Rozpocznijmy ten artykuł od przedstawienia zarysu faktów. Otóż gram aktywnie od wczesnej podstawówki, co daje razem 17-18 lat stażu w elektronicznej rozrywce. Przez długi czas grałem nałogowo, po kilka, czy nawet kilkanaście godzin dziennie. Potem przyszły pewne zmiany: praca, własne mieszkanie, żona. Liczba godzin poświęcanych na ganianie po wirtualnych światach zmalała, ale regularność pozostała: dzień w dzień przed monitorem. I wtedy informacja: będziesz tatą! Wspaniale, bo nie ma nic lepszego w życiu, niż wesoła pociecha ganiająca po domu i krzycząca „tata!” (tak, piszę to bez krzty ironii). Ale co tu teraz począć ze swoim wieloletnim hobby? Jak to będzie? Zacząłem planować, kombinować, układać scenariusze… Teraz, gdy córka ma już prawie 2 lata, widzę, jak bardzo te plany były oderwane od rzeczywistości. Ale wciąż gram, choć mniej. Jak pogodzić ojcostwo z wirtualną rozrywką? Jeżeli właśnie dowiedziałeś się, że już za moment rodzina ci się powiększy, może przyda ci się te kilka prostych rad, wyciągniętych z krótkiego jeszcze, ale intensywnego doświadczenia.

  1. Przez pierwsze 3 miesiące – graj do oporu!

Zawsze myślałem, że na początku będzie najgorzej. Wizja nieprzespanych nocy, ciągłego płaczu, masakrycznych kolek i innych „atrakcji” nie dawała nadziei na sensowne granie. A jednak wszyscy ojcowie mówili mi, że pierwsze trzy miesiące mogę sobie zarezerwować na hardkorowe granie, bo pociecha będzie głównie spała, jadła i robiła czasem w pieluchę. I tak faktycznie jest. W tym początkowym okresie bez stresu przeszedłem sobie ponownie oba Wiedźminy, Diablo 3 na wszystkich poziomach trudności, pograłem w Battlefielda, a jeszcze czasu starczyło na pisanie tekstów. Tak więc jeśli wiesz, że zostaniesz ojcem, marsz do najbliższego sklepu z grami i zabezpiecz sobie solidną biblioteczkę. Potem będzie gorzej…

  1. Plan dnia to podstawa

Dzieci mają to do siebie, że po pewnym czasie zaczynają funkcjonować według względnie stałych wzorców. Wstają w okolicach konkretnej godziny, wiadomo, kiedy będą chciały jeść, spać czy się bawić. Warto to wykorzystać. Osobiście jestem „zwierzęciem porannym”, czyli wstaję bardzo wcześnie, za to w okolicach 23:00 muszę się położyć spać, choćby nie wiem co. Wiedząc, że córka budzi się zwykle około 6:30 (a wtedy też wybieram się do pracy), ustawiam budzik na 2 godziny wcześniej. Skutek? Mogę się cieszyć stałym, wolnym czasem na granie, gdy reszta domowników śpi, a ja wesoło przemierzam kolejne światy i biję biednych orków.

  1. Trochę ja, trochę ty

Zazwyczaj posiadanie dziecka oznacza też, że masz dziewczynę/narzeczoną/żonę. A to z kolei prowadzi do wniosku, że obowiązkami można się dzielić. Jest to zresztą dobry sposób, by grać może mniej, ale stale i w przewidywalnym terminie. Dobrym pomysłem jest ustalenie z drugą połówką „dyżurów”. Przykładowo, w poniedziałki i środy ja zajmuję się wieczorem dzieckiem, a ty spokojnie grasz, z kolei we wtorki i czwartki odwrotnie. Tutaj ktoś może pomyśleć, że w zasadzie tym sposobem i tak gramy o połowę mniej. Fakt, jednak zyskujemy pewność, że w konkretne dni będziemy mogli zagłębić się w wirtualną rozrywkę bez przeszkód i ciągłego odrywania się od monitora. Jest to istotne szczególnie, gdy lubimy takie gatunki gier, w których cykliczność jest konieczna, by nie wypaść z rytmu (jak choćby cRPG, sieciowe strzelanki czy nawet gry w stylu Farmville gdzie po prostu trzeba co pewien czas zaglądać).

  1. Nie wszystko na raz

Gdy jeszcze mieszkałem z rodzicami, a jedynymi moimi obowiązkami była szkoła i, od czasu do czasu, jakieś wyniesienie śmieci czy pójście do sklepu, grałem we wszystko jak leci. Najnowsze hity, mniejsze indyki, dawałem też nieraz szansę słabszym produkcjom, bo a nuż znajdę w nich coś ciekawego. Bo mogłem – miałem w końcu mnóstwo czasu do dowolnego wykorzystania. Gdy jednak urodziło mi się dziecko, sytuacja uległa zmianie. Czasu jest znacznie mniej, więc dużo uważniej dobieram gry. Wybieram tylko perełki, co do których mam dużą dozę pewności, że nie będę zawiedziony, a mój czas nie zostanie zmarnowany. Efekt? Może nie mogę już dyskutować o każdej nowości, jaka pojawi się na rynku (bo często okazuje się, że w nią nie grałem), za to to, co już trafi na mój dysk, mam obcykane w małym palcu. I jestem zadowolony, bo dzięki temu nie marnuję czasu na potencjalną cieniznę, a smakuję się tylko w produktach najlepszego sortu.

  1. Małymi porcjami!

Kiedyś nie do końca rozumiałem, skąd bierze się fenomen gier, w których mamy możliwość smakowania rozgrywki małymi porcjami. Nie chodzi przy tym o to, by gra była krótka – tych jak nie trawiłem, tak nie lubię nadal. Sęk w tym, by produkcja pozwalała na krótkie, nawet półgodzinne sesje bez większej szkody dla całości doznania. Dlaczego to tak istotne? Otóż mając dziecko, nigdy nie wiesz, co się wydarzy. A to się młoda mocno uderzyła i wypadałoby jechać do lekarza, a to właśnie ma dzień histerii, gdzie wszystko jest „na nie” i trzeba jej poświęcić 200% uwagi, a to żona gorzej się czuje i obowiązki spadają na ciebie – tego typu sytuacje skutecznie odciągają od grania, a jeżeli mają miejsce jedna po drugiej, mogą wyrwać i cały tydzień z gamingowego życia. I tutaj doceniłem gry smakowane porcjami, które w moim przypadku sprowadzają się do wkręcenia się w Hearthstone – produkcję, w którą „popykać” mogę zawsze, czy to na PC, czy na smartfonie, a każda sesja trwa góra 20 minut. Nie ważne też, że nie grałem przez ostatnie dwa tygodnie – mogę wrócić w każdej chwili, nie mając poczucia, że coś straciłem lub czegoś nie pamiętam.

Słowem podsumowania…

Jak widać, można grać będąc ojcem, i to grać wciąż z pasją i zaangażowaniem. Ba, serce rośnie, gdy podczas takiej gamingowej sesji pociecha podchodzi do ciebie, domagając się wzięcia na kolana, by pooglądać, co też tam tata robi na ekranie. Oczywiście rady, które padły w tym tekście, nie zawsze da się w pełni zastosować, nie zawsze też się sprawdzą. Bo co, gdy latorośl jest kapryśna, płaczliwa, nie ma ustalonego planu dnia, a akurat ty lubisz długaśne cRPG i nijak nie chcesz się przekonać do innych gatunków? Niemniej, warto o nich pamiętać, bo w najlepszym razie sprawią, że będziesz mógł grać (prawie) jak dawniej, a w najgorszym – że nie zostaniesz zupełnie odcięty od świata wirtualnej rozrywki.