WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Zaginięcie Ethana Cartera

 Co nie zagrało:

Otwartość świata: Red Creek Valley oferuje pseudo otwarty świat. Choć tereny są rozległe, to mamy tu zaledwie kilka ścieżek, które i tak prowadzą nas w najważniejsze rejony. Ograniczenia są widoczne już od pierwszych minut. Nie ma tu żadnych bocznych dróg, które pozwoliłyby na odkrycie nowych poszlak lub rozszerzenia historii. Mamy tu paradoks wyspy, czyli sporego ograniczenia w eksploracji świata. Każde pójście w przysłowiowy „las”, kończy się zakończeniem podróży na ścianie w postaci urwisk, drzew, głazów czy wody. Początkowo to aż tak nie frustruje, ale koniec końców jest to uciążliwe. Ten świat aż prosi się o coś więcej, niż te parę ścieżek, które zaprezentowali nam twórcy. W pewnym momencie mamy poczucie, że kręcimy się w kółko, co jest akurat prawdą, ale grę da się przejść w parę godzin, więc zanim zaczniemy na to poważnie narzekać, historia już się skończy.TVoEC_ScreenShot_03

Statyczność: To drugi poważny zarzut do świata gry. Całość jest statyczna i miejscami mało wiarygodna. Co prawda wszystko zostaje wytłumaczone w zakończeniu gry, ale nawet po skończeniu gry odnoszę wrażenie, że „Astronauci” mogli zrobić więcej. Ciężko winić twórców za brak zmiennych pór dnia czy warunków pogodowych, co po raz kolejny przypominam, tłumaczy wszystko zakończenie. Jednak aż prosi się, żeby Red Creek Valley zwiedzać po zmroku z lampą naftową w ręku. Ale to można twórcom gry wybaczyć. Jednak pohukiwanie sów, wycie wilków czy odgłosy ptaków doskonale słychać podczas wędrówki ścieżkami w lesie. Jednak nie uświadczymy tu nawet ryby w pobliskim jeziorze. Świat gry jest po prostu martwy. Aż prosi się, żeby dodać do niego choć namiastkę dynamiki.

Historia: Nie jest aż tak doskonała, jak sugerują to niektórzy recenzenci. Po przeczytaniu ich opinii spodziewałem się czegoś rewelacyjnego, czegoś co pozwoli na pełne pole do interpretacji. Zakończenie jest bez zarzutów i ten punkt nie dotyczy żalu do twórców, ale do nadmuchujący niepotrzebny balonik recenzentów. Opowieść jest prosta i rzeczywiście zostaje z człowiekiem, ale tak samo było w nieco przekombinowanym „Bioshock: Infinite” i prostą historyjką z „Gone Home”. Pole do interpretacji całości oczywiście jest spore, ale trzeba naprawdę doszukiwać się drobiazgów, żeby odkryć coś nowego. Dla mnie takie zakończenie w pełni satysfakcjonuję.

Obrona gry: Adrian Chmielarz jako twórca ma pełne prawo odnosić się do recenzji i opinii swojej produkcji. Z drugiej jednak strony, czy naprawdę warto walczyć z mediami? Ile osób, tyle opinii i każdy ma prawo wyrazić swoje niezadowolenie. Oczywiście sprawa z długością produkcji jest mocno dyskusyjna, ale Adrian Chmielarz chyba zbyt mocno próbuje bronić swojego dzieła. Kto śledzi jego profil w portalach społecznościowych, ten wie o co mi chodzi. Nie bronię założycielowi The Astronauts wyrażać swojego zdania względem ocen gry, ale powinien na chłodno przyjmować wszelkie opinie. Skoro potrafi zachwycać się ocenami pokroju 9 od największych tuzów branży, to czemu aż tak bardzo boli go krytyka i to takich nieistotnych rzeczy jak długość gry. „Zaginięcie Ethana Cartera” da się przejść w 4-5 godzin, co dla jednych będzie plusem, dla drugich sporym minusem. Na pewno nie da się „Astronautom” zarzucić, że gra jest niepotrzebnie przedłużana, lub było można coś do niej dodać. Wszystko jest jak najbardziej składne, a przyjemność z grania ogromna. Jednak raban spowodowany tak nieistotną rzeczą względem produkcji gry, jest trochę nie na miejscu.

TVoEC_ScreenShot_14_Cemetery

Pierwsza gra The Astrounats okazała się ogromnym sukcesem. Póki co tylko medialnym, ale ma duże szanse przełożyć się także na dobre wyniki finansowe. Tym bardziej gdy gra trafi za kilka miesięcy do pierwszych promocji. Wtedy sprzedaż znacząco przyśpieszy. Mam tylko obawy, czy Adrian Chmielarz po raz kolejny nie zabierze krytycznego głosu, tym razem z powodu niekupowania jego gry w pełnej cenie. Póki co może cieszyć się, że „Zaginięcie Ethana Cartera” to naprawdę świetna produkcja, która dobrze rokuje na przyszłość. Jednak w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu, która jednak nie pozwoliłaby mnie wystawić aż tak wysokich ocen jak większość branży. Może obecny rynek potrzebuje więcej takich produkcji, ale recenzenci chyba zachłysnęli się pierwszą produkcją „Astronautów”. A tak wysoko postawiona poprzeczka może wkrótce zgubić Adriana Chmielarza i jego ekipę. Obym się mylił.

Spis treści:
WRÓĆ DO STRONY 1
Pokaż cały spis treści
WRÓĆ DO STRONY 1