Często mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce. Ja z kolei wychodzę z założenia, żeby nie oceniać produktu po pudełku… ale po jego wykonaniu już tak. Zdaje sobie sprawę, że nie jest to typowy wstęp do testu bezprzewodowych słuchawek, ale w przypadku modelu Defunc GO jest niespotykanie trafny. Innymi słowy, zapraszam na test.

Pudełko i dołączone wyposażenie

Defunc GO dociera do nas w tradycyjnym i minimalistycznym kartonie w kolorze zależnym od wybranego przez nas koloru słuchawek. Na kartonie nie ma informacji jaki to kolor. Po jego otwarciu witają nas dobrze zabezpieczone słuchawki, instrukcja obsługi, krótki kabel jack do trybu przewodowego, przewód USB do ładowania oraz książeczka poruszająca kwestię gwarancji. W oczy rzuca się brak prostego etui, które ułatwiłoby transport tego, przenośnego przecież, modelu.

Specyfikacja

  • Słuchawki nauszne, bezprzewodowe
  • Konstrukcja składana
  • 40 mm przetworniki o czułości 102 dB
  • Pasmo przenoszenia 20 Hz – 20 kHz
  • Impedancja 32 Ohm
  • Wbudowany mikrofon
  • Interfejs Bluetooth 4.1 (lub nowszy)
  • Zasięg: 10 metrów
  • Bateria o pojemności 300 mAh
  • Czas ładowania ~ 2 godziny
  • Czas pracy ~ 8 godzin
  • Przyciski funkcyjne na prawej muszli
  • Tryb przewodowy

Design, materiały i wykonanie

Jak pewnie zauważyliście, w moim przypadku padło na wersję prawdopodobnie Oliwkową. Nie mam pojęcia jaki to kolor, ale on nie trafił w mój gust. Niestety tego wrażenia nie zmywa bliższe zapoznanie się z produktem od szwedzkiego producenta. Słuchawki Defunc Go prezentują sobą naprawdę niską jakość wykonania, którą dostrzega się po prostu na każdym kroku.

Zacznijmy może od góry — pałąku. Wnioskuję, że pod cienką warstwą pianki obitej wręcz plastikową w dotyku skórą ekologiczną znajduje się spory kawałek plastiku o niewielkiej grubości. Z jednej strony to fajne rozwiązanie, ponieważ słuchawki tracą cenne gramy z ogólnej wagi, ale z drugiej strony nie czuję się zbyt komfortowo w momencie, kiedy chwytając za pałąk, mogę go dosłownie zgnieść w dłoni. Można więc GO ocenić neutralnie… ale to, z czym się łączy już nie.

Mowa nie o jedynym mechanizmie regulacji (ponieważ ten jest wytrzymalszy, niż na to wygląda i do tego umożliwia praktyczne złożenie słuchawek), a swobodnie przechodzącym z pałąku do muszli cieniutkim przewodzie. Ten wchodzi do niej przez sporej wielkości dziurkę i nie byłoby w tym żadnego problemu, gdyby został tam odpowiednio zabezpieczony lub owinięty materiałem. Niestety nie został, przez co jest zbyt luźny i narażony zarazem na oderwanie się od słuchawki, a jego nadmiar w nieestetyczny sposób wystaje poza konstrukcję. Szkoda – wystarczyłoby zasklepić wspomnianą dziurkę po włożeniu przewodu lub owinąć go materiałem i nie byłoby żadnego problemu. Bez takiego szczegółu śmiem wątpić, czy kabel wytrzyma kilka miesięcy intensywnego używania.

Tym samym przechodzimy do kwestii samych nauszników i muszli. Jeśli idzie o design i wykonanie to w obu przypadkach wystawiłbym projektantowi mocne 6/10 punktów. Jednocześnie jednak skarciłbym wykonawcę, który zdecydował się na zbyt cienki plastik i za małą ilość pianki na nausznikach i pałąku. Z kolei na wyróżnienie zasługuje centrum dowodzenia całym zestawem Defunc GO na prawym nauszniku. Znajdziemy tam poprawnie działające 4 przyciski, diodę sygnalizującą, gniazdo jack oraz port USB do ładowania wbudowanej baterii. W oczy rzuciła mi się też zbyt mocna dioda, która zamiast subtelnie informować nas o stanie urządzenia, rozświetlała praktycznie połowę plastiku na muszli.

Ergonomia użytkowania

Wszystkie jakościowe ustępstwa, na jakie zdecydował się Defunc, można uzasadnić chęcią stworzenia jak najlżejszych konstrukcji. Zdecydowanie się to udało, ale nawet tak niska waga i idealne wyważenie mają się nijak w połączeniu z zastosowanymi nausznikami. Te może i są poprawnie wykonane, ale zastosowane materiały ponownie dają naszym uszom się we znaki. Problemem okazała się głównie za mała grubość pianki, która powinna być też odrobinę twardsza. Po dłuższej chwili (ok. 10-15 min) korzystanie z tych słuchawek zaczynało powodować u mnie dyskomfort poprzez za mocne zgniecenie uszu co powodowało ich nadmierną potliwość. Kilku członków naszej redakcji też nie było specjalnie zachwyconych jakością wykonania słuchawek oraz tym, jak leżą im na głowie. Podsumować mogę to tak – z pewnością założyłbym Defunc GO podczas moich dość krótkich odpoczynkowych sesji na kanapie, niż do dłuższego spaceru po parku.

Brzmienie i jakość mikrofonu

Pomimo początkowej awersji dźwięk odtwarzany przed Defunc Go mogę uznać za przeciętny. To wiadome, że każdy będzie w stanie posłuchać w nich muzyki bez żadnego grymasu na twarzy, ale o jakimkolwiek zachwycie możemy zapomnieć. Moim zdaniem dźwięk jest w pewnym stopniu przytłumiony i mało szczegółowy, a w niektórych utworach (gdzie przeważa bas) towarzyszy mu wyczuwalny gdzieś z tyłu pogłos. Mogę to określić jako zimne i jednocześnie ciemne brzmienie, które kompletnie nie przypadło mi do gustu. Nie poprawiła tego nawet okazała scena muzyczna, skupiona raczej na szerokości, niż głębi. Jednak ogólna jakość i szczegółowość dźwięku poprawia się odrobinę w trybie przewodowym po podłączeniu do telefonów czy laptopa.

A mikrofon? No cóż, wiele na jego temat nie mam do powiedzenia, bo jest po prostu ok., dlatego podrzucam Wam surowe nagranie wykonane za pośrednictwem telefonu. Mógłby brzmieć wyraźniej, ale rozmówcy po drugiej stronie nie mieli problemów ze zrozumieniem tego co mówię.

 

Podsumowanie

Wykonanie z niskiej jakości materiałów, niezachwycające brzmienie w stosunku do ceny nie wróży najlepiej słuchawkom Defunc GO. Jednak na tle minusów wyróżnia się jeden, całkiem kluczowy element — wbudowana bateria. Według szwedzkiego producenta powinna zapewniać całe 8 godzin nieprzerwanej pracy, więc spodziewałem się czterech, góra sześciu. No cóż… w chwili, kiedy piszę to zdanie, zbliża się 13 godzina nieprzerwanej pracy na maksymalnym poziomie głośności, a słuchawki nawet nie informują mnie o zbliżaniu się do kresu swoich energetycznych możliwości. Słuchawki wytrzymały prawie 16 godzin nieustannej pracy, co jest imponującym wynikiem.

Ostatecznie jednak tak pojemna i wytrzymała bateria, którą naładowałem w około 150 minut, nie jest w stanie zmienić końcowej oceny tego produktu. Ten został wyceniony na 35 funtów, co w przeliczeniu na złote daje nam około 200 złotych. Kwota jak dla mnie jest za wysoka… 140 zł byłoby właściwą ceną za produkt tej jakości. Tym samym dopóki słuchawki nie stanieją, nie warto wydawać na nie pieniędzy, gdy w tej samej cenie dostaniemy coś znacznie lepszego? Nigdy nie lubiłem tego typu porównań, ale po prostu rzućcie okiem na test słuchawek Fresh’N Rebel Caps, który przygotowaliśmy kilka miesięcy temu. Te są nie tylko identycznie wycenione i mają bardzo podobny wygląd, ale oferują również znacznie lepszą jakość wykonania i dźwięku.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej