WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Technowinki

Test zestawu słuchawkowego Lioncast LX30

Tym razem mam okazję Wam przedstawić produkt tak nowy, że nawet nie trafił jeszcze do oferty na stronie Lioncasta w polskiej wersji językowej. Nie liczcie ani na coś taniego, ani z naprawdę górnej półki, bo zestaw LX30 jest „ugamingowionym” (uwielbiam to słowo) jak tylko to możliwe zestawem słuchawkowym ze średniego segmentu.

Pudełko i dołączone wyposażenie

Niestety pierwsze wrażenie po rozpakowaniu prostego, choć solidnego pudełka w tradycyjnym dla Lioncasta stylu jest raczej słabe. Słuchawki znajdziemy w folii bąbelkowej, a dwa przewody w zwyczajnych strunowych woreczkach, które dopełnia ot tak po prostu rzucona na dno instrukcja i zbędna książeczka dot. bezpieczeństwa.

Najważniejsze cechy LX30

  • Ogólne
    • Przeważający materiał: matowe tworzywo sztuczne
    • Waga: 262 gramów
    • Wymiary: 21 x 18 x 8,5 cm
    • Słuchawki wokółuszne zamknięte
    • Regulacja tylko wysokości podświetlanych muszli
    • Odpinany mikrofon
    • Przymocowany na stałe krótki przewód w nylonowym oplocie z pilotem
    • Całkowita długość przewodu jack 3,5 – 155 centymetrów
    • Całkowita długość przewodu USB – 345 centymetrów
    • Kontroler poziomu głośności, mikrofonu i podświetlenia wbudowany w przewód
    • Wsparcie oprogramowania na PC
  • Przetworniki neodymowe
    • Średnica: 50 mm
    • Impedancja: 32 Ohm
    • Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz
    • Wirtualny tryb przestrzenny 7.1

Design, materiały i wykonanie

Od samego początku model LX30 sprawia wrażenie, że jego projektem zajmowali się minimaliści z krwi i kości, którzy stworzyli jedną z prostszych brył, jaką możecie sobie wyobrazić. Plastikowe muszle o elipsowatym kształcie wzbogaca jednak nie lada dodatek, bo ukryty pod metalową siatką przyozdobioną logiem producenta panel LED RGB. To jednak niejedyne miejsce, w którym Lioncast nie przyoszczędził, bo zdecydował się na zastosowanie metalu również na mechanizmie regulacji i całej długości pałąka. Ten wykończył dodatkowo skórą ekologiczną z piankowym wypełnieniem, czego połączenie znalazło się również na obu nausznikach.

Tradycyjnie z lewej muszli został wyciągnięty przewód, ale nie byle jaki, bo zakończony jedynie kontrolerem z przyciskiem (dez)aktywacji podświetlenia muszli, pokrętłem poziomu głośności oraz pstryczkiem odpowiedzialnym za zmutowanie mikrofonu. To jednak nie wszystko, bo ten kontroler stanowi dla nas również swoisty interfejs, a dokładnie dwa, bo znalazł się na nim port jack 3,5mm i microUSB. Jak zapewne się domyślacie, to do nich podłączamy przewody z zestawu zależnie od tego, z jakim akurat urządzeniem chcemy się połączyć.

Kilka słów muszę również poświęcić odczepianemu mikrofonowi z muszli, który nie jest niczym rewolucyjnym. Ot prosty przetwornik umieszczony w podłużnym „pojemniczku” osłoniętym pianką na giętkim wysięgniku zakończonym twardym plastikiem i złączem jack 3,5mm. Źle oczywiście nie jest, ale prezentuje się jakby… tanio. Tego wrażenia nie minimalizuje całokształt LX30, którego wykonanie mogłoby być odrobinę lepsze. Tragedii oczywiście nie ma, ale tak młody gracz na rynku, jakim jest przecież Lioncast, zwyczajnie powinien wiedzieć, co należy jeszcze podciągnać.

Ergonomia

W kwestii wygody jest raczej przeciętnie, bo na rewelacje nie ma co liczyć, ale użytkowanie LX30 kilka godzin z rzędu nie należy do specjalnie uciążliwych. Typowe „męczenie” się uszu występuje, ale najważniejsze jest to, że całe małżowiny mieszczą się w owalnym nauszniku. Problem leży niestety w kontrolerze, który swoje waży i niestety jest odczuwalny podczas użytkowania. Solucja polega po prostu na położeniu go na blacie, ale to nie zawsze jest możliwe.

Oprogramowanie

Moim zdaniem oprogramowanie dla LX30 jest zupełnie zbędne, ale to tylko w nim będziecie w stanie dostosować efekty podświetlenia, prostego equalizera oraz trybu wirtualnego 7.1. Ponadto znajdziecie w nim bezsensowny efekt zniekształcenia z uwzględnieniem aktualnej lokacji oraz ustawienia mikrofonu, które są jednak dostępne z poziomu Windowsa.

Test dźwięku

Opis brzmienia LX30 mógłbym niestety skopiować z zupełnie innego testu dobrej jakości gamingowego zestawu słuchawkowego, zmieniając odrobinę szczegóły. Tak to już (nie?)stety jest w segmencie do 200 złotych, że przeróżne modele grają albo dobrze, albo źle… oferując delikatnie odmienne brzmienie. W przypadku LX30 jest raczej tradycyjnie, a mam przez to na myśli szeroką, choć nie za głęboką scenę oraz zimną i zauważalnie ciemną charakterystykę.

Próba Lioncasta co do implementacji sensownego wirtualnego trybu 7.1 spełzła na tym samym, co inne próby innych producentów podobnych gamingowych headsetów… z pewnym wyjątkiem. W tej cenie po prostu trudno zadbać o dwa przetworniki tak wysokiej jakości, które poradziłyby sobie z naśladowaniem nie dwóch głośników w trybie stereo, ale aż siedmiu. Nie oznacza to jednak, że nie polecam wypróbowania trybu 7.1 w LX30. Jeśli macie okazję, to sprawdźcie, na co go stać, ale dopiero po przybliżeniu źródeł dźwięku na domyślnym wykresie z drugiego na pierwszy „okrąg”.

Test mikrofonu

O ile brzmienia słuchawek nie doświadczycie na własnej skórze, to możliwości oferowane przez mikrofon już tak. Szczerze mówiąc, ten pozytywnie mnie zaskoczył i nawet po jego podgłośnieniu nie nagrywał przy nasilonych szumach:

Podsumowanie

Słowem tego testu zdecydowanie zostało „tradycyjnie”, bo chyba najlepiej oddaje wynik, jaki mogę wysnuć po bliższym zapoznaniu się z zestawem Lioncast LX30. Mógłbym go wprawdzie zastąpić słowem „przeciętnie”, ale jego negatywne nasycenie niespecjalnie dobrze tutaj pasuje. Wszystko przez to, że propozycja niemieckiego producenta jest po prostu godna polecenia za cenę 200 złotych, a jego wybór jest w Waszych rękach.

Wszystkie powyższe zdjęcia zostały wykonane za pomocą telefonu Wiko View 2 Pro.