Na Nintendo Switch nie ma gier! Takie bezpodstawne i krzywdzące stwierdzenie krąży w internecie. Prawda jest natomiast taka, iż cyfrowy sklepik eShop z tygodnia na tydzień powiększa się o zupełnie nowe, a także bardziej klasyczne już tytuły. Jednymi z tych drugich, które wylądowały na wirtualnych półkach Nintendo w ostatnim okresie, są gry studia Playdead — Limbo oraz Inside.

Obie produkcje duńskich twórców do najświeższych nie należą, Limbo liczy sobie osiem lat, natomiast Inside ma ich na karku już dwa. W obu przypadkach do czynienia mamy z typowymi przedstawicielami side-scrollowych platformówek, w których nie zabrakło sporej ilości elementów zręcznościowych i łamigłówek. Naszym zadaniem będzie sprawdzenie, jak kolejny port, tym razem na Nintendo Switch, radzi sobie w praktyce.

Limbo Inside

Zacznijmy od Limbo, ta produkcja Playdead z początku wydaje się banalną dwuwymiarowym platformerem. Sterowanie ograniczono do biegu w prawo i lewo, kucania, a także skoku i interakcji z otoczeniem. Mimo tak skromnego wachlarza możliwości, co chwilę pojawiają się nowe mechaniki, jak wspinaczka po linie, przesuwanie obiektów, czy przewracanie drzew, by stworzyć przejście. Dzięki takim możliwościom zabawa z Limbo staje się różnorodna. Oczywiście na nasz drodze stanie też ogrom różnorakich pułapek, zaczynając od wnyków i kolców, a kończąc na morderczych piłach mechanicznych. Oczywiście wszystkie „przeszkadzajki” rozlokowane zostały tak, by nawet drobne błędy kończyły się bolesną śmiercią naszego bohatera.

Limbo Inside

Poziom trudności, mimo iż nie należy do najniższych, został odpowiednio zbalansowany. Wyzwanie rośnie wraz z postępami w rozgrywce. Co więcej, produkcja nie karze nas nadmiernie za kolejne śmierci. Punkty kontrolne rozlokowano tak, by przez drobny błąd nie tracić dużo czasu. Zagadki również nie są przesadnie skomplikowane. Zazwyczaj ich rozwiązanie nie zabiera więcej niż kilka minut.

Limbo nie posiada jako takiej fabuły. Nasza przygoda rozpoczyna się od pobudki w niezbyt przyjaznym mrocznym lesie. O naszej postaci nie wiemy w zasadzie nic, oprócz tego, że jest małym chłopcem. Skąd się wziął w tym strasznym miejscu i dlaczego dosłownie wszystko chce pozbawić go życia? Nie wiadomo. Pozostaje nam tylko ruszyć przed siebie (a raczej w prawo) i poznać sekrety tego niezbyt gościnnego miejsca. Limbo nie należy do długich gier, czas potrzebny do ukończenia produkcji za pierwszym razem to bagatela 2-3 godziny. Oczywiście wszystko rozbija się o naszą sprawność i znajomość zagadek i pułapek. Znając drogę i wszystkie niebezpieczeństwa, napisy końcowe ujrzeć można spokojnie po godzinie gry.

Limbo Inside

Największą zaletą Limbo jest jednak oprawa audiowizualna. Twórcy postawili na unikalną stylistykę utrzymaną w bieli, czerni oraz szarościach. Całość na dodatek udekorowano filtrem ziarnistym. Klimat buduje również ścieżka dźwiękowa, a raczej jej brak. Jedyne co usłyszymy przez całą rozgrywkę to dźwięki otoczenia, kroki naszego małego bohatera i złowrogi szum lasu. Jak Nintendo Switch radzi sobie z Limbo? Zarówno w formie zadockowanej, jak i handheldowej, produkcja Playdead śmiga płynnie. Nie napotkałem żadnych błędów, a czasy ładowania są krótkie. Pod względem sterowania, podobnie jak na innych konsolach i ich dedykowanych kontrolerach sterowanie jest precyzyjne i nie sprawia kłopotów.

Drugim tytułem od Playdead, który trafił do Nintendo eShop, jest Inside. Na pierwszy rzut oka, do czynienia mamy z grą niezwykle podobną do poprzedniczki. Znów zmierzymy się z platformówką z banalnym sterowaniem. W przeciwieństwie do Limbo znajdziemy tu mniej wymagających precyzji elementów zręcznościowych. Rekompensatą są lepsze zagadki logiczne, a także elementy skradania.

Limbo Inside

Nadal oprócz przycisków kierunkowych posłużymy się skokiem i akcją (chwytanie i przesuwanie przedmiotów, czy używanie dźwigni). Co więcej, w odróżnieniu od Limbo, nasz bohater nie musi bać się wody. Ba czasem musi także zanurkować, by wyciągnąć przedmiot potrzebny do wyjścia ze zbiornika. Pod taflą nie możemy przebywać długo, gdyż najzwyczajniej utoniemy. Zupełnie nową mechaniką jest kontrola innych postaci za pomocą tajemniczego hełmu. Poziom trudności nie powinien stanowić większych problemów dla większości graczy. Pokusiłbym się o stwierdzenie, iż jest sporo niższy niż ten w Limbo. Gęsto rozsiane punkty kontrolne sprawiają, że Inside nie należy do przesadnie wymagających produkcji. Całość jest natomiast delikatnie dłuższa, a pierwsze podejście zajmie nam jeden wieczór.

Początek zarysu historii jest bliźniaczo podobny do tego z Limbo. Ponownie głównym bohaterem jest chłopiec, którego przygoda rozpoczyna się w mrocznym lesie. Jedyna możliwość to ruszyć przed siebie, tfu… w prawo. Już po chwili natrafiamy na nieprzyjaźnie nastawionych ludzi. Pozostaje nam niełatwa ucieczka, przed agresywnymi psami i zasięgiem broni palnej nieznajomych. Z czasem nasuwają nam się kolejne pytania. Kim są goniące nas zbiry, dlaczego ludzie, których spotykamy, zachowują się niczym bezmyślne zombie?

Limbo Inside

Inną cechą odróżniającą Inside od Limbo jest oprawa audiowizualna. Oprócz minimalnie większej palety kolorów pojawiła się zmienna kamera. Dzięki jej pracy otoczenie przedstawione w platformówce zyskuje dodatkowej głębi. Oko cieszą również animacje postaci. Przykładowo nasz bohater, by nie zostać wykrytym przez przeciwników, przywiera plecami do osłon. Ścieżka dźwiękowa pozostała skromna. Podczas zabawy usłyszymy wyłącznie otoczenie i tupot stup naszej postaci. Port przygotowany dla Nintendo Switch to dobrze wykonany kawał kodu. Sterowanie działa idealnie, a problemy z płynnością nie występują ani w formie przenośnej, ani stacjonarnej.

Limbo Inside

Zarówno Limbo, jak i Inside to dwie wciągające platformówki. Studio Playdead stworzyło proste, a zarazem niezwykle mroczne i angażujące przygody. Co więcej, potrafią one zaskoczyć i zachęcić do przemyśleń na temat ukazanego świata. Mimo swojego wieku oba tytuły nie straciły nic na grywalności. Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji sprawdzić tych małych dzieł, a posiadacie najnowszą konsolę Nintendo, warto rozważyć zakup ich Switch’owych wersji.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!