Po spojrzeniu na ceny niektórych ultrabooków można złapać się za głowę. Ich startowa granica jest jeszcze w miarę rozsądna, bo sięga już 3 tys. złotych, ale końcowa… cóż, to są już nawet liczby pięciocyfrowe. Za MacBooka Pro w swojej podstawowej konfiguracji wydamy 5,5 tysiąca złotych, ale w porównaniu do konkurencji nawet ta cena czasem wydaje się “stosunkowo rozsądna”. Lenovo Yoga 520 odbija się od tego niesmacznego dla portfela trendu. Jego najsilniejsza konfiguracja kosztuje niecałe nieco ponad 4500 złotych, co bardzo przykuło moją uwagę. Dobry ultrabook za nieastronomiczne pieniądze? Czy jest w tym wszystkim jakiś haczyk?

Pierwsze wrażenia

Pierwszy rzut oka na Yoga 520 zdaje się mówić nam, że mamy do czynienia z urządzeniem klasy premium. Z zewnątrz ultrabook prezentuje się bowiem bardzo przyzwoicie. Design nie jest może jakoś specjalnie rewolucyjny i komputer ten nie przyciąga wzroku w hipnotyzujący sposób, ale całość nie jest też po prostu brzydka. Postawiono tu na minimalizm z dużą ilością obłych kształtów. Sprzęt dodatkowo posiada metalowe wykończenie (z plastikowymi elementami tu i ówdzie), które jest przyjemne w dotyku przez swoją matową powierzchnię. Yoga 520 świetnie wtopi się w otoczenie kawiarni czy biznesowych konferencji i nie mam co do tego jakichkolwiek wątpliwości.

Pierwszy chwyt mówi jednak co innego. Rynek przyzwyczaił nas już do tego, że ultrabook kojarzy się z dwoma słowami – lekki i cienki. Byłbym okropnie niemiły nazywając Yoga 520 grubym, aczkolwiek nie jest też przesadnie lekki. Większość urządzeń tego typu oscyluje teraz w wadze 1 kilograma, schodząc lekko poniżej lub zamykając się w granicach 1,3 lub 1,4 kilograma (dla porównania MacBook Air ma 1,35 kg). Tutaj mamy jednak do czynienia z masą 1,74 kilograma, co moim zdaniem czyni to już komputerem ciężkim, przynajmniej w kategorii ultrabooków. Złapanie Yoga 520 jedną ręką gdzieś przy rogu dolnej klapy nie jest najprzyjemniejszą czynnością. Jest on też wyraźnie odczuwalny, kiedy korzystamy z niego podczas trzymania całości na kolanach. Wbrew pozorom te 350 gram wzwyż robi różnicę, jeśli wachlujemy urządzeniem na lewo i prawo, a to podczas mobilnej pracy jest codziennością.

Wyświetlaczu powiedz przecie

Wersja, która dojechała do mnie na testy posiadała rozdzielczość Full HD, czyli 1920 na 1080 pikseli. Przekątna ekranu Yoga 520 wynosi 14 cali, co daje nam łącznie zagęszczenie rzędu 158 na 1 cal. Osobiście uważam taką rozdzielczość za zupełnie wystarczającą, jeśli nie myślimy o profesjonalnym zastosowaniu. Wrażenia z patrzenia? Bardzo dobre, aczkolwiek trzeba mieć na uwadze to, że działamy na matrycy typu IPS. Ta zastosowana w Yoga 520 jest bardzo jasna, ma całkiem niezłe kąty widzenia oraz kontrast, a także dobrze odwzorowane barwy. Musicie mieć jednak na uwadze, że patrzę na to urządzenie z perspektywy osoby, która nie korzysta z ultrabooka w celu montowania kinowych produkcji czy profesjonalnej obróbki graficznej. Filmy akurat na nim oglądam i te udawało mi się pochłaniać z przyjemnością, także praca w dokumentach tekstowych czy przeglądanie sieci nie powodowało krwawienia moich oczu. Stąd też patrzenie w ekran Yoga 520 było dla mnie pozytywnym doświadczeniem.

Trzeba mieć jednak na uwadze to, że seria Yoga lubuje się w matrycach błyszczących. Pięknie odbijają one światło słoneczne, co widać zresztą po zdjęciach samego urządzenia (tak, jestem kiepskim fotografem). Odradzam zatem zabieranie ultrabooka w letni dzień na opalanie, żeby obejrzeć jakiś film. Z kolei praca przy dokumentach na zewnątrz może czasem lekko podirytować, ale w tym wypadku błyszcząca matryca nie jest aż tak bolesna w użytkowaniu.

Wyginanie i użytkowania ocenianie

Yoga w nazwie mówi samo za siebie – mamy do czynienia z laptopem konwertowalnym lub jak kto woli urządzeniem 2-w-1. Na środku znajdziemy dwa zawiasy, które choć prezentują się niepozornie, to pozwalają wygiąć ekran pod imponującym kątem. Dzięki temu zamienimy omawianego tu ultrabooka w tablet, postawimy go na klawiaturze lub rozłożymy niczym namiot. Oczywiście przez większość czasu i tak będziemy korzystać z tego sprzętu w standardowej pozycji, aczkolwiek obecność obracanego wyświetlacza jest naprawdę miłym dodatkiem. Całość zyskuje przede wszystkim na wygodzie użytkowania, bo ultrabook świetnie sprawdzi się zarówno na biurku, w autobusie czy w łóżku (proszę nie interpretować tego dwuznacznie) podczas oglądania serialu na dobranoc. Jeśli myślicie o takim przenośnym komputerze jak o urządzeniu do zadań wszelakich, to Yoga 520 w zupełności spełni pokładane oczekiwania.

Nie będzie to niczym odkrywczym, jeśli powiem, że na Yoga 520 najwięcej czasu spędzałem pisząc. Ultrabook to dla mnie przede wszystkim mobilne narzędzie pracy i jestem w stanie odpowiednio docenić wygodną klawiaturę. Ta zastosowana w testowanym sprzęcie spisuje się bardzo dobrze. Klawisze są duże, mają niski skok, nie generują dużo hałasu i po prostu dobrze się na nich pisze. Wreszcie też poświęcono pełnowymiarowe guziki strzałek na rzecz pełnoprawnego, prawego Shifta, co znacznie ułatwia życie. Oczywiście i tak musiałem się z początku nieco przyzwyczaić do takiego, a nie innego ułożenia przycisków. Najwięcej piszę na Razer BlackWidow X Chroma przy swoim komputerze stacjonarnym, zaś mam wrażenie, iż guziki w Yoga 520 są lekko przesunięte w prawo i przy okazji mają inne wymiary. Z początku popełniałem błędy, ale szybko się przyzwyczaiłem do tego elementu.

Touchpad ulokowany został na środku i jest całkiem spory, choć i tak mniejszy niż te w chociażby MacBookach Pro. Do mojego użytkowania nadał się on w zupełności. Jest stosunkowo precyzyjny i dobrze rozumie moje intencje, kiedy chcę przejść do scrollowania strony lub gdy wykonuję jakieś gesty. Gładziki w ultrabookach z Windowsem mają jeszcze nieco drogi do przebycia, gdy porówna się je do Maców, ale nie jest tak tragicznie jak było to jeszcze kilka lat temu.

Jest rozsądny pazurek

Yoga 520 sprzedawana jest w całej masie różnych wersji, w których różnice są niezwykle subtelne. Głównie są to różne modele procesorów czy inna ilość pamięci RAM. We wszystkich modelach znajdziemy dysk SSD M.2 o pojemności 256 GB, zaś część z nich posiada możliwość rozbudowy o dysk twardy 1 TB. Mój model testowy posiadał procesor i7-7500U, wsparty przez 16 GB RAM oraz wspomniane już wcześniej dwa osobne nośniki pamięci. Jako gratis w droższych modelach znajdziemy też dedykowany układ graficzny w postaci Nvidia Geforce 940MX, ale głównie i tak działa tu zintegrowana jednostka Intel HD Graphics 620. Warto jednak zaznaczyć, że Yoga 520 są też sprzedawane w wersjach z procesorami Intel ósmej generacji, czyli układami i7-8550U oraz i5-8250U. Polecam patrzeć dokładniej na specyfikację, bo ich cena nieznacznie różni się od wersji z chipami siódmej generacji.

Ze złącz mamy do dyspozycji jedno zasilające, dwa pełnowymiarowe USB 3.1, jedno USB Typu-C, pełnowymiarowy czytnik kart pamięci, combo mini jacka oraz HDMI. Jak na ultrabooka jest tu zatem w czym manewrować, choć nieco ubolewam nad brakiem Thunderbolta, który byłby przeze mnie niezwykle mile widziany. Lenovo dalej jednak nie zaufało w pełni USB Typu-C, stąd też otrzymujemy jedynie jedno złącze tego typu. Mnie to nie dotknęło, ale kilka osób może pokręcić nosem.

Na ultrabooku nie przeprowadziłem testów syntetycznych, ale wierzę, że udostępniona mi do testów wersja Yoga 520 miałaby zapewne co pokazać. W moich zastosowaniach sprawdzała się ona wyśmienicie, ale nie nazywam siebie profesjonalistą. Korzystanie z sieci z masą otwartych kart, edycja dokumentów i nieco zabawy w Sony Vegas (choć nie w rozdzielczości 4K) nie stanowiły dla tego ultrabooka większego problemu. Oglądałem na nim kilka filmów w naprawdę wysokiej jakości, zagrałem też bez problemów w kilka prostszych gier pokroju Hearthstone’a, parę starszych produkcji czy nawet uruchomiłem na tym sprzęcie nieco emulatorów – wszystko bez kłopotów. Yoga 520 nie jest jednak sprzętem dla profesjonalistów, ani dla graczy i trzeba mieć to na uwadze podczas zakupu, stąd nie zagłębiałem się zbytnio w kwestię związane z wydajnością. Jeśli jednak chcecie, żebym w przyszłości bardziej szczegółowo omawiał ten temat w ultrabookach, dajcie znać w komentarzach. Osobiście nie odczuwam, żeby miało to znaczenie przy urządzeniach skierowanych głównie w stronę zwykłego użytkownika, studenta czy jakiegoś menedżera korporacji.

Yoga 520 radzi sobie też całkiem nieźle z ciepłem. Z tyłu urządzenia widać duże wywietrzniki, które całkiem nieźle spełniają swoje zadanie. Nie zauważyłem, żeby pod obciążeniem sprzęt był zbyt gorący, obudowa cały czas pozostawała stosunkowo chłodna. Sam układ chłodzenia nie problem jednak usłyszeć. Nawet po uruchomieniu systemu, gdy nic nie robimy, wentylatorki dzielnie pracują, niwelując ciepło, ale przy tym przy generują słyszalny hałas. Całość słychać bardziej wraz ze wzrostem zadań, choć nadal nie porównam tego mechanizmu do odkurzacza. Chłodzenie mogłoby się aktywować, gdy procesor osiągnie te kilka stopni więcej niż powinien. Zimno kosztem głośności? Delikatnie.

Jak to gra? Ile to wytrzyma?

Głośniki chwalą się napisem “audio by HARMAN” i technologią Dolby Audio Premium, ale przyznam szczerze, że nie zapewniają one jakichś wspaniałych wrażeń akustycznych. Są dobre, a nawet lepsze od sporej części modeli konkurencji, ale nie ma co po nich wymagać jakiejś audiofilskiej jakości oraz głębokiego basu. To głośniczki w laptopie, które nadadzą się do oglądania filmików, ale do słuchania muzyki wolałem już podłączyć słuchawki.

Testowany ultrabook posiada baterię o pojemności 53 Wh, co daje dobry czas pracy. Yoga 520 w moich rękach zdołała zwykle wytrwać gdzieś około 5-7 godzin, czasem sięgając tej wymarzonej granicy pełnych ośmiu godzin roboczych. Mój sposób pracy już pewnie na tym sprzęcie już dobrze znacie, o ile przeczytaliście wcześniejsze akapity. Wynik ten można potraktować zatem pozytywnie, choć częstsze dociąganie do tych 8h byłoby milej widziane.

Rozsądnie cenowo, dobrze całościowo

Lenovo Yoga 520 wydaje się być dobrym wyborem, jeśli myślicie o kupnie ultrabooka, który nie pożre całych zasobów Waszego portfela. Wystarczy powiedzieć, że najdroższa konfiguracja kosztuje 4700 złotych, zaś najtańsza 2800 złotych. Gdzieś przy okolicach 3500 mamy do czynienia już z modelami z i5-8250U, także koszta jak na tę gałąź technologii są rozsądne. Dostajemy przy tym bardzo dobre urządzenie, charakteryzujące się wygodą, niezłą wydajnością, niskimi temperaturami oraz przyzwoitą pojemnością baterii. Może jest nieco ciężkie jak na ultrabooki i (przynajmniej moim zdaniem) pracuje stosunkowo głośno nawet przy braku obciążenia, ale można przymknąć na to oko. Urządzenie świetnie nada się dla osób, które nie chcą przepłacać i szukają porządnego, mobilnego komputera z solidnym wykonaniem, a przy okazji dostaną przy tym konwertowalne funkcje. Nie jest to może urządzenie idealne czy kombajn dla stricte profesjonalistów, ale całość zdecydowanie oceniam pozytywnie.