Choć na Antarktydzie panuje obecnie zima i nie odbywają się żadne planowe loty, to National Science Foundation podjęła decyzję o wysłaniu dwóch samolotów na sam środek kontynentu w celu ewakuacji jednego z pracowników stacji badawczej Amundsen-Scott. Stacja ta znajduje się na biegunie południowym, na wysokości 2810 metrów n.p.m. Obecnie panuje tam noc polarna, a temperatura, w chwili kiedy to piszę (ze słonecznej Polski) wynosi -49oC.

Przy takich temperaturach, w których paliwo zamarza, trudno o transport na to pustkowie. Zwykle o tej porze roku baza jest całkowicie odcięta od świata. Choć w stacji dochodzi do wypadków, przypadków ciężkich chorób (w tym psychicznych), czy bójek, to dotychczas tylko dwukrotnie w jej historii zdecydowano się na ewakuowanie pracownika zimą – w przypadkach zapalenia trzustki i operacji pęcherzyka żółciowego. Nawet takie choroby jak wylew czy rak piersi leczone były na miejscu.

O tym jak trudne może być dotarcie na biegun południowy o tej porze roku może świadczyć fakt, że w podróż wysłano dwa samoloty – na wypadek gdyby jeden nie dotarł. Maszyny to należące do kanadyjskiej linii lotniczej Kenn Boreck Air, znane ze swojej niezawodności i odporności na trudne warunki, samoloty DHC-6 Twin Otter. Niezwykłości sprawie dodaje fakt, że National Science Foundation utrzymuje w tajemnicy przyczynę ewakuacji jednego ze swoich pracowników. Nie wiemy więc, czy polarnik z samolotu trafi prosto na oddział chirurgiczny, psychiatryczny, czy też na salę sądową. Oby tylko nie na szpitalny oddział leczenia chorób zakaźnych lub do jakiegoś tajnego laboratorium.

Aktualizacja: Wbrew doniesieniom serwisu PopularMechanics o podejrzanym charakterze sprawy, agencja NSF poinformowała, że ewakuacja odbywa się ze wskazań medycznych. Opcję z salą sądową możemy więc oficjalnie zdementować.

[źródło i grafika: popularmechanics.com]

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!