Pod redakcyjną lupę trafiły słuchawki Sennheiser HD 700, które spokojnie możemy podpiąć pod segment premium w świecie domowego audio. Pora sprawdzić, czy młodszy brat HD 800 wart jest grzechu?

Sennheiser to nietypowy producent o dość specyficznym podejściu do dźwięku, czego (wydaje mi się) niezbitym dowodem jest dziś już klasyczny zestaw słuchawek HD 380 pro. Posiadam je od lat i właśnie określenie „specyficzny” ciśnie mi się na usta od razu. Po drodze był jeszcze krótki romans z modelem HD 555, dlatego w efekcie pewien sentyment do Sennheisera wciąż mam. Tym chętniej spróbowałem, co niemiecki producent ma do zaoferowania na znacznie wyższej półce cenowej. Parę dobrych lat temu miejsce topowego egzemplarza objął model HD 800, detronizując tym samym HD 600. Różnica cenowa była jednak pokaźna, dlatego w 2012 roku postanowiono wprowadzić model pośredni, czyli testowane 700-tki.

Jakość wykonania i pierwsze wrażenie

Słuchawki trafiły do nas w ogromnym, czarnym futerale. Z początku wyglądał, jakby był wykonany ze szczotkowanego aluminium, choć w istocie tak nie jest. Po jego otwarciu zobaczymy czarną gąbkę okalającą skrywane wewnątrz słuchawki. Prócz tego dociekliwi znajdą jeszcze skrótową instrukcję obsługi i nic ponad to. Z pewnością testowany zestaw nie należy do grupy najbogatszych w akcesoria, co może nieco zawieść oczekiwania, szczególnie że za całość przyjdzie nam zapłacić ok. 2000 zł. Czego mi brakowało, to choćby przejściówki jack z 6,3 na 3,5 mm, którą producent potrafił uwzględnić w dużo tańszych zestawach. Z drugiej strony nie jest to wielka strata, bo takową można nabyć za grosze.

HD 700 są niemal bliźniaczo podobne do swojego starszego i droższego brata. Jest jednak sporo różnic, gdzie choćby pierwszą jest ogólnie mniejszy rozmiar nauszników. Przekłada się to oczywiście między innymi na zastosowanie zmniejszonych przetworników. W HD 800 pracowały sporawe jednostki o średnicy 56 mm, natomiast w naszym przypadku są to przetworniki 40 mm. Dodatkowo pozbawiono je specyficznego otworu mającego za cel zapobiegać nieliniowym zakłóceniom membrany, jaki zastosowano w projekcie 800-tek. Jednocześnie zmniejszone nauszniki oferują mniej przestrzeń dla powietrza wewnątrz komory, a tym samym przełoży się to na niższą precyzję kontroli basu i przestrzenności brzmienia, ale o tym więcej nieco później. Warto wspomnieć, że nauszniki wykonano z weluru, plus przetworniki zakryto czarną siatką z logiem producenta. Oba elementy można łatwo zdemontować celem wyczyszczenia lub wymiany.

Testowane słuchawki bazują na konstrukcji otwartej, gdzie po środku każdego nausznika zobaczymy centralnie umieszczoną okrągłą wentylację przetworników. Jeśli idzie o wzornictwo, mogę powiedzieć, iż sprawiały one dobre wrażenie już od pierwszych chwil, choć szczerze bardziej preferuję skromniejsze podejście do detali. Do produkcji 700-tek użyto dobrych jakościowo tworzyw, przykładając jednocześnie uwagę do odpowiedniego spasowania poszczególnych komponentów. Plus dla Sennheisera. Niemniej odczuwałem pewien niedosyt, ponieważ przykładowo odsłuchiwane dawno temu Denony D2000 zostawiły po sobie o wiele lepsze wrażenie bardziej zwartej konstrukcji, prezentującej się mniej „plastikowo”.

Czym mogą zdecydowanie pochwalić się HD 700, to naprawdę wysoka wygoda użytkowania. Nawet długi odsłuch nie powodował dyskomfortu, a waga 270 g pozwala zaliczyć sprzęt do segmentu lekkich konstrukcji. Względem modelu HD 800 wręcz wydawałoby się, że tańszy wariant w postaci 700-tek skrojono z myślą również o urządzeniach mobilnych, ale nic bardziej mylnego. Do dyspozycji posiadamy wyłącznie kabel o długości trzech metrów, wykonany z posrebrzanej miedzi beztlenowej, zakończony dużą wtyczką jack 6,3 mm. Plus jest taki, że cały przewód jest wymienny, podpinany na dwa micro-jacki, co pozwala na nieinwazyjne zastosowanie swojego kabla. Jednocześnie fabryczny przewód ma niemiłosierną tendencję do zwijania się w precle i rozprostowanie go nie należy do najłatwiejszych zdań.

Właściwości akustyczne i platforma testowa

Deklarowana przez producenta impedancja wynosi 150 Ohm, dlatego też testy wykonałem wyłącznie z użyciem klasycznego odtwarzacza CD. Pasmo przenoszenia przetworników kształtuje się na poziomie od 15 do 40 000 Hz, a skuteczność oscyluje w granicach 105 dB. Trudno powiedzieć, aby wartości te specjalnie imponowały w segmencie cenowym, do którego należą zwłaszcza, że tańsze HD 600 i 650 przestawiają bardzo zbliżone parametry. Z drugiej strony są to już liczby nieco abstrakcyjne, dlatego nie będziemy przywiązywać do tego aż tak wielkiej wagi.

Tyle technicznych detali, pora na platformę testową. Odsłuch w całości wykonałem z użyciem odtwarzacza Marantz CD-52, w którym impedancja wyjścia słuchawkowego wynosi dokładnie 150 Ohm. Dlatego wyszedłem z założenia, że Sennheiser i Marantz powinni się od razu polubić, plus chciałem się przekonać ile tak naprawdę potrafi klasyk wśród odtwarzaczy ze średniej półki z początku lat 90.

Jednocześnie starałem się maksymalnie zróżnicować asortyment muzyczny, dobierając płyty znane mi od podszewki. Do testu zostały użyte następujące albumy: Jessie Ware – Devotion i Tough Love,  Kosheen – Resist i Kokopelli, Bonobo – Black Sands i The Northern Borders, Mr Scruff – Ninja Tuna, Yoshinori Sunahara – Take off and Landing, Pole Folder – Zero Gold, Hernan Cattaneo – Renaissance The Masters Series 6, James Zabiela – Renaissance ALIVE, Satoshi Tomiie – Renaissance The Masters Series 11, Hybrid – I Choose Noise, Daft Punk – Discovery, Moderat – II, Coldrain – Final Destination, Nickelback – Feed the Machine, Queen – Gratests Hits I i II, Birdy – Fire Within, Guru – Jazzmataz vol. 1, Gang Star – Moment of Truth. Słowem mamy przekrój przez Electronic Chillout, Progressive House, Drum n Bass, Jazz i Rap w pełnej rozmaitości, Rockowe brzemienia i nie tylko. Odsłuchanych płyt było oczywiście znacznie więcej, ale wymienienie ich zajęłoby większość tekstu, dlatego poprzestańmy na skróconej liście.

Odsłuch i ogólne odczucia

Nie będzie tajemnicą, czy nawet dziwieniem, że różnica między HD 700 a na przykład HD 380 pro jest ogromna, by nie powiedzieć, że porażająca. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to teoretycznie mniejsza ilość basu. Jednak w praktyce 700-tki posiadają całkiem sporo niskich tonów, choć nie są one tak mocno wyeksponowane, nie dominując nad innymi pasmami. Przede wszystkim cieszy duża kontrola nad basem z całkiem niezłym zejściem, choć raczej z punktowym uderzeniem aniżeli specyficznym przeciąganiem i „drążeniem dołu”.

Scena, jaką generują testowane słuchawki sprawa wrażenie bliskiego, wręcz bezpośredniego położenia przed słuchaczem. Całość brzmienia układa się po delikatnym łuku, co daje o sobie znać szczególnie w odseparowaniu poszczególnych dźwięków, oferując słuchaczowi pełen wgląd w dokładną strukturę utworu. Można by rzec, iż testowany model podchodzi do muzyki bardzo technicznie – zadziwia detalem, ale brakuje nieco efektu „wow” mającego nadać charakteru ogólnemu brzemieniu. Nie gorzej wypadają tony wysokie, plus nie mogę powiedzieć, aby Sennheisery swoją specyfiką nad wyraz męczyły. Ogólnie nie brakuje im dynamiki i zdecydowanie najmocniejszą cechą pozostają wokale połączone z instrumentalnymi brzmieniami. Choć nadmierny detal pewnym gatunkom muzycznym nie wychodzi na dobre, a jeśli to wasze pierwsze zetknięcie ze słuchawkami grającymi w ten sposób możecie poczuć się nieco przytłoczeni. Kwestia przyzwyczajenia.

Jakie zatem płyty, tudzież gatunki muzyczne, wypadają najlepiej wykonaniu Sennheiser HD 700? Bez sprzecznie największe wrażenie wywołały płyty budujące swój klimat wokół żywego, pełnego barwy wokalu wspomaganego przez instrumenty lub elektroniczne brzemienia. Dosłownie porywała Jessie Ware – wykonawczyni obracająca się w klimatach soulu, elektroniki z lekką domieszką popu. Rzecz podobnie miała się przy Kosheen, gdzie idziemy już w stronę gatunku drum n bass. Nie zawiódł Bonobo, Mr Scruff i Yoshinori Sunahara, czyli wykonawcy kojarzeni z klimatami pochodnymi od jazzu – chilloutu, jazz hopu, elektroniki. Ostatecznie najlepiej wypadł progressive house, w całej swojej rozmaitości, a więc muzyka złożona z wielu warstw, gdzie choćby na przykładzie Jamesa Zabieli, Hernana Cattaneo oraz Satoshi Tomiie cały album w formie jednolitego setu ewoluuje z minuty na minutę. Słowem instrumentalne brzemienia połączone z elektroniką, tudzież ogólnie szeroko pojęta elektronika to idealne środowisko dla HD 700.

Detaliczność brzmienia nie przydała się w hip-hopowych nagraniach, dlatego niektóre albumy brzmiały dość kulawo. Ten typ muzyki nie zgrał się zbyt dobrze ze specyfiką słuchawek, choć eksperymentalna fuzja jazzu i rapu w postaci krążka Jazzmataz dla odmiany porwała z miejsca (prawdopodobnie, dlatego że posiada więcej jazzu niż rapu). Słabo wypadły jednocześnie brzemienia rock’owe. Birdy mająca mocne balladowe zacięcie zabrzmiała naprawdę dobrze, ale potrzebujące większego pazura klasyki – choćby wykonaniu Queen – pozostawiały pewien niedosyt. Najsłabiej wypadły Nu Metalowe nagrania, gdzie detal nie odgrywa tak naprawdę większej roli, a potrzebujemy konkretnego zejścia na niskich tonach, połączonego z ciepłą specyfiką słuchawek.

Słowem podsumowania

Słuchawki Sennheiser HD 700 to nietypowy zawodnik. Ogólne wykonanie można ocenić na duży plus, choć na pierwszy rzut oka nie prezentują się, jak typowy przedstawiciel klasy high-end. Brakuje im sporo do powściągliwości i prostoty formy HD 600, 650 czy 598. Najważniejsze jednak, że są wygodne, pozwalając jednocześnie na wprowadzanie pewnych modyfikacji w dość prosty sposób. Przykładowo zamiana welurowych padów na skórzane może diametralnie zmienić specyfikę słuchawek, dlatego warto eksperymentować. Zaraz za wygodą należy oczywiście skupić się na brzmieniu, a tu sprawa nie jest tak łatwa do rozstrzygnięcia.

W ogólnym rozrachunku bardzo podobało mi się jak brzmią testowane Sennheisery. Potrafią zadziwić ilością detali i sposobem podejścia do wokali. Miejscami wydają się jednak nieco zbyt detaliczne, co przy braku dodania czegoś więcej od siebie – jakiejś unikalnej specyfiki, odrobiny muzycznego mięska, jak to się mawia w pewnych kręgach – możemy poczuć pewne rozczarowanie, szczególnie, gdy zaliczyliśmy przesiadkę ze wcześniejszych topowych modeli Sennheisera. Doświadczymy tego wrażenia głównie przy cięższych gitarowych utworach. Po drugiej stronie mamy różnorodne brzemienia elektroniczne, względnie spokojniejsze partie instrumentalne, gdzie 700-tki moim zdaniem radzą sobie wybornie. Jeśli ten gatunek muzyki interesuje Was najbardziej, to są one strzałem w dziesiątkę.

Impedancja na 150 Ohm nie wymaga sprzętu audio z absolutnie topowej półki, dlatego z napędzeniem modelu HD 700 nie będą mieć problemów karty dźwiękowe ze średniej półki, wszelkiej maści DAC’i USB, wzmacniacze stereo czy w końcu starsze odtwarzacze CD. To bardzo ważne, bowiem niektóre słuchawki Sennheisera odznaczają się impedancją na poziomie 300 Ohm i więcej (przykładowo niewiele tańsze HD 650), co rodzi już spore wyzwanie inwestycyjne, jeśli chcemy wykorzystać ich pełen potencjał. Wydaje mi się, że tak naprawdę dłuższe obcowanie z tym modelem pozwoliło mi usłyszeć, co tak naprawdę potrafi starusieńki Marantz CD-52. Niemniej dysproporcja cenowa jest dość spora i trudno powiedzieć ile osób posiadających wiekowy, tańszy sprzęt audio szarpnie się na wielokrotnie droższe słuchawki. Z pewnością niebyt wiele. Reasumując Sennheiser HD 700 względem tego, co już kiedyś pokazał niemiecki producent, nie wydają się przełomem, a jedynie logicznym uzupełnieniem oferty. Niemniej warto wziąć je pod uwagę w trakcie poszukiwań sprzętu audio z wyższej półki.

Za udostępnienie słuchawek dziękujemy firmie Sennheiser