Muon g-2 miał być klejnotem koronnym ulokowanego w stanie Illinois Fermilab. Ale zanim to się stało, musiał przybyć bez żadnych uszkodzeń, przy czym margines błędu praktycznie nie istniał. Nawet najmniejsze skrzywienie oznaczałoby, że wart 25 milionów dolarów magnes nadawałby się tylko na lodówkę.

Wcześniej magnes zbierał kurz w magazynie Brookhaven National Laboratory w Nowym Jorku, Fermilab wystąpiło o niego, by badać „tropy” odkryte podczas drugiej serii badań w LHC. Szeroki na niemal 16 metrów magnes bez wątpienia nie był łatwym ładunkiem – został przewieziony do Illinois na barce, która z Nowego Jorku popłynęła ku Zatoce Meksykańskiej, a następnie ruszyła ku Illinois korytem Missisippi (prawdopodobnie mijając przy tym postacie z powieści Marka Twaina).

Olbrzymi pierścień został zainstalowany w tym tygodniu i osiągnął temperaturę pracy równą około 5,5 stopni Kelwina (ok. -268 stopni Celsiusza, to tylko o stopień wyższy niż temperatura skraplania helu). Kiedy eksperyment się rozpocznie, wielki magnes posłuży do „łapania” mionów.

Miony to niewielkie, szybko rozpadające się cząstki stworzone tylko z negatywnie naładowanej energii – porównywane są do niestabilnych „kuzynów” elektronów. Powstają dość często podczas rozpadów w eksperymentach hadronowych i są niezwykle istotne podczas interpretacji wyników badań cząstek elementarnych. Pomiar ich interakcji z cząstkami przechodzącymi przez pole pozwala fizykom na wykrywanie innych, często nieznanych cząstek i stanów materii.

Podczas ostrożnej instalacji delikatnego magnesu, zespół Fermilab naprawił przy okazji wyciek helu zgłoszony przez Brookhaven. Mogłoby się wydawać, że transport olbrzymiego, precyzyjnego elementu na odległość rzędu tysięcy kilometrów wymaga nieproporcjonalnego wysiłku, jednak jak donosi Symmetry Magazine, wykonanie nowego elementu kosztowałoby dziesięć razy więcej.

[źródło i grafika: popularmechanics.com]

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!