Kilka lat temu gwiazda internetu, dziś wciąż rozpoznawalny. Bohater tysięcy memów i wielu remixów. Technoviking pozwał twórcę swojej popularności. Proces w niemieckim sądzie właśnie się zakończył.

W 2000 roku, w czasie parady techno Fuckparade w Berlinie, kamera Matthiasa Fritscha uchwyciła niezwykle rzucająca się w oczy postać. Wysoki, umięśniony, obnażony od pasa w górę blond brodacz przepędził napastnika atakującego kobietę, po czym zaczął maszerować w berlińskim pochodzie tańcząc. Imponująca postura oraz postawa, wygląd kojarzący się z nordyckimi herosami oraz bezkompromisowy taniec zwróciły na niego uwagę całego internetu.

Film, choć nakręcony w 2000 roku, na YouTube znalazł się dopiero sześć lat później, a największą popularność zdobył w roku 2007. Oryginalne nagranie obejrzano na portalu przeszło 16 milionów razy. Z miejsca powstawać zaczęły memy i przeróbki filmu, a w sieci sprzedawać zaczęto nawet gadżety wykorzystujące wizerunek anonimowego mężczyzny.

Całe to zamieszanie nie spodobało się głównemu bohaterowi filmu. Jeszcze w 2009 roku Technoviking wezwał Fritscha poprzez swoich prawników, aby ten przestał pobierać tantiemy za film od portalu YouTube. Fritsch zastosował się do tego wezwania, jednak nie uchroniło go to przed złożonym w 2012 roku pozwem. Technoviking oskarżył autora o to że naruszył jego dobra osobiste oraz czerpał z tego tytułu korzyści materialne.

Sąd orzekł co następuje:

  • Pozwany nie może prezentować publicznie filmu ani pochodzących z niego kadrów, nawet jeżeli twarz pozywającego zostanie zasłonięta lub zamazana.
  • Koszta procesu pokryje w 56% pozwany, natomiast w 44% pozywający.
  • Fritsch musi zwrócić Technovikingowi 1,5 tysiące EUR wynagrodzenia prawnika oraz 8 tysięcy, które zarobił na filmie w portalu YouTube.
  • Oddalono żądanie wypłaty pozywającemu 10 tysięcy EUR za straty moralne.

Fritsch twierdzi, że łączne koszty jakie poniesie w związku z procesem i wyrokiem wyniosą 15 tysięcy EUR. Pozwany jest niezadowolony z werdyktu. Twierdzi, że zamieszczone przez niego wideo powinno być traktowane jak każde inne dzieło sztuki i wyrok ten ogranicza artystom możliwość zarabiania na swojej twórczości. Fritsch postanowił nieco się odkuć i rozpoczął już na portalu Idiegogo zbiórkę funduszy na nakręcenie dokumentu na temat sprawy. Kampania, mająca na celu zebranie 10 tysięcy EUR zakończyła się jednak niepowodzeniem.

Co ważne, wyrok dotyczy wyłącznie Matthiasa Fritscha i zamieszczonego przez niego filmu, nie ma natomiast żadnego wpływu na wszelką dostępną w sieci twórczość osób trzecich. Oznacza to w praktyce, że jeżeli do sieci trafi film przedstawiający was w niekorzystnym świetle, nie będziecie mieli żadnego wpływu na jego dalsze rozpowszechnianie. Przynajmniej w Niemczech. Jedyną drogą, półśrodkiem do ograniczenia rozpowszechniania materiałów wydaje się być więc żądanie usuwania ich z wyników internetowych wyszukiwarek.

[źródło: dailydot.com; zdjęcie: technollama.co.uk]

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!