odnaleźć, Battlefront wcale nie ma aż tak wiele wspólnego z popularną serią FPS-ów. W oczy rzuca się przede wszystkim inne podejście do rozgrywki, które w przypadku serii Battlefield stawia na większy realizm – bo Battlefront to radosna rozwałka pozbawiona jakiegokolwiek taktycznego czy naturalistycznego wymiaru. Tryby gry, których jest dziewięć można zróżnicować na podstawie ilości rekrutowanych uczestników, a także – rzecz jasna – celu. Do najbardziej popularnych należy Supremacja, w której chodzi o klasyczne zdobywanie punktów na mapie, zaś jej wariacja to Atak AT-AT, który do schematu dorzuca jeszcze obecność legendarnych maszyn kroczących, w które w odpowiednich momentach należy ładować czym się da. Ciekawą opcją jest też Eskadra, gdzie pojedynkujemy się jedynie za pomocą podniebnych wehikułów oraz Łowy na Bohaterach. Obydwa te tryby należy z pewnych powodów przeanalizować poniżej.

Część akapitu należy się Eskadrze z tej przyczyny, że jest ona właściwie jedynym trybem, gdzie ujawniony został potencjał podniebnych bitew. Ich wpływ na zabawę w bardziej konwencjonalnych trybach jest marginalny, szczególnie, że przydzielanie dostępu do pojazdów zostało przez twórców rozwiązane w niezwykle idiotyczny sposób. Otóż, chętny usadowienia się za sterami myśliwca Tie nie musi krążyć po lotnisku, czekając aż jakiś się tam zrespawnuje, lecz… wypatrywać lewitujących gdzieś na mapie ikonek, gwarantujących różne bonusy. O ile jest to patent całkiem ciekawy i potrafiący mieć duży wpływ na rozgrywkę, gdyż zamiast przepustki do pofruwania statkiem kosmicznym można tam wylosować np. potężny granat termiczny, który wrzucony do ciasnego pomieszczenia pełnego wrogów potrafi zrobić niezły bałagan, to nie uważam takiego rozwiązania za odpowiednie dla możliwości korzystania z maszyn lotniczych. Zdecydowanie bardziej cieszyłem się na widok wspomnianego granatu niż na możliwość rozbicia się po dziesięciu sekundach pilotażu myśliwca. Nie wiem, czy to kwestia wysokiej czułości mojej myszki (tak, pojazdami steruje się za jej pomocą), czy jakiegoś bliżej niesprecyzowanego braku piątej klepki, ale opanowywanie latających maszyn okazało się dla mnie dosyć nieprzyjemne.

Łowy na Bohaterów również gwarantują dobrą zabawę, nasyłając na herosa wyjętego z puli w której znajdują się chociażby Księżniczka Leia, Darth Vader czy Luke Skywalker (choć to nie wszyscy), siedmiu graczy. Ci zdolni do zabicia znacznie potężniejszego bohatera zapełniają jego miejsce. Mechanizm wcielania się w jedne z najpopularniejszych postaci w uniwersum Gwiezdnych Wojen jest obecny w innych trybach, ale ponownie, zależy on od wejścia w odpowiedni znacznik na mapie. Nie nagradza tych, którzy radzą sobie najlepiej, nie istnieje jako jakiś perk czy umiejętność, jest po prostu losowy. Może błędem było oczekiwanie od Battlefronta struktury podobnej do tej, która jest obecna w wielu współczesnych grach sieciowych, ale taką losowość uważam za sporą niewygodę.

1

Negatywne uczucia nie będą towarzyszyć jeśli chodzi o oprawę wizualną – przynajmniej nie osobom z lepszą kartą graficzną na pokładzie. Choć uroki wysokich ustawień wizualnych odkrywam dopiero od nie tak długiego czasu, dzięki dobrodziejstwom bardziej nowoczesnego peceta, mogę bez cienia zwątpienia nazwać grę DICE jedną z najpiękniejszych, jakie obecnie istnieją. Liczba detali, które przekonują fanów, że to gra z ich ulubionego uniwersum, a nie jakiegokolwiek innego, naprawdę robi wrażenie. Flora i fauna żyje własnym życiem, w które ze swoimi buciorami wkraczają trepy Imperium i Republiki. Całość fenomenalnego wrażenia dopełnia również świetny dźwięk, na który składa się cały zbiór wiarygodnych, militarnych odgłosów, a także standardowo świetna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Gordy’ego Haaba. Wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach ze świata Gwiezdnych Wojen jest realne jak nigdy wcześniej.

Niestety, nie zrekompensowało mi to stygnącej motywacji do gry, gdyż zwyczajnie nie ma w niej zbyt wiele do odkrywania. Mapy poznałem doskonale w błyskawicznym tempie, z kart, które pełnią tu rolę quasi-perków (pozwalając na przykład na ograniczone czasowo skorzystanie z granatu czy innej wyrzutni rakiet), naprawdę niewiele należy do tzw. „game-changerów” (jak plecak odrzutowy, który odblokowujemy na 13-poziomie), a broni, w których posiadanie wchodzimy za sprawą obowiązującej waluty, jest żałośnie mało. Nie spodziewajcie się też jakiegokolwiek wpływu na ich wygląd czy statystyki, co choć może nie do końca pasowałoby do świata Gwiezdnych Wojen, jest standardem, do którego wielu graczy już przywykło. Narzekać można i czasem na brak balansu, co jest jednak kwestią często poprawianą w patchach. Skandaliczny był dla mnie system spawnów, na które zwyczajnie dało się wejść jakąś cięższą maszyną i cieszyć darmowymi killami, co pozbawiało rozgrywkę w danych meczach jakiejkolwiek zabawy. Brak dedykowanych serwerów i porządnie działającego matchmakingu, który często potrafi podsunąć nam rozgrywkę na pustym serwerze, również nie pomaga w docenieniu atutów Star Wars: Battlefront.

DICE nie zdecydowało się na zaimplementowanie w swojej najnowszej grze jakiejkolwiek fabularnej kampanii dla pojedynczego gracza. Zamiast tego dostaliśmy mały zbiór trybów, w których wypróbowanie można pobawić się samemu lub ze znajomym. Jest więc klasyczna obrona przed falami wrogów, a także rywalizacja obydwu stron Mocy, którymi dowodzą, rzecz jasna, sami gracze (w dwóch wariacjach, jeden zakłada wcielenie się w zwykłego żołnierza, drugi zaś w Bohatera). Nie mogę powiedzieć, że cierpiałem podczas tej bardziej kameralnej formy gry, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że została ona dodana po to, aby udobruchać graczy narzekających na obecność jedynie trybu multiplayer. Sam byłem jednym z tych, dla którego krytyka DICE za tę decyzję była dosyć niezrozumiała, teraz jednak dostrzegam, że dobrze napisana kampania niewątpliwie pomogłaby w podjęciu ostatecznej decyzji, czy Battlefront to gra warta polecenia każdemu, czy może jedynie fanom gatunku i uniwersum.

3

Niewątpliwie, DICE stworzyło fantastyczne fundamenty dla swojego tytułu: gra wygląda i brzmi przepięknie, rozgrywka jest przez większość czasu bardzo przyjemna, ale zakres możliwości działania, jakimi raczy nas Battlefront kończy się błyskawicznie, a na wierzch wychodzą przy okazji wszystkie mniejsze i większe błędy. Całkiem możliwe, że kiedy gra zostanie już spatchowana, producenci zdecydują się na udostępnienie (oczywiście nie za darmo, poza bodaj dwoma nadchodzącymi mapami) dodatkowej zawartości i najnowszy tytuł spod szyldu Star Wars osiągnie oczekiwany poziom, rzeczywiście będzie to gra warta każdej wydanej na nią złotówki. Póki co, choć duże natężenie midichlorianów w Star Wars: Battlefront jest wyczuwalne, powinien on trochę, jak dobre wino, przeleżeć. Niestety mamy przed sobą kolejny przykład na pazerność wielkich koncernów. Taktyka jest standardowa – wyciąć z dobrej gry połowę contentu, zostawić goły, błyskawicznie nudzący się szkielet, po czym sukcesywnie kasować gruby szmal na kolejnych wypuszczanych DLC. Battlefront nie jest tu wyjątkiem.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej