Assassin’s Creed zdążył się już nam przejeść. Ostatnia odsłona, czyli Syndicate, była swojego rodzaju serniczkiem, który dopychamy już na siłę po obfitym, świątecznym posiłku. Ubisoft odczuł, że gracze mają już dość i postanowił wycofać się (chwilowo) z corocznego produkowania tego tasiemca. Dano nam spokój na blisko dwa lata, by później uderzyć w nas Assassin’s Creed: Origins. Czy zatem warto udać się w przygodę do Egiptu, żeby obejrzeć początek legendarnego zakonu Asasynów?

Zupełnie nowy Asasyn

Zmianę podejścia do marki oraz sposobu prowadzenia rozgrywki widać już po pierwszych kilku minutach. Zamiast prezentować przydługi, niepotrzebny wstęp, od razu jesteśmy wrzucani do walki z bossem, który pełni rolę samouczka bojowego. Krótko potem poznajemy do bólu uproszczony system parkouru, by następnie po krótkiej scence, zostać wypchanym na otwarty teren. Na obszarze Siwy wykonujemy swoje pierwsze zadania, infiltrujemy obozy wrogich żołnierzy, zdobywamy pierwsze punkty obserwacyjne, a także różne rodzaje ekwipunku. W tle zarysowany zostaje także trzon wątku fabularnego, którego to tajemnice będziemy poznawać w miarę postępu.

Pierwsze kilka godzin w Assassin’s Creed: Origins było dla mnie wprost obłędnie dobre. Wsiąknąłem w nie i przeczesałem większość zakamarków Siwy praktycznie jednym tchem. Cały start został bardzo płynnie oraz intuicyjnie poprowadzony. Nie ma w nim sztucznych tutoriali i jeśli już czegoś się uczymy, to tylko poprzez własne akcje. Gdy już poczujemy się na siłach oraz wykonamy wszystkie misje główne, wreszcie zostajemy wypchani do prawowitej części Egiptu, gdzie czeka nas nieco surowy kontakt z rzeczywistością.

Pierwszy rzut okiem na mapę mówi sam za siebie – Egipt w nowym dziele Ubisoftu jest wprost ogromny. Przyznam szczerze, że kończąc grę, nie odwiedziłem jeszcze wszystkich lokacji i w wolnej chwili może uda mi się do nich wrócić. Nie mniej jednak projektanci świata odwalili wprost cudowną robotę. Wykreowali oni żywy, piękny i zabójczo realistyczny Egipt, który po prostu chce się zwiedzać dla samego podziwiania krajobrazów czy architektury. Potężne świątynie, cudowne miasta, masywne piramidy – wszystko jest tu na miejscu i co najważniejsze na każdy skrawek budynku wreszcie można się wspiąć. Ilość zrobionych przeze mnie zrzutów ekranu cudownych krajobrazów wprost przytłoczyła mój dysk twardy.

Nie wszystko złoto co się świeci

Nie wszystkie lokacje będziemy jednak mogli zwiedzić od razu. Assassin’s Creed chcąc, nie chcąc, stał się teraz grą akcji ze sporym naciskiem na aspekty RPG. Twórcy mieli zatem powód podzielić Egipt na poszczególne lokacje, którym sztywno przydzielono minimalny próg poziomu doświadczenia. Oznacza to mniej więcej tyle, że w pewne rejony mapy lepiej się nie udawać mając np. 10 level, bo pierwszy napotkany oponent nas po prostu zmiecie. Takie podejście samo w sobie jakoś specjalnie mnie nie zniechęca, bo wiele gier z otwartym światem działa w podobny sposób. Boli mnie jednak sposób wykonania.

Gdybym miał określić Assassin’s Creed: Origins jednym słowem to byłby to po prostu grind. Nie jestem osobą, która przemierza każdy skrawek wirtualnej ziemi i robi wszystkie znaczniki na mapie, też tym bardziej nie lubię, gdy się mnie do tego zmusza. Zwykle staram się jak najszybciej pchać główny wątek fabularny, przy okazji robiąc co ciekawsze misje poboczne. Niestety, w tym przypadku nie mogłem swobodnie pchać historii do przodu, bo wszystkie najważniejsze zlecenia wymagały zwykle o kilka poziomów więcej od tego, który miałem obecnie. To zmuszało mnie do robienia misji pobocznych czy innych aktywności. Nie miałbym jednak za złe twórcom, gdy questy do zrobienia były niczym te wykonane w Wiedźminie. Tutaj jest jednak zgoła inaczej.

Większość naszych zleceń to zwykłe “pójdź, przynieś, pozamiataj, wróć po nieciekawą nagrodę”. Wiedźmin 3: Dziki Gon oraz jego dodatki, ukrywał te schematy dość sprytnie pod toną cudownych dialogów oraz mniej lub bardziej komicznych sytuacji. Tutaj tego po prostu nie ma. Jakieś 80% napotkanych przeze mnie misji pobocznych, zlecanych było przez kompletnie nieciekawe osoby, które równie dobrze mogłyby być nieme, bo ich kwestie zostały napisane na kolanie… jakieś pół godziny przed oddaniem gry do tłoczni. Są sztampowe, sztywne i często ograniczają się do czegoś w stylu: „Aaa, ci bandyci mnie okradli, pomóż”. Zdarzały się w AC: Origins pojedyncze wyjątki od reguły, ale było ich tak niewiele, że kompletnie już o nich zapomniałem. Żeby zdobyć jeden poziom doświadczenia (zwłaszcza na późniejszym etapie), musiałem wykonać takich zadań po 3-4 lub nawet więcej, przez co rozgrywkę dawkowałem niewielkimi dawkami, bo ta potrafiła mnie porządnie znużyć. Origins w tytule to powrót do korzeni serii, gdzie zasiada niesławny pierwszy Assassin’s Creed. Tam też masa niepotrzebnych zadań tylko przysłaniała najlepsze mięsko.

Grind jest też silny w kwestii rozwoju postaci, a konkretniej craftingu. Niektóre elementy naszego ekwipunku możemy ulepszać za zbierane podczas zabawy surowce czy pieniądze. Niestety gra rzuca ich naprawdę niewiele. Tak jak za skórami zwierząt można jeszcze się szybko rozejrzeć, tak np. drewno czy metale pozyskać możemy losowo z niektórych skrzyń lub sabotując niewielkie karawany. Te ostatnie w niektórych sektorach mapy spotkać jest naprawdę ciężko. Nie narzekałbym na to, gdyby z poziomu menu nie można było w prosty sposób przejść do elektronicznego sklepu, gdzie przy pomocy mikrotransakcji takich materiałów możemy nakupić całą masę. Czy to sztuczne utrudnianie zabawy? Czy może płatności są swojego rodzaju legalnymi kodami? Odpowiedź pozostawiam Wam, ale sam nie akceptuję mikrotransakcji w jakiejkolwiek formie w grach AAA. Zaś skonstruowany w ten sposób system, tylko niepotrzebnie zwraca uwagę sfrustrowanego gracza w stronę tego niechlubnego Sklepu.

Ale jest też nieco różowo

Wszystkie te wspomniane elementy tylko niepotrzebnie szpeciły i tak świetną rozgrywkę. Choć mogę narzekać na pewne elementy nowego Asasyna, to generalnie grało mi się w niego naprawdę przyjemnie. Podobały mi się zwłaszcza momenty, w których musiałem infiltrować wrogie obozowiska. System skradania jest teraz bardzo intuicyjny, prosty i dość satysfakcjonujący, choć sztuczna inteligencja oponentów znacząco ułatwia zabawę. Bardzo spodobał mi się też sam system walki, który mocno przypomina ten z Wiedźmina 3, ale jest bardziej zręcznościowy i przy okazji ma parę nut charakterystycznych dla Assassin’s Creed. Bayek (tak, zapomniałem wspomnieć jak nazywa się główny bohater) może wykonywać lekkie oraz mocne ataki, blokować, parować czy unikać ciosów. Umiejętne łączenie tych zdolności tworzy bardzo płynny oraz intuicyjny system. W miarę postępu do naszego wachlarza wpada cała masa sztuczek, gadżetów oraz umiejętności, dzięki czemu otwarte starcia nie nudzą się tak szybko jak w przypadku najnowszych przygód Geralta. Wreszcie też walka z większą grupką przeciwników może stanowić lekkie, acz przyjemne wyzwanie, czego czasem mogło zabraknąć w poprzednich odsłonach serii.

Początki

Tyle tekstu, a nawet nie zdążyłem powiedzieć niczego o fabule. Może i nawet zrobiłem to celowo, bo muszę szczerze przyznać, że pod tym kątem nieco się zawiodłem. Po Asasynach nie należy się spodziewać powalających historii, bo Ubisoft nas do tego przyzwyczaił. Jednak miałem jakąś tam lekką, cichą nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Tymczasem otrzymujemy trochę sztywnego, nieco mało charyzmatycznego głównego bohatera, który napędzany jest chęcią zemsty na zabójcach jego syna. Tak też skaczemy od jednego celu eliminacji do drugiego, będąc przy okazji chłopcem na posyłki dla niektórych historycznych polityków czy władców tamtych czasów. Żadnych większych zwrotów akcji, a w dodatku sam motyw tworzenia się od podstaw Zakonu Asasynów jest dopiero poruszany gdzieś pod koniec całej zabawy i moim zdaniem został potraktowany nieco po macoszemu.

Wątek futurystyczny, czyli ten poza przygodami Bayeka, również specjalnie mnie nie interesował, ale całe szczęście nie był długi i możliwość ponownego wbiegnięcia do naszej maszyny – Animusa pojawiała się po dosłownie kilku minutach oderwania. Z lekkim bólem muszę też powiedzieć, że finał opowieści kończy się sporym cliffhangerem i Ubisoft przygotowuje nas na kontynuację. Ciekawe tylko ile ich będzie.

Egipt koi oko

Pod względem grafiki Assassin’s Creed: Origins broni się naprawdę nieźle. Gra światłem zasługuje na sporą pochwałę, tekstury oraz ilość wygenerowanych obiektów w zasięgu wzroku również budzą podziw. Na pierwszy plan wysuwa się jednak pieczołowite przyłożenie się do architektury oraz ogólnie całe środowisko wokół gracza, oprócz modeli postaci. Ten ostatni element w przypadku NPC-ów innych niż ci główni (mowa tu również o zwykłych przechodniach) został potraktowany nieco po macoszemu. Gra na wysokich ustawieniach naprawdę robi wrażenie, choć Ubisoft jakiś czas temu wypuścił patch nieco „obrzydzający” grę.

Za łatką nie poszła jednak optymalizacja, którą przydałoby się usprawnić. Granie w 1440p i to zarówno na GTX 1080, jak i GTX 1070 z procesorem Intela czwartej generacji, rzadko kiedy wyciągało u mnie płynne 60 klatek na sekundę. Musiałem balansować ustawieniami, ale nawet zjechanie z bardziej „zasobożernych” elementów nie dodawało tyle do wydajności, ile można by się spodziewać. Origins będzie w stanie przemielić co lepsze maszyny w przeciągu najbliższych paru lat, ale równie dobrze można było po prostu postawić na lepszą optymalizację.

Muszę się też nieco przyczepić dźwięku, zwłaszcza rozmów. Niektóre dialogi nagrane zostały w nieco niskiej jakości, co stwierdzam po towarzyszącym im szumach i dziwnych wytłumieniach. Testowałem to na różnych kombinacjach słuchawek i niewiele mi to dało. Po jakimś czasie się do tego przyzwyczaiłem, ale można było to lepiej zrobić.

Wycieczka do Egiptu?

Assassin’s Creed: Origins spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony mediów, ale osobiście pozostaję nieco sceptyczny wobec tej produkcji. Bez dwóch zdań, to porządny krok dla Ubisoftu i w dodatku w dobrą stronę. Grze brakuje jeszcze kilku szlifów, które mam nadzieję zostaną załatane przy okazji następcy. Przy nowym Assassin’s Creed bawiłem się naprawdę dobrze, choć nazwałbym to doświadczenie lekkim „guilty pleasure”. Z jednej strony grind, słabe misje poboczne i przeciętna fabuła dawała mi się we znaki, z drugiej jednak strony mechaniki rozgrywki oraz sam świat rekompensował mi te braki.

Czy zatem jestem w stanie polecić zakup tej gry? Tak, jak najbardziej. Może AC: Origins nie zasłużył na inną odznakę niż proste „TAK”, ale pierwszy raz od czasów Black Flaga mogę powiedzieć, że seria o Asasynach wstaje o własnych nogach i godnie staje do walki z konkurencją. Teraz liczę na czasy feudalnej Japonii!

Kopię do recenzji w wersji PC dostarczył nam dystrybutor – Ubisoft Polska. Dziękujemy!

Gra była testowana na karcie graficznej GeForce GTX 1070 Founder’s Edition, dostarczonej przez Nvidia Polska. Serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza!