Xiaomi udowadnia, że można zrobić wiele rzeczy znacznie taniej od swojej konkurencji. Tak też GoPro woła za swoje kamerki blisko 2000 złotych, a Chińczycy za Mijia 4K żądają prawie 3 razy mniej, bo około 600 złotych. Czy jednak kamerka ta jest w stanie godnie stanąć w szranki z absolutnym liderem tego rynku?

Prawdę mówiąc to ze wszystkich osób na świecie, które mogłyby przetestować ten sprzęt, jestem chyba najmniej wykwalifikowany w tym zakresie. Ostatnimi czasy ruszam się niewiele, nie uprawiam sportów ekstremalnych, ani też nie uważam się za jakiegoś specjalistę w kwestii kamer. Dlatego też moją opinię musicie potraktować z dużą dozą dystansu. Zatem nie będzie to dłuższa lektura analizująca sprzęt, a raczej luźne, stosunkowo krótkie przemyślenia z mojej strony. Czujcie się ostrzeżeni.

Z zewnątrz

Design Mijia 4K nie rzuca się w oczy, jest mocno minimalistyczny, co jako fan prostoty i ładu absolutnie ubóstwiam. Przód to w zasadzie sam obiektyw i stanowiące miły dla oka akcent logo. U góry znajdziemy jedyny klawisz, który służy do aktywacji/dezaktywacji urządzenia lub też startu/zatrzymania nagrywania. Z boku znajduje się zasłonka kryjącą gniazdo USB, zaś na dole napotkamy standardowy gwint do np. statywu. Obok tego umieszczono klapkę z baterią i gniazdem na kartę microSD. Niczego tu nie zabrakło, a wszystko pięknie rozmieszczono na powierzchni kamerki. Pod tym kątem jest ok.

Urządzenie wykonano w głównej mierze z solidnego plastiku. Nic tu nie trzeszczy, nie ugina się, także śmiało mogę powiedzieć, że obudowa jest kawałem porządnej, trwałej bryły. Niestety Mijia 4K nie posiada żadnej certyfikacji potwierdzającej jej wodoodporność. Stąd też prawdziwi fani sportów ekstremalnych powinni zaopatrzyć się w tym przypadku w jakąś ochronną obudowę.

Z tyłu znajdziemy 2,4-calowy ekran o rozdzielczości 960 na 480 pikseli. Jest całkiem spory i czytelny, także oglądanie nagrywanych filmików jest stosunkowo przyjemnym doświadczeniem. Nie mniej jednak odradzam robienia tego na zewnątrz, ponieważ wyświetlacz ma bardzo niską jasność, co czyni go niemalże niewidocznym w słońcu.

Funkcjonalność i bateria

Menu kamerki jest przejrzyste, intuicyjne i proste w obsłudze. Przesunięcie w prawo przywołuje nagrane materiały, po machnięciu w lewo znajdziemy zaś tryby nagrywania. Przeciągając palcem z góry na dół wywołamy ustawienia samego urządzenia. Cieszy mnie fakt, że nie trzeba przekopywać się przez 10 okienek, żeby dostać się do jakiejś funkcjonalności. Wszystko jest dostępne szybko i na wyciągnięcie ręki, a to się bardzo ceni.

Kamerkę powinno się móc również obsłużyć za pomocą aplikacji MiHome, lecz nie udało mi się połączyć Samsunga Galaxy S9+ z Mijia 4K ani razu. Próbowałem na wszelkie sposoby i przy pomocy różnych metod, ale wszystkie próby skończyły się dla mnie porażką. Sprzęt był najzwyczajniej w świecie nie do wykrycia. Ciężko powiedzieć co jest odpowiedzialne za ten stan rzeczy. Nie mniej jednak sama aplikacja nie jest specjalnie potrzebna do poprawnego działania i bez niej tracimy naprawdę dosłownie parę funkcji, bez których też można przeżyć.

Bateria w Mijia 4K ma pojemność 1400 mAh, co pozwala jej nagrywać przez 2-4 godziny w zależności od trybu. Uwiecznianie momentów z życia w 4K będzie adekwatnie zjadało więcej mocy akumulatora niż zwykłe Full HD, choć aktywacja stabilizacji w 1080p również potrafiło przyspieszyć rozładowywanie. Te 2 godziny materiału uważam za wynik stosunkowo wysoki, więc ogniwo zasilające zdecydowanie nie jest problemem.

Główne danie

Kamerka jest w stanie nagrywać w rozdzielczościach 4K i 2,5K w 25 klatkach na sekundę oraz 1080p w 100, 50 oraz 25 klatkach na sekundę. Jest też tryb slow motion uwieczniający obraz w 720p i 200 klatkach na sekundę. Warto od razu zaznaczyć, że Mijia 4K posiada również 6-osiową, elektroniczną stabilizację obrazu, ale ją można uruchomić wyłącznie w 2 trybach 1080p – 25 i 50 FPS. Efekty widzicie na załączonych poniżej filmikach (uwaga, strasznie trzęsą, można się nabawić choroby lokomocyjnej). Materiały są całkiem szczegółowe i charakteryzują się dość niezłym odwzorowaniem kolorów jak na tę półkę cenową. Mam jednak pewne wątpliwości co do samej stabilizacji obrazu, która w przypadku 4K nie działa w ogóle, a w trybie 1080p/50FPS, cóż… tak sobie. Funkcja ta lubiła czasem bez większego ruchu szarpnąć kadrem, ale poza tym radziła sobie pozytywnie. Warto zaznaczyć, że moje testy nie należą do zbyt miarodajnych. Nie mam roweru (a moje miasto publicznych jeszcze nie wystawiło), wyczynowo na deskorolce czy wrotkach nie jeżdżę, więc pozostało mi jedynie nagrywać kamerką podczas spaceru, przeplatanego krótkimi sprintami. Ciężko mi zatem porównać i jednoznacznie powiedzieć jak Mijia 4K sprawdziłaby się w innych scenariuszach.

Tryb slow motion też nie zrobił na mnie większego wrażenia, uważam go za praktycznie bezużyteczny, zwłaszcza w tak niskiej rozdzielczości.

Również mam pewne wątpliwości co do samego mikrofonu. Mój “pseudo-vlog” był dość słyszalny, ale ogólnie kamerka ma tendencję do zbierania wiatru w nadmiernych ilościach, więc dźwięk jest praktycznie z automatu do wycięcia.

Zdjęcia kamerka robi całkiem niezłe, tutaj wątpliwości nie ma, choć w tego typu urządzeniach to raczej konieczny dodatek niż jakaś ważna funkcja. Fotografie są szczegółowe i wypełnione dość niezłymi kolorami. Na plus.

Brać czy nie brać?

Mijia 4K to sprzęt prawdę mówiąc średni, aczkolwiek warto spojrzeć na jego niewielką cenę sięgającą około 500-600 złotych. Jak na gałąź “action camera” to naprawdę niewiele. Nie mniej jednak wolałbym dopłacić trochę więcej i cieszyć się np. lepszą stabilizacją. Do jazdy na rowerze czy jako rejestrator do samochodu sprzęt się oczywiście nada, ale do biegania, surfowania czy jakiegoś parkouru odradzam. W tej cenie na pewno nic lepszego nie znajdziecie, ale ciężko powiedzieć komu jednoznacznie ten sprzęt mógłbym polecić. Mijia 4K to propozycja głównie dla tych osób, co na jakieś modele typu GoPro nie są sobie w stanie pozwolić.