Jako, że przeżywamy obecnie „złoty wiek” gier indie, jesteśmy wciąż zalewani ogromną ilością niezależnych, powstałych bez pomocy wielkich producentów tytułów. Z jednej strony – dobrze, bo to powoduje, że każdy może znaleźć coś dla siebie za (zazwyczaj) niewielką cenę, z drugiej – nie każda taka produkcja stoi na wysokim poziomie. Widać to zwłaszcza w przypadku gier przygodowych – czyli klasycznych „point-and-clicków”. Stworzenie produktu który pociągałby fabułą, ciekawymi i logicznymi (lecz nie nadmiernie skomplikowanymi) zagadkami i protagonistą z którym gracz może się utożsamić nie należy do rzeczy prostych. Czy twórcy The Silent Age sprostali temu trudnemu zadaniu?

Poszukując odpowiedzi na to pytanie, należy pochylić się nad poszczególnymi aspektami niezależnej, stworzonej przez duńskie studio developerskie House on Fire produkcji. Mimo, że nierenderowana, ręcznie tworzona grafika nie należy do nadmiernie skomplikowanych (gra jest konwersją z iOSa i Androida, gdzie wydana była w dwóch częściach – w wersji steamowej połączono je w jedną całość) i raczej nie oszałamia swym ultrarealizmem, to nie można jej też nazwać kiepską – dobrze spełnia swoje zadanie, na pochwałę zasługują zwłaszcza rozwiązania kolorystyczne, oraz gra światłem i cieniami. Dobrze oddaje to panującą w komputerowym świecie nieco ponurą i przygnębiającą atmosferę.

unnamed

No właśnie, atmosferę – ta jest świetna, od pierwszego rozdziału czujemy się wciągnięci w wir wydarzeń, co powoduje że każda kolejna rozwiązana zagadka przynosi nam wielką satysfakcję, gdyż mamy świadomość iż popychamy do przodu intrygującą akcję. Wcielamy się w rolę zwykłego faceta o imieniu Joe (jego imię to lekkie nawiązanie do jego celowej „nijakości” – w języku angielskim określenie „Joe” czy też „Average Joe” stosuje się właśnie do osoby przeciętnej, kogoś zupełnie nie wyróżniającego się z tłumu), który para się spokojną pracą woźnego, żyjąc sobie bezproblemowo we wczesnych latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Splot nieoczekiwanych wydarzeń powoduje, że – dzięki tajemniczemu urządzeniu otrzymanemu od umierającego nieznajomego – otrzymuje on możliwość przenoszenia się w czasie. Drugim „prezentem” jest zadanie – tenże przeciętniak zostaje wybrany do ocalenia świata. Misja można powiedzieć sztampowa i nieco banalna – takich fabuł mogliśmy uświadczyć na pęczki w różnorakich grach i filmach.

To prawda, lecz The Silent Age stara się podejść do tematu w na tyle nieszablonowy sposób, że nie razi nas nadmiernie swoją wtórnością – dzięki umiejętności błyskawicznego „przeskakiwania” między rokiem 1972 i opustoszałą apokaliptyczną przyszłością roku 2012 dostajemy bowiem ciekawą możliwość rozwiązywania problemów. Jakieś drzwi są zamknięte? Cóż, czterdzieści lat później są już tak przeżarte przez rdzę, że protagonista jest w stanie je otworzyć i przedostać się do uprzednio niedostępnego pomieszczenia. Brakuje jakiegoś przedmiotu? Być może da się go znaleźć w innym przedziale czasowym. Kłujący krzew wyrósł zbyt bujnie w 2012 i tarasuje przejście? Pomoże usunięcie jego sadzonki w przeszłości, kiedy roślina jest jeszcze młoda i można się jej stosunkowo łatwo pozbyć. Takie przykłady można mnożyć. Do tego dochodzi bardzo ciekawe wrażenie „kontrastu”, kiedy patrzymy na tą samą lokację z perspektywy czasu – różnica między apokaliptycznymi zrujnowanymi budowlami i „czystymi”, świeżymi budynkami z okresu wciąż żywej cywilizacji intryguje, zapada w pamięci i zarazem wprawia w pewną melancholię. No i oczywiście motywuje gracza do dalszej gry, bo naszym głównym celem jest próba zapobieżenia wypadkom które doprowadziły do owej globalnej katastrofy.

 The-Silent-Age-BNa lewo – przeszłość, na prawo – przyszłość.

Same problemy przed którymi staje nasz Joe nie należą do specjalnie trudnych. Kilka razy musiałem trochę pogłówkować, lecz nigdy nie czułem się specjalnie przytłoczony poziomem skomplikowania zagadek logicznych. Zwykle sprowadzają się one do odpowiedniego połączenia ze sobą przedmiotów, czy też użycia ich w odpowiednim miejscu w lokacji. Raz użyte, zwykle znikają z naszego ekwipunku, toteż nigdy nie mamy wrażenia, że posiadamy w kieszeniach zbyt dużo niepotrzebnego śmiecia. Za to rozwiązanie należy się duży plus, bo wiele gier przygodowych zwyczajnie przesadza z ilością wszelakiego dobra które musimy podnosić, w nadziei że jakoś połapiemy się gdzie tego wszystkiego później użyć (nawet świetna seria Monkey Island nie jest w tej kwestii bez winy). Ciekawostką jest tutaj fakt, że w zasadzie każda próba użycia posiadanego przedmiotu na jakimś innym skutkuje oryginalną wypowiedzią protagonisty dotyczącą właśnie tego konkretnego połączenia – Joe nie szczędzi nam ironicznych komentarzy, zwłaszcza w przypadku wyjątkowo głupawych decyzji, będących skutkiem tak popularnej wśród graczy przygodówek metody „używania wszystkiego na wszystkim”. Mało tego – za pewne, oryginalne próby możemy nawet otrzymać steamowe achievementy (moją ulubioną jest próba użycia płonącej gałązki na dużej baryłce z ropą – zirytowany główny bohater wygłasza kilka dosadnych kwestii na temat bezpieczeństwa, zaś Steam „uszczęśliwia” nas osiągnięciem „Piromaniak”).

the-silent-ageProdukcja nie jest nadmiernie długa i korzystając z opisu przejścia, bez problemu można ją skończyć w kilka godzin. Nie jest to jednak aspekt negatywny – taka długość fabuły akurat wystarcza do sensownego doprowadzenia historii do końca, bez znużenia mechaniką gry. Historia oferuje nam zaś kilka interesujących zwrotów akcji a końcowy „twist” jest wystarczająco ciekawy (chociaż biorąc pod uwagę iż głównym wątkiem jest podróż w czasie – dość przewidywalny), by po zakończeniu zabawy odłożyć The Silent Age z uczuciem satysfakcji i wrażeniem dobrze spędzonego czasu. Cena wynosi ok. 10 euro (na Steamie bywa też niższa, ze względu na częste promocje i obniżki), toteż nie uszczupli nadmiernie Waszych portfeli, za to gra dostarczy dobrej rozrywki na przynajmniej jeden długi jesienny wieczór. Zdecydowanie polecam ją wszystkim miłośnikom starych, dobrych przygodówek z serii „point-and-click”.

nexusae0_t

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!