Po obejrzeniu pierwszego odcinka Szkoły Zabójców miałam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady. Chciałam cofnąć czas tylko po to, by nigdy nie włączyć tego serialu. Po chwili jednak pojawiły się wyrzuty sumienia – może zbyt szybko postawiłam kreskę na produkcji Ricka Remendera? Zebrałam się w sobie i obejrzałam kolejne 4 odcinki, by móc bez poczucia winy odejść. I tak, odchodzę, bo Szkoła Zabójców nie jest warta uwagi.  

Ciąg bez przyczyn i bez skutków

W ostatniej recenzji napisałam, że w serialu na każdym kroku spotkamy nielogiczności, które wprowadzają widza w stan głębokiej konsternacji. Co kilka minut musiałam cofać odcinek, żeby upewnić się, że niczego nie pominęłam. Nie, niczego – sytuacje w Szkole Zabójców po prostu się dzieją, niezależnie od ciągu przyczynowo-skutkowego. Pełna dziur fabuła zdaje się nie prowadzić do niczego. Doprowadzić może jedynie do szewskiej pasji. Każdy odcinek otwiera się nowym wątkiem, by po kilkunastu minutach żywiołowej akcji zamknąć go i gładko przejść do kolejnego epizodu. Z tym, że w kolejnym nie ma nawet echa poprzedniej sytuacji. Nieważne, że sytuacja nie została do końca wyjaśniona, nieważne, co się działo dalej z uczestnikami zdarzeń. Kolejny odcinek, kolejna sprawa – i nawet bohaterowie nie dają po sobie poznać, że poprzednim razem prawie zginęli czy coś podobnie dramatycznego. Nie zauważymy żadnego śladu cielesnego czy psychicznego i żadnych zmian w relacjach pomiędzy uczniami King’s Dominion. Jakby nic się nigdy nie stało. 

odcinków szkoła zabójców, odcinek szkoła zabójców, szkole zabójców, serial Szkoła zabójców, wrażenia szkoła zabójców

Bohaterowie z papieru

Skoro już przy bohaterach jesteśmy: ostatnio nazwałam ich wyrazistymi, lecz z każdym odcinkiem na wyrazistości tracą. Coraz silniej rysuje się ich stereotypowość, co spłaszczyło serial w stopniu dotąd niespotykanym. I mimo, że fabuła jako całość jest niespójna, to w czasie konkretnych akcji jesteśmy w stanie co do joty przewidzieć, jak zachowa się każdy z grupy uczniów King’s Dominion. Co więcej, niektóre postacie są tak irytujące, że trudno znieść ich obecność na ekranie. Saya (Lana Condor), wychowanka Yakuzy, mówi niewiele – a to i tak zdecydowanie za dużo. Z jej słów nie wynika absolutnie nic, a zachowanie będące dziwacznym połączeniem narcyzmu i usilnie budowanej inności wzbudzać może w najlepszym wypadku politowanie.  

odcinków szkoła zabójców, odcinek szkoła zabójców, szkole zabójców, serial Szkoła zabójców, wrażenia szkoła zabójców

Nie lepiej jest w wypadku Marii (María Gabriela de Faría), która jest niezdecydowana i miałka. Twórcy bardzo chcieli zrobić z niej femme fatale – ognistą uwodzicielkę, która gdzie nie wejdzie, tak przyniesie śmierć i zniszczenie. Niestety, marzenia scenarzystów spaliły na panewce i finalnie obserwujemy totalnie papierową postać nie wnoszącą do serialu nic oprócz swej urody. Marcus, główny bohater, również nie zachwyca. Aktorsko Ben Wadsworth radzi cobie całkiem nieźle, gorzej, że nie ma zbyt wielkiego pola do popisu. Kilka scen, gdzie Marcus głównie słucha, a czasem nawet wyżali się po raz setny na Reagana nie wystarczy, by pociągnąć serial do przodu. Czyli w stronę przyzwoitego poziomu. Nad resztą postaci nie ma się co pochylać, bo tylko kręgosłup rozboli.  

Kilka plusów w worze minusów

Jedne z nielicznych rzeczy, które w Szkole Zabójców są znośne to sceny lekcji. Nazwy przedmiotów i ciekawi nauczyciele to coś, co skłoniło mnie do większej uwagi. Na nieszczęście, w czterech odcinkach zajęcia lekcyjne pojawiają się zaledwie kilka razy i nigdy nie goszczą na ekranie zbyt długo. Może twórcy po prostu chcą, byśmy serial znienawidzili, skoro jedyne światełko w tunelu beznadziejności brutalnie gaszą za pomocą kolejnych, słabych dialogów. Kolejne elementy do wytrzymania to muzyka i warstwa wizualna. Ścieżka dźwiękowa nie najgorsza, ale bez ochów i achów. Pasuje do epoki, w której rozgrywa się akcja, ale nie wychodzi w żadnym momencie przez szereg, pozostając ładną oprawą beznadziejnej akcji. Wizualnie też bez większych zarzutów, ale w odcinku o narkotycznej podróży autorzy serialu przedobrzyli. Przez pierwsze kilka minut zachwyciła mnie operatorska, montażowa i postprodukcyjna gimnastyka nad tym, by jak najwierniej odwzorować świadomość umysłu na kwasowym tripie. Później zaczęłam się nieznośnie męczyć. Cała praca nad tym, by odjazd (jak mówią w serialu) Marcusa był wiarygodny, mogła zostać doceniona, nagrodzona radością odbiorców i pochwałą fanów. Jednak na własne życzenie stała się wielkim minusem, bo nikt z twórców nie potrafił powiedzieć dość w odpowiednim momencie.  40 minut z hakiem i można dostać oczopląsu. 

odcinków szkoła zabójców, odcinek szkoła zabójców, szkole zabójców, serial Szkoła zabójców, wrażenia szkoła zabójców

Śmiech zabija

Co najciekawsze Szkołę Zabójców oglądałam z uśmiechem. Momentami naprawdę szczerze się śmiałam. Ale w przypadku tego serialu śmiech nie jest komplementem. Po pierwsze, podobno produkcja jest dramatem. Podobno, bo nie wzruszyłam się ani nie zastanowiłam nad światem nawet na chwilę. Po drugie: bawił mnie jedynie absurd, generalizowanie i powtarzanie wszystkich filmowych schematów, jakie można było upchać w jednej produkcji. Dalej, Szkoło Zabójców, zabij mnie śmiechem!  

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej