WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Red Faction czyli niech żyje rewolucja!

red_faction_wallpaper_by_maidenfan23-otherW roku 2001 THQ, dzisiaj firma wyprzedana, rozprzedana i w ogóle gryząca ziemię, wypuściła na świat jedną z najoryginalniejszych strzelanek w historii. Red Faction – bo o niej mowa, szybko zdobyła serca wielu graczy, a to za sprawą w pewnym stopniu rewolucyjnego silnika odpowiedzialnego za zniszczenia otoczenia oraz, co tu dużo pisać, świetnej mechaniki rozgrywki. W Red Faction po prostu wszystko grało, wszystkie elementy do siebie pasowały i choć trudno uznać, iż była to gra wybitna, najlepsza na świecie, że była samym miodem, zdecydowanie zapisała się w historii gier literkami ze stali szlachetnej. Jeszcze nie złoto, ale już nieźle. Zresztą, pierwsze Red Faction zapoczątkowało całą serie tytułów ukazujących się przez lata pod ową marką. Racja, sprzedażowo seria branży nie zawojowała, a jakościowo bywało z tymi grami różnie, niemniej nie zmienia to faktu, że pierwszy Red Faction miał w sobie to „coś”. 

Konstrukcja gry była standardowa, patrząc z perspektywy, do której przyzwyczaiły nas FPSy. Na początku wszystko ma grać i trąbić. Wybieramy się na Marsa roku pańskiego 2100 by wieść szczęśliwe życie górnika pod opiekuńczymi skrzydłami korporacji Ultor. Następnie bach i trach i już jesteśmy górnikiem-rebeliantem, bo tak się składa, że mamy okazję chwycić za broń i walczyć z ciemiężycielem o prawa pracownicze. Wiadomo, niegodziwe warunki pracy, brak świadczeń socjalnych, Plaga dziesiątkująca górników, rewolucyjna organizacja zawiązana przez zjednoczenie związków zawodowych (tytułowa Red Faction) i Eos – dziewucha jej przewodnicząca. Jednymi słowy jest nieco czerwonawo (warto zwrócić uwagę na sugestywną okładkę – łapka i kilof, no to budzi skojarzenia) i trąca trochę idealnym obrazem rewolucji robotniczej, ale co tam. W końcu dobra rewolucja nie jest zła. Kiedy już biegamy sobie z karabinem i siejemy śmierć, i zniszczenie, rychło ze zwykłego paździerza stajemy się górnikiem-rebeliantem-bohaterem. Czyli reasumując, jest jak wspomniałem – klasycznie: najpierw super, normalnie ziemia obiecana, potem do dupy oraz w końcu (ogólnie rzecz biorąc) całkiem do dupy, ale my jesteśmy super, więc musi być dobrze. My stanowimy różnicę, od nas wszystko zależy, bla, bla, bla. Dzisiaj to może i brzmi męcząco, a nawet wtórnie, ale te naście już lat temu, nikogo taki scenariusz jeszcze nie drażnił, pod warunkiem, że gra miała w sobie nieco miodu.

Co jeszcze warto wiedzieć tak odgórnie, wikipedyjnie i przed indywidualnym doświadczeniem? Na pewno to, że produkcja Volition na swoje czasy była grą naprawdę ładną i porządnie animowaną, choć dzisiaj rzecz jasna trąca już pikselozą po patrzałkach. Poza tym, mechanika strzelania była na bardzo dobrym poziomie – pociąganie za spust dawało przyjemność, a to w końcu w strzelankach najważniejsze, no i arsenał jakim mogliśmy się posługiwać obok standardowych broni oferował kilka ciekawych zabawek, jak choćby wyzwalane na odległość samoprzylepne miny czy moim skromnym zdaniem najlepszy w historii gier FPP krótki karabinek snajperski. A no i pojazdy! Owszem, mogliśmy w pewnych wyznaczonych miejscach wsiąść sobie w jakiś tam wehikuł, czasem batyskaf, czasem samochodzik, czasem jeszcze co innego. Dawało to wrażenie względnej swobody, urozmaicało rozgrywkę i pozwalało poczuć swoją siłę, kiedy się takim pojazdem rozprasowało na ziemi, wgniotło w ścianę czy rozwaliło na cztery strony świata rakietką jednego z przeciwników.6d15bfe33a444768f61844b8108410ee

Wszystko fajnie, wszystko pięknie. Ale to jeszcze nie czyni z Red Faction jednej z oryginalniejszych strzelanek w historii. Wiele gier wyglądało i oferowało ciekawy arsenał oraz pojazdy, a także przyjemne strzelanie do przeciwników rozmaitego pochodzenia, a nie wspomina się o nich w charakterze tytułów najoryginalniejszych. Red Faction różni jednak od reszty jeden detal, silnik co zwie się Geo-Mod, który pozwalał nam obrać w grze swoją własną drogę do celu. I to dosłownie. Mogliśmy literalnie wziąć w łapę coś wybuchowego i „pierdutnąć” tym w ścianę by zrobić w niej dziurę, wyrwę, drugie drzwi. Działało to świetnie jak na owe czasy, dając graczom mnóstwo frajdy. Jasne, nie wszystko można było rozpirzyć, nie każdą ścianę zburzyć i tak dalej, ale to, że coś w ogóle mogliśmy obrócić w pył naprawdę wyróżniało Red Faction na tle konkurencji. Był to jakiś krok w kierunku zwiększenia widowiskowości gier oraz zaimplementowania złudzenia względnego realizmu.

Red Faction jest produkcją zasługującą na włączenie w poczet gier, o których warto pamiętać, dobrych, solidnych oraz wnoszących coś nowego do swojego gatunku. Co poza tym? Poza tym mam do niej mały sentyment. Pamiętam, że była to pierwsza gra odpalona na moim pierwszym, własnym i względnie wydajnym komputerze. Gdzieś na początku gimnazjum. Poprzedni komputer, powiedzmy delikatnie, demonem szybkości nie był, a jeszcze poprzedni miał to do siebie, że był Amigą. O konsolach nie wspominam, bo to inna historia. Co to ma jednak do rzeczy? Ano to, że wcześniej grywałem na piecu w tytuły technologicznie mniej zaawansowane niż Red Faction, więc ta produkcja skopała mi zad. Pamiętam, że pomyślałem wtedy- o cholera, to gry mogą tak wyglądać? No dobra, pewnie tak nie pomyślałem, ale gwarantuje, że czułem coś w ten deseń. W każdym razie, byłem pod wrażeniem i w szoku. Dzisiaj chyba tylko lap dance w wykonaniu Moniki Bellucci w formie sprzed ponad dziesięciu lat mógłby wywołać u mnie równie wielkie poruszenie.imgRed-Faction3

Niemniej to też nie tak, że Red Faction jako pierwszy tytuł odpalony na nowym kompie, zasługuje na szczególne miejsce w moim serduchu. Co to, to nie. Jestem człowiekiem wymagającym, chyba że jestem pijany, bo to zmienia postać rzeczy. Ale Red Faction wspominam cieplutko, przede wszystkim dlatego, że to po prostu była dobra gra. Oferowała ciekawie skonstruowane poziomy w równie interesującym otoczeniu. Mars świetnie dawał radę jako tło górniczej rewolucji. Strzelało się przyjemnie, a przyklejenie przeciwnikowi miny na klatę i wysadzenie go w pioruny z bezpiecznej odległości do dziś wspominam jako jeden z najciekawszych sposobów eksterminacji wirtualnych parszywców. Interesujące bywały też poszczególne misje. Doskonale pamiętam na przykład taką jedną, gdzie infiltrowaliśmy biura złej korporacji uzbrojeni jedynie w pistolet z tłumikiem z założeniem, że lepiej będzie tak operować by jednak nie musieć go używać. No to miało klimat! Poza tym każdorazowe władowanie się w jakiś pojazd pozwalało poczuć się lepszym na polu walki. Co jeszcze? Geo-Mod! Tak, to była prawdziwa moc. Wyobraźmy sobie, przed nami stoi jakaś franca z ciężkim karabinem i jak wyskoczymy mu przed twarz to poczęstuje nas wielkokalibrowymi pociskami. Co robimy? Przebijamy się przez skalną ścianę i zachodzimy delikwenta od tyłu. Nie, to wcale nie brzmi zbyt pięknie. Red Faction naprawdę umożliwiało tego typu swobodne działania. Oczywiście było to technologicznie ograniczone, ale co dawało radość i złudzenie wolności, to dawało.

Jedno czego żałuję to fakt, że nie pograłem jakoś szczególnie długo w multi. Kiedy dorwałem się do gry Volition tak na dobre, kiedy spełniłem wszystkie techniczne wymagania, by grać po sieci, trudno było znaleźć porządnie zapełnione serwery. Ktoś tam grał, ale o komplet ludzi do zabawy nie było łatwo. Gracze szybko przychodzili i szybko odchodzili. Szkoda, bo to co udało mi się ugrać, wspominam z małą łezką w oku. Gra dawała naprawdę dużo radości z trzepania po sieci. Niestety czasy były jakie były i najpierw wolne łącze, a potem zanikająca popularność Red Faction sprawiły, że grania zbiorowego zbyt wiele nie doświadczyłem.302247-red-faction-windows-screenshot-a-giant-drilling-nod-to-total

Napisałbym na koniec, taki wolny od podsumowań czy gdybań, że polecam każdemu by spróbował choć liznąć tego klasyka. Tak żeby przekonać się, że marka Red Faction wydawała się kiedyś naprawdę czymś. Czymś, co spaprały w moim przekonaniu kontynuacje serii. Nie oszukujmy się. Jest to tytuł wiekowy, który zwyczajnie się postarzał i dzisiaj niektórych, najpewniej i zwłaszcza młodszych graczy, może razić po oczach. Zresztą, grywalność też już nie ta, co kiedyś. Od czasów pierwszego F.E.A.R. czy później Crysisa i motoryki, jaką wniosły do gatunku strzelanek te gry, na starsze gry spogląda się nieco inaczej, a od nowszych wymaga się nieco więcej. Cóż, dziś chyba już się po prostu nie robi takich gier jak kiedyś i to nie narzekanie ani smęcenie, to stwierdzenie faktu.