Jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że przed drugą odsłoną nowej trylogii Gwiezdnych Wojen stanęło zadanie jeszcze trudniejsze niż przed debiutanckim The Force Awakens. Na swoim przykładzie mogę stwierdzić, że magia oczekiwania na powrót ukochanej sagi nie wpływała na moją zdolność do pozbawionej emocji oceny rzeczywistej jej jakości tak bardzo, jak miało to miejsce dwa lata temu.

Cały świat z zapartym tchem czekał wtedy na ujrzenie po raz pierwszy jak zaprezentowane zostaną elementy fundamentalne dla całego cyklu. Niezależnie od mojej i Waszej opinii na temat Przebudzenia Mocy, myślę, że wszyscy możemy się zgodzić co do tego, że odkładając na bok fabułę i bohaterów, film J.J. Abramsa niewątpliwie oglądało się jak reprezentanta tego niezwykle obszernego uniwersum.

I choć chciałbym mieć taką zdolność już w dniu premiery The Force Awakens, tak naprawdę dopiero teraz udało mi się zdystansować od myśli „naprawdę oglądam nowe Gwiezdne Wojny!”, wybrzmiewającej ponad jakąkolwiek próbę obiektywnego ujrzenia faktów. Istnieje jednak inna hipoteza – może od początku byłem w stanie spojrzeć na wszystkie części nowego Star Wars z taką samą trzeźwością umysłu, ale dopiero teraz sadze przytrafił się film tak słaby. Zastrzeżeń do The Last Jedi mam całe mnóstwo i postaram się do nich odnieść bez niepotrzebnego psucia Wam (w moim przypadku wątpliwej) zabawy.

Zacznijmy jednak od dobrych stron Ostatniego Jedi, czyli trójki bohaterów, na których barkach spoczywała największa odpowiedzialność: Rey, Luke’a Skywalkera oraz Kylo Rena. Wszelkiego rodzaju interakcje (z kilkoma wyjątkami) pomiędzy członkami tej grupy stanowiły najmocniejszą stronę nowych Gwiezdnych Wojen. Przypomnijmy, że na rozwinięcie czekało tutaj sporo elementów, przy których po seansie z The Force Awakens postawiono znak zapytania: pochodzenie Rey, decyzja Luke’a o alienacji, korzenie zła drzemiącego w potomku Hana Solo czy też przyszłość Mocy oraz samego zakonu Jedi. Większość tych wątków została rozwinięta w sposób satysfakcjonujący, zwłaszcza w odniesieniu do kilku pobocznych linii fabularnych, ciągnących nowe Gwiezdne Wojny w stronę dna. Nie sposób jednak nie kwestionować kilku decyzji dotyczących postaci Luke’a, co zresztą publicznie czynił sam odtwórca roli – Mark Hamill (który – żeby nie było wątpliwości – spisał się doskonale).

Zbyt wielu wątpliwości nie mam za to do Kylo Rena, którego ambiwalentność i złożoność są jednymi z najjaśniejszych elementów nowej sagi Star Wars. Myślę, że z perspektywy czasu, po uzyskaniu pełnego obrazu historii i motywacji postaci przedstawianej przez Adama Drivera, zapisze się ona w naszej pamięci jako jedna z najbardziej wyrazistych w całym uniwersum. Na łamach The Last Jedi głębi zyskała także Rey i choć jej rozwój nie robi takiego wrażenia jak w przypadku poprzednika, można uznać ją za godnego przedstawiciela Jasnej Strony Mocy.

Na tym jednak plusy dotyczące bohaterów The Last Jedi zdają się kończyć. Neutralne odczucia wzbudził we mnie Poe – jego rola ogranicza się do wypełniania tego samego zakresu obowiązków co ostatnim razem, a czasu na popchnięcie go w jakimkolwiek kierunku najwidoczniej w dwuipółgodzinnym obrazie nie starczyło. Cięgów nie powinna zebrać również Carrie Fisher za rolę Generał Lei, ale ciężko traktować tę postać poważnie po tym, jak absurdalną scenę zaserwowali jej scenarzyści w drugiej połowie filmu. Podobne traktowanie dotknęło również Luke’a Skywalkera we fragmencie przejawiającym jego miłość do produktów mlecznych, który zapewne zapisał się niestety nie złotymi zgłoskami na kartach historii kinematografii. Z racji tego, że pojawiał się on na ekranie częściej niż jego siostra, złe wrażenie udało się zamieść pod dywan, w czym dodatkowo pomógł katastrofalny wątek Finna, najeżony scenami powodującymi ból głowy.

O ile do samego bohatera do tej pory nie miałem żadnych większych zastrzeżeń, tak przed rozpoczęciem produkcji The Last Jedi, John Boyega ewidentnie musiał podpaść któremuś ze scenarzystów, a ten w ramach odwetu zafundował jego postaci fabularny koszmar. Już podczas sceny w kasynie coraz intensywniej drapałem się po głowie z zaniepokojeniem, ale zafundowanie Finnowi miłosnego uniesienia w takich okolicznościach, w jakich miało to miejsce w The Last Jedi przebiło wszystkie idiotyczne fragmenty, na które narzekałem w poprzednich akapitach. Powiem więcej – nie przypominam sobie w swojej karierze kinomana zbyt wielu tak nieprzemyślanych, niepotrzebnych, nienaturalnych i pełnych niewykorzystanego potencjału wątków, jak ten który przypadł Finnowi i jego towarzyszce.

Zamydlili mi oczy także zagraniczni recenzenci, którzy najwidoczniej ulegli jakiejś zbiorowej halucynacji (spójrzcie na różnicę średniej na Metacritic w stosunku do wartości User Score) lub zwyczajnie oglądali inny film niż ja. Największe nadzieje rozbudziło we mnie wielokrotnie powtarzane przez nich stwierdzenie, że Rian Johnson w swoim nowym filmie mami widzów wizją poprowadzenia wątków w znajomy, „starwarsowy” sposób, aby w momencie opuszczenia przez widzów gardy zdzielić ich w nos rzucającymi na kolana zwrotami akcji. Rzeczywistość ma się jednak tak, że gdybym nawet z jakiegoś strasznego powodu chciał zepsuć Wam oglądanie The Last Jedi, nie jestem w stanie przypomnieć sobie zbyt wielu choćby odrobinę zaskakujących plot-twistów.

Poziom realizacji tego gigantycznego widowiska jak zwykle poraża, a spojrzenia fanów raz na jakiś czas znajdują rozkosz w efektownych sceneriach, nie to jest jednak powodem, dla którego wszyscy zakochaliśmy się w Gwiezdnych Wojnach. Kiedy zabierzemy elementy stale odgrywające sentymentalny marsz na uczuciach pogrążonych w Galaxy Far Far Away i zostawimy to, co czyni film dobrym – okaże się, że naprawdę niewiele broni The Last Jedi. Po premierze Star Wars: The Force Awakens oraz Rogue One moja wiara w przyszłość sagi pozostała niezachwiana, mimo tego, że obydwa te filmy nie należały do idealnych. Kiedy jednak pomyślę, że losy większości nadchodzących odsłon Gwiezdnych Wojen spoczywają w rękach autora The Last Jedi, zaczynam się poważnie martwić.

    Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!