WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja Warlocks vs Shadows

Jak współcześnie robi się gry indie? Bierzemy grafikę 2D złożoną głównie ze sprite’ów, dodajemy dobrą ścieżkę dźwiękową, zaś jako rozgrywkę upychamy proste elementy, które złączone razem dają masę beztroskiej oraz relaksującej zabawy. Warlocks vs Shadows to dobry przykład realizacji tych zasad.

Warlocks vs Shadows to twór małego, polskiego studia Frozen District pochodzącego z Koszalina. Produkcja powstała z wymieszania kilku gatunków oraz zaczerpnięcia niektórych pomysłów od innych produkcji dostępnych na rynku. Bowiem ten niewielki indie tytuł stara się być równocześnie brawlerem i zręcznościową platformówką, z prostymi mechanikami RPG oraz zasadami zabawy opierającymi się na czymś w stylu trybu „Hordy” z Gears of War. Taka kombinacja, choć na papierze wydaje się być nieco dziwna, sprawdza się w praktyce naprawdę nieźle.

Polacy naprawdę postarali się o to, aby jak najwierniej oddać budowę starych, 8-bitowych gier… nawet pod względem fabuły, którą poznajemy poprzez krótkie wstawki z tekstem przed rozpoczęciem każdego z ważniejszych aktów. Historia jest śmiesznie prosta i przypomina czasy NESa, gdzie szczątkowe dialogi czy proste intro musiało starczyć do opowiedzenia całej historii. Ta w dziele Frozen District bazuje na znanym schemacie „ratowania świata przed tajemniczym złem, które zjawiło się znikąd”. Narracja i historia nie jest zatem silną stroną Warlocks vs Shadows, co z muszę stwierdzić z pewnym żalem. Na całe szczęście jestem w stanie przymknąć na takie rzeczy oko, pomimo faktu, że jestem fanem dobrze opowiadanych przygód. Błąd w postaci braku opowieści rekompensuje przyjemna rozgrywka, która stanowi trzon całej gry.

2015-09-08_00001

Gameplay w przypadku każdego etapu wygląda tak samo. Trafiamy na małą arenę, na którą napływają kolejne fale przeciwników. Naszym celem jest po prostu przetrwanie kilku takich natarć, korzystając z gamy umiejętności naszych postaci. Wspomogą nas w tym porozmieszczane na planszy platformy, które pozwolą nam na unikanie niektórych ataków, a także ucieczkę z dość niekomfortowej sytuacji. Dodatkowo, od czasu do czasu wrogowie upuszczają różnego typu przedmioty, które możemy zakładać w prostym menu ekwipunku. Dają nam one różnego rodzaju bonusy, nie ograniczające się jedynie do prostego „+5 do zbroi”, a chociażby skracające czasy ładowania naszych zaklęć czy dodające ciekawe efekty do naszych ataków (podpalenia, wybuchy przy uderzeniu itd.). Wbrew pozorom, w tak małej grze siedzi naprawdę sporo głębi.

To, co dla mnie będzie głównym powodem do powrotu do Warlocks vs Shadows to 11 dostępnych postaci, z czego połowę z nich trzeba dodatkowo odblokować w trakcie rozgrywki. Każda różni się przede wszystkim czterema głównymi umiejętnościami, których zmiana wymusza na graczu przyjęcie odmiennych taktyk podczas starć. Dzięki temu jeśli po jakimś czasie znudzi nam się ubijanie hord tytułowych, wrogich Cieni, wówczas możemy zmienić bohatera, a tym samym obrócić do góry nogami mechaniki rozgrywki. Jedni czarnoksiężnicy walczą wręcz, drudzy na odległość. Jedni skupiają się na otwartej walce z grupą potworów, inni na manewrowaniu pomiędzy oponentami i zamykaniu ich w zasięgu potężnych zaklęć obszarowych. Przy tak barwnej puli bohaterów, każdy odnajdzie swojego faworyta, odzwierciedlającego nasz styl rozgrywki. Mi osobiście do gustu strasznie przypadł niesamowicie zwinny i walczący w zwarciu Rainer, który dzięki swoim umiejętnościom był w stanie szybko teleportować się pomiędzy bestiami, a przy okazji zadawać im sporo obrażeń. Spodobała mi się również koncepcja Zardonica – czarodzieja bassu, który władał dubstepowymi mocami, potrafiącymi wyrządzać sporą krzywdę kilku wrogom naraz na dużym obszarze. Dodatkowo, każda z tych postaci w miarę ubijania przeciwników zyskuje kolejne poziomy doświadczenia, pozwalające na rozwijanie posiadanych umiejętności. Dzięki temu moja ukochana szarża Rainera z ostrzem, miała większy zasięg i łatwiej było mi łapać po kilku oponentów naraz. Innymi słowy – każdy znajdzie tu coś dla siebie.

2015-09-08_00009

Rozgrywka nie byłaby tak satysfakcjonująca, gdyby nie stosunkowo niski próg wejścia do zabawy. Mam na myśli to, że opanowanie sterowania nie jest niczym szczególnie trudnym. Mamy bieganie, skakanie i cztery podstawowe umiejętności dla bohaterów – to tyle. Nie znaczy to jednak, że sama gra należy do tych łatwych. Przeciwników jest naprawdę dużo, każdy z nich ma inne ataki, a my w tym czasie musimy ich jednocześnie unikać wykorzystując naszą zwinność i wyczuć odpowiednią okazję do wyprowadzenia kontry. Moment, w którym wypstrykamy się z dostępnych zaklęć i zostaniemy osaczeni z każdej strony to dla nas praktycznie śmierć, co przekłada się na wymuszenie ponownego uruchomienia etapu. Przyznam szczerze, że z początku cała rozgrywka wydawała mi się strasznie chaotyczna, ale z minuty na minutę jak mój bohater rósł w siłę, zabawa zaczynała mi przynosić masę satysfakcji. Przebicie się do tego momentu nie było usłane różami, ale ostatecznie bezstresowe ciachanie potworów przypomniało mi dawne czasy prostych, szesnastobitowych gier. Jakaś wada? Niektóre etapy trybu fabularnego mają nieoczekiwane skoki poziomu trudności. Niektóre poziomy były zwykłą kaszką z mleczkiem, inne zmuszały mnie do kilkukrotnych powtórzeń. W szczególności problemy sprawiał mi akt trzeci toczący się w dżungli, potem gra nagle stała się łatwa i tak było już do końca całej zabawy.

Twórcom ciężko nie odmówić kunsztu artystycznego. Grafika wraz z muzyką wręcz perfekcyjnie oddają klimat 16-bitowych, albo prostszych, flashowych produkcji. Każdy model wykonany jest z pięknych sprite’ów, posiadających proste, aczkolwiek ładnie wykonane animacje. Niektóre z nich nie są specjalnie szczegółowe (w szczególności te mniejszych czarnoksiężników), ale da radę przymknąć na to oko. Dobre wrażenie potęgują tylko pikselowe tła nadające każdemu z poziomów unikalnej atmosfery, a przy okazji prezentujące po prostu ładne widoczki w staroszkolnych klimatach. Wystarczy spojrzeć na screenshoty, które pokazują cały kunszt grafików. A co z muzyką? Choć do grona maniaków audio nie należę, ścieżka dźwiękowa wywarła na mnie dobre wrażenie. Przede wszystkim przypomina ona stare czasy, kiedy wśród muzyki w grach próżno było szukać bardziej skomplikowanych dźwięków. Cały soundtrack jest bardzo energiczny, sporo w nim elektroniki, ale znajdzie się też miejsce dla przypominających średniowieczne klimaty wstawek. Podoba mi się tak świeża kombinacja, która idealnie komponuje się z ciekawie skonstruowaną oprawą graficzną.

2015-09-08_00006

Warlocks vs Shadows to naprawdę dobra gra indie, opierająca się na prostych, mało rewolucyjnych mechanikach, które połączone razem sprawiają masę satysfakcji i zabawy. To fajna produkcja na krótsze posiedzenia, bo na dłuższą metę cały schemat rozgrywki zaczyna nużyć. Nie wiem, czy twórcy mają w planach wypuszczenie wersji mobilnej, ale tytuł idealnie pasowałby na takie urządzenia. Z chęcią grałbym w WvS podczas posiedzeń w poczekalni, mniej już przy komputerze, na który trafia jednak więcej bardziej angażujących produkcji. Ale czy warto zatem kupić dzieło polskiego studia Frozen District? Jeśli lubicie bezstresową, kompaktową, szybką oraz „łatwą do wejścia” zabawę, ta gra zdecydowanie jest dla Was. Choć sam tytuł strasznie mi się spodobał, to osobiście zalecam jednak poczekać aż stanieje. W momencie, gdy piszę ten tekst, jego cena wynosi 14 euro, głównie z tej racji, iż oznaczony jest on ikoną „Early Access”. Za jakiś czas na pewno będzie on kosztował kilka złotych i wtedy idealnie wypełni nudne chwile oczekiwania na kolejny mecz w Counter-Strike’u.

PS. Chciałbym jeszcze tylko wspomnieć, że sama gra stawia na rozgrywki sieciowe ze znajomymi. Niestety, sam nie miałem okazji bawić się w ten sposób, ale konstrukcja rozgrywki wskazuje na to, że frajda podczas grania z przyjaciółmi wzrosłaby dwukrotnie. Jeśli już zatem myślicie o nabyciu tego tytułu, zróbcie to lepiej w kilka osób, albo nabądźcie kilka kluczy i podzielcie się z kolegami/koleżankami.