Kiedy konkurencja sili się na rewolucję, Chińczycy idą sprawdzonym, utartym torem. Tak w zasadzie w jednym zdaniu mógłbym streścić nowego P10 ze stajni Huawei. To flagowiec, który nie próbuje zaginać ekranów, albo redukować ramki wokół niego. Nie ma tu technologii powalającej na kolana swoją nowatorskością. Czy jednak świadczy to niskiej jakości samego telefonu? W to akurat mocno śmiem wątpić.

P10 jak na flagowe urządzenia nie wyróżnia się niczym specjalnym z grona konkurencji. To ładne, zgrabne urządzenie, które łączy aluminiowy tył z taflą szkła znajdującą się z przodu. Do testów przyjechała do mnie niebieska wersja kolorystyczna, która przyznam szczerze prezentowała się wprost świetnie. Cała konstrukcja została naprawdę dobrze wykonana i świetnie leży w dłoni, zaś sam telefon nie ma aż tak ogromnej tendencji do wyślizgiwania się z kieszeni. Jedyne na co mogę narzekać, to na guzik znajdujący się pod ekranem. Poza pełnieniem funkcji czytnika linii papilarnych robi on tam naprawdę niewiele, dlatego też miło byłoby zobaczyć obok niego fizyczne przyciski, dzięki czemu można by odciążyć nieco powierzchni z ekranu, pozbywając się guzików software’owych. Również tekstura znajdująca się z tyłu powodowała u mnie często gęsią skórkę i ciężko nazwać ją przyjemną w dotyku. Zdecydowanie wolałbym czyste aluminium.

Wyświetlacz zastosowany w P10 to 5,1-calowy panel wykonany w technologii NEO-IPS LCD o rozdzielczości 1920 na 1080 pikseli. Daje nam to łącznie zagęszczenie rzędu 432 pikseli na cal, co wynikiem jest bardzo dobrym. Tak długo jak nie zamierzacie wykorzystywać telefonu do wirtualnej rzeczywistości, to ekran Full HD powinien w zupełności wystarczyć. W innych aspektach wyświetlacz również pokazuje odpowiednio wysoką jakość. Jest jasny i nie ma problemów z jego widocznością w mocnym, pełnym słońcu. Kolory są dobrze odwzorowane, kąty widzenia również zadowalają, podobnie zresztą jak kontrast. Tutaj nie ma się w zasadzie do czego przyczepić.

Huawei P10 wyposażony został w autorską jednostkę Chińczyków – HiSilicon Kirin 960. To ośmiordzeniowy procesor wspierany przez układ graficzny Mali-G71 MP8 oraz 4 GB pamięci RAM. Jak przystało na flagowca, ciężko znaleźć aplikację czy grę, która byłaby w stanie zmusić P10 do dłuższego zamyślenia się. Multitasking również działa w zadowalający sposób i rzadko kiedy miałem problem z doczytywaniem aplikacji w tle. Chińczycy stworzyli bardzo dobrą maszynę do mielenia multimediów.

P10 przyjechała do mnie z Androidem w wersji 7.0, na którego to nałożono nakładkę EMUI, a konkretniej edycję oznaczoną numerkiem 5.1. Różni się ona od swojej poprzedniczki dosłownie kilkoma zmianami kosmetycznymi, choć ciężko uznać to za ogromną wadę. EMUI jest bardzo przejrzyste, ładnie się prezentuje i jest bardzo przyjemne w użytkowaniu, ale Huawei zdołał nas już do tego przyzwyczaić. Oprogramowanie naszprycowane jest całym szeregiem mniej lub bardziej przydatnych funkcji, których wymienienie raczej mija się z celem. Tak czy siak myślę jednak, że każdy znajdzie tutaj jakiś dodatek stworzony z myślą o sobie.

Ciężko przyznać, żeby Huawei pod względem aparatów stacjonował do tej pory gdzieś w czołówce producentów. Nie można jednak przez to skreślać P10, bo Chińczycy poczynili spory progres w kwestii sensorów do fotografii. Zastosowano tutaj podwójne obiektywy, z czego jeden jest kolorowy (12 megapikseli), drugi zaś monochromatyczny (20 megapikseli). Ten pierwszy ma głównie za zadnie wyłapywać więcej szczegółów z otoczenia i następnie komponować je z kolorowym rezultatem sąsiada.

A jak to wypada w praktyce? Muszę przyznać, że za dnia P10 naprawdę daje sobie radę. Kolory są żywe i bardzo dobrze odwzorowane, a zdjęcia są bardzo ostre oraz szczegółowe. Efekty te dotyczą jednak fotografii robionych za dnia, bo w nocy ich jakość zaczyna drastycznie spadać. Winowajcą może być tu przysłona f/2.2. W stosunku do konkurencji, która zeszła już na poziom f/1.7 czy f/1.8, wypada ona nieco blado. Efekty są takie, że w nocy aparat potrafi czasem sztucznie podbić jasność, generując przy tym nieco szumów oraz artefaktów. Również łapanie ostrości w takich warunkach do najprostszych rzeczy nie należy.

Z przodu znajduje się kamerka o rozdzielczości 8 megapikseli, która do selfiaczy nadaje się świetnie. Miło widzieć tu obecność trybu portretowego, który zamazuje otoczenie dookoła naszej twarzy. Choć nie korzystałem z niego nagminnie, to jego rezultaty są świetne i zachęcam do korzystania z niego. Warto jednak pamiętać, że fotki wychodzą dobrze głównie w dobrym świetle, więc z nocną fotorelacją z klubu może być trochę ciężko.

Huawei P10 radzi sobie z nagrywaniem w 4K oraz w 1080p w 60 klatkach na sekundę, a także niższymi wartościami, których wymienienie raczej nikogo nie obchodzi. Filmiki robione tylną kamerką wyglądają całkiem nieźle. Sensor dość szybko łapie ostrość, ale potrafi ją tracić w ruchu, głównie przez problemy ze stabilizacją. Widać to na co po niektórych materiałach. Nawet moje gadanie do przedniej kamerki, pomimo trzymania telefonu w jednym miejscu, potrafiło się czasem nagle rozmazać. Jakość wideo jest zatem dobra, choć o powalaniu na kolana nie ma raczej mowy.

Smartfon wspierany jest przez baterię o pojemności 3200 mAH. To sporo biorąc pod uwagę 5,1-calowy wyświetlacz o rozdzielczości Full HD, aczkolwiek nie znaczy to, iż czas pracy na baterii można uznać za bardzo dobry, bo liczby to nie wszystko. Huawei musi jeszcze odpowiednio popracować nad zarządzaniem energii, bo telefon miał problemy z wytrzymaniem jednego dnia. Moje użytkowanie polega na dużej ilości słuchanej muzyki w ciągu dnia oraz umiarkowanym, tudzież sporym przeglądaniem internetu przez różne aplikacje. Dzień kończyłem często z 15% pozostałej energii, czasem mniej lub więcej. Huawei zaimplementował jednak technologię szybkiego ładowania, która w kilkanaście minut podnosi baterię do stanu około 50%. Później jednak czas ten znacznie się wydłuża, choć pełną baterię spokojnie powinniśmy mieć już po około 90 minutach.

Huawei P10 to kawał porządnego smartfona, który choć nie dogania niektórych konkurentów pod względem zastosowanej technologii, to zdecydowanie podejmuje dobrą walkę pod względem ceny. P10 w sklepach spokojnie znajdziemy już za 2100 złotych, czyli niecałe 500-600 złotych mniej niż po premierze. Warto tu zaznaczyć, że LG6 czy Galaxy S8 potrafiły po premierze kosztować 3000 lub nawet 3500 złotych.

Jeśli nie silicie się na rewolucję i szukacie porządnego flagowca w rozsądnej cenie, to produkt Chińczyków wydaje się genialnym kandydatem. Owszem, ma on swoje słabości, ale warto o nich pamiętać, decydując się już na ostateczny zakup. Osobiście jednak w zupełności ten sprzęt polecam i wyczekuję premiery kolejnych smartfonów z serii Mate.